Twój przewodnik po zdrowiu

Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
Rozpocznij
7 6 7 , 2 0 1

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Poczucie winy: Pytania do specjalistów

Czy jestem naprawdę zła?

Witam. Mam 22 lata. Moja historia zaczęła się jakieś 9 lat temu. Pojawiły się okropne wyrzuty sumienia, że coś komuś powiedziałam, że nie posprzątałam... Czułam się tak, jakbym ciągle miała kogoś za coś przepraszać. Zaczęłam coraz bardziej popadać w smutek....

Witam. Mam 22 lata. Moja historia zaczęła się jakieś 9 lat temu. Pojawiły się okropne wyrzuty sumienia, że coś komuś powiedziałam, że nie posprzątałam... Czułam się tak, jakbym ciągle miała kogoś za coś przepraszać. Zaczęłam coraz bardziej popadać w smutek. I cały czas się to rozwijało, a teraz to w ogóle jest beznadziejnie. Wciąż czuję, że coś robię źle, wyciągam najróżniejsze rzeczy z przeszłości i stają się one dla mnie ogromnymi problemami. Ciągle czuję się winna. Tego, co przeżywam, raczej nie mogę już nazwać smutkiem, jestem ogromnie nieszczęśliwa. Mam poczucie, że moje życie jest beznadziejne, że nic z tego nie będzie, że zawsze już będę się tak czuła. I różne natrętne myśli.

Nie zawsze było to w takim stopniu. Staram się zapominać o tym, co mnie dręczy, zajmuję się nauką, pisaniem, poza tym zdaję sobie sprawę z tego, że tworzę w swojej głowie jakiś nowy świat, w który wprowadzam różne postacie i jestem w nim tym, kim chcę. Wymyślam sobie różne historyjki. Albo czytam. Po prostu robię wszystko, by nie myśleć o tym, co mnie tak męczy. I nawet mi się to dość długo udawało. Ale nigdy nie miałam poczucia, ze jestem tak do końca szczęśliwa, chyba ani przez chwilę, ciągle gdzieś na dnie duszy coś mnie gniotło. Chciałam coś naprawić, np. pójść do spowiedzi, ale jak zaczynałam sobie przypominać co zrobiłam złego, słabo mi się robiło i okazywało się to zwyczajnie niemożliwe. Więc doszedł kolejny problem - że się oddalam od religii.

Poza tym nie należę do towarzyskich osób, nie lubię żadnych wielkich spotkań i imprez, stresuję się przed różnymi spotkaniami, nie cierpię zabierać głosu. Nikt chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co tak naprawdę jest w środku mnie. Zawsze starałam się wypełniać wszystkie obowiązki, uczyłam się bardzo dobrze, teraz też radzę sobie na studiach. Ot, zwyczajnie, taka dziwna, mrukliwa dziewczyna. Chociaż potrafię być wesoła, kiedy rozmawiam z innymi. Wysyłali mnie już do zakonu. A ja chcę być lekarzem. Jestem na IV roku medycyny.

Na początku nie sądziłam, że to może być choroba, po prostu myślałam, że jestem zła. Kiedy już zaczęłam zwracać uwagę na słowo depresja, spychałam to gdzieś na bok. W końcu wzięłam jakiś podręcznik i przeczytałam objawy. Chyba najwyższy czas, bo jest tragicznie, od jakiegoś pół roku ciągle jestem w okropnym nastroju. Każdego dnia. Nie chce mi się wstawać, myć, ubierać, ale to robię, bo muszę. Ciągle się objadam, bo dochodzę do wniosku, że jedzenie to jedyna przyjemność w życiu. Już nie przejmuję się tym, że komuś powiedziałam, że jest głupi, zaczynam się zastanawiać, czy nie mam zadatków na mordercę, sadystę, pedofila, bo zdarzyło mi się pomyśleć, jak to by było, gdybym zabiła jedną panią, bo lubię czytać książki o obozach i jak oglądałam film, to pomyślałam, że chętnie bym pocałowała tego młodziutkiego aktora.

Jak o tym pomyślę, to mi niedobrze. No i że jestem erotomanką. I jestem w permanentnym stanie poczucia winy. Wmawiam sobie różne rzeczy. To wiem. Robiłam już badania na chorobę, na którą nie miałam szans zachorować. Sama do siebie mówię, co ty robisz, przecież tylko sobie to wmawiasz, niemożliwe, że na to chorujesz/że taka jesteś/że wszystko robisz źle. Ale nie potrafię już obiektywnie się ocenić. Był czas, że myślałam o samobójstwie, że mogłabym to zrobić, gdybym się znalazła w naprawdę beznadziejnej sytuacji, zaplanowałam, który sposób bym wybrała. Ale naprawdę chcę żyć, tylko nie tak. Chcę wyjść kiedyś za mąż, mieć dzieci i być lekarzem. A ciągle się boję, że we mnie jest coś, co mi na to nie pozwoli.

Chcę być jak najlepszym człowiekiem, a wciąż dręczy mnie to, że jestem zła, a im jestem starsza, tym bardziej okropne warianty tego zła przychodzą mi do głowy. Myślę sobie, że teraz potrzebuję dobrego psychiatry i dobrego spowiednika, żeby się poskładać do kupy. Tylko nigdzie nie mam odwagi pójść, ciągle to odkładam, bo nie umiem i wstydzę się o tym rozmawiać i boję się, że od któregoś usłyszę, że moje powyższe marzenia nie mogą się spełnić. Więc jak mam się zmusić? Wiem, że to, co napisałam jest okropnie długie i bez jakiegoś wielkiego składu, ale gdzieś to musiałam napisać.

Czy wrócę do formy?

Dwa dni temu na działce, przy wódeczce siedziałem z dziewczyną, przyjechał kolega z dziewczyną. Chciał zrobić psikusa i jak już wszyscy wypiliśmy - wrzucił jakąś pigułkę extasy albo w tym stylu do butelki z resztką wódeczki i wypilśmy to wszyscy…...

Dwa dni temu na działce, przy wódeczce siedziałem z dziewczyną, przyjechał kolega z dziewczyną. Chciał zrobić psikusa i jak już wszyscy wypiliśmy - wrzucił jakąś pigułkę extasy albo w tym stylu do butelki z resztką wódeczki i wypilśmy to wszyscy…

Niby fajnie było przez chwilę, alę moja dziewczyna zaczęła się źle czuć, o mało nie dostała zapaści. Oszukałem ją i nie powiedziałem jej prawdy, mimo że o tym wiedziałem. Do tej pory nie zna prawdziwej wersji i nie potrafiłbym jej tego powiedzieć. Ten psikus oczywiście zmienił moje zdanie o moim "koledze" i dostałem nauczkę. Najgorsze jest to, że wiedziałem o pigułce, a nic nie powiedziałem i do tej pory mam wyrzuty sumienia.

O niczym innym nie myślę, życie jest dla mnie puste i wiem, że mojej kobiety mogłoby, np. dziś ze mną już na tym świecie nie być. Nie potrafię pójść do pracy, nie mogę patrzeć na ludzi, nie uśmiecham się, wszystko mnie denerwuje - pierwszy raz mam takie uczucie…

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Jak pozbyć się poczucia winy po rozstaniu?

Witam, mam 22 lata. Tydzień temu cały mój świat legł w gruzach... Byłam z chłopakiem 4 lata, od prawie roku mieszkaliśmy razem. Były lepsze i gorsze chwile, ale było nam dobrze, nasz związek coraz bardziej się umacniał, wiedziałam, że się...

Witam, mam 22 lata. Tydzień temu cały mój świat legł w gruzach... Byłam z chłopakiem 4 lata, od prawie roku mieszkaliśmy razem. Były lepsze i gorsze chwile, ale było nam dobrze, nasz związek coraz bardziej się umacniał, wiedziałam, że się kochamy. Jednak od połowy grudnia nie mieliśmy dla siebie czasu... Wyjazdy do domów rodzinnych na święta, potem 3 dni razem, gdzie miałam parszywy humor (nie wiem dlaczego), znów kolejny wyjazd do domu... Jednak podczas tych chwil rozłąki ciągle do siebie dzwoniliśmy, mówiliśmy, że się kochamy. Kiedy już wróciliśmy do naszego mieszkania, nie mieliśmy czasu dla siebie. Ja studiuję, on pracuje i studiuje. Kiedy wracał z pracy, ja już spałam... Przeziębiłam się, byłam marudna i niemiła. Pokłóciliśmy się i usłyszałam, że mnie już nie kocha, że się wypaliło... Mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie ugryzłam się czasem w język, że mogłam się bardziej starać, że marudziłam... Chciałabym cofnąć czas, wszystko zmienić. Oddałabym wszystko, by wrócić do tego nieszczęsnego dnia... Nie byłabym nieprzyjemna... Jak mam sobie z tym poradzić? Czuję, że to moja wina... Do tego męczy mnie jeszcze jedna rzecz... Wyprowadzam się do domu rodzinnego, bo dla mojego chłopaka przeprowadziłam się. Teraz, kiedy nas już nie ma, wracam do Rodziców... Nie umiem przywyknąć do takiego obrotu spraw...

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Joanna Żur-Teper
Mgr Joanna Żur-Teper

Mam poczucie winy wobec chłopaka - co robić?

Witam, mam 20 lat i jestem kobietą. Od dłuższego czasu jestem w związku z moim chłopakiem. Oficjalnie zdecydowaliśmy się na to w kwietniu, ale już od dłuższego czasu się spotykaliśmy i widać było, że będzie z tego coś więcej. Mam...

Witam, mam 20 lat i jestem kobietą. Od dłuższego czasu jestem w związku z moim chłopakiem. Oficjalnie zdecydowaliśmy się na to w kwietniu, ale już od dłuższego czasu się spotykaliśmy i widać było, że będzie z tego coś więcej. Mam problem, który polega na nadmiernym poczuciu winy i obwinianiu się.

Zanim zdecydowaliśmy się na związek, mieliśmy trudne chwile. Około miesiąca wcześniej przespałam się z moim kolegą. Do niczego szczególnego nie doszło, ponieważ w odpowiedniej chwili powstrzymałam się, ale mimo wszystko obwiniam się strasznie za to, że dopuściłam się takiej sytuacji. Byłam przekonana, że nie dojdzie do związku między mną a moim obecnym chłopakiem, bo mieliśmy trudne chwile. Nie odzywał się do mnie przez dłuższy czas, a kiedy to zrobił to był strasznie opryskliwy i pyskował. Sam nawet przyznał się niedawno, że był to czas, w którym chciał skończyć to co było między nami.

Niemniej jednak, powiedziałam mu o tym po dłuższym czasie (skłamałam niestety mówiąc, że nawet nie dałam się nawet dotknąć) oraz o tym, że z owym kolegą miałam podobne sytuacje wcześniej, zanim eis umawialiśmy z obecnym.. Powiedziałam tylko o jednej mimo, że było ich więcej, ale zrobiłam to dla naszego dobra. Nic mnie z nim nie łączyło, jedynie pociąg seksualny po odpowiedniej ilości alkoholu. Mój obecny chłopak narobił mi strasznych wrzutów sumienia i poczucia winy z tego powodu, że go okłamałam wcześniej, mówiąc, że nic nie czułam do kolegi, mimo że nie kłamałam pod tym względem.

Czuje się z tym okropnie, mam wrażenie, że przez to poczucie winy nie jestem szczęśliwa w obecnym związku, mam ciągłe obawy. Kiedyś zdarzyło mi się przez przypadek odezwać do chłopaka imieniem innego. Nie sądzę, żeby miało to jakiekolwiek znaczenie, bo szybko o tym zapomniałam. Teraz za każdym razem boję się wypowiadając imię mojego ukochanego, że znowu się pomylę i nie mogę przestać o tym myśleć. Mimo, że wyspowiadałam mu się ze wszystkiego (w lekko okrojonej wersji) a on mi wybaczył, nawet mówiąc, że wybacza mi to czego nie wie, nadal czuje się strasznie podle w stosunku do niego, tak jakbym go okłamywała i zdradzała mimo, że tego nie zrobiłam.

Chciałam zaznaczyć też, że kiedy się zaczęliśmy spotykać on też miał dziewczynę, o której istnieniu zwyczajnie mi kłamał. Też podle się z tym czułam, ale postanowiłam mu wybaczyć i odbudować utracone zaufanie. Boję się, że moje poczucie winy doprowadzi w końcu do autodestrukcji i do tego, że nie będę w stanie cieszyć się miłością do mojego chłopaka. Jak temu zaradzić?

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Jak żyć z poczuciem winy?

Mam 21 lat. Odkąd pamiętam mój ojciec pił. Ciągle kłócił się z mamą, wzajemne wyzwiska i obarczanie winą. Ja przez lata z nim nie rozmawiałam, młodsza siostra też raczej nie, choć zdarzało się, że stawała po stronie mamy podczas kłótni...

Mam 21 lat. Odkąd pamiętam mój ojciec pił. Ciągle kłócił się z mamą, wzajemne wyzwiska i obarczanie winą. Ja przez lata z nim nie rozmawiałam, młodsza siostra też raczej nie, choć zdarzało się, że stawała po stronie mamy podczas kłótni i czasem mu odpyskowała. Ponad 2 lata temu sprawa trafiła do sądu po tym, jak pierwszy raz uderzył mamę i wezwałam policję. Dostał rok w zawieszeniu na 3 za znęcanie się nad rodziną, groźby i jazdę po pijanemu na rowerze. Odtąd były comiesięczne wizyty 3 kuratorek, które gadały do niego godzinami, po czym on wychodził i szedł się napić. Oprócz tego, że trochę "mniej się rządził" w domu, to nic się nie zmieniło: nadal pił, ja nadal z nim nie rozmawiałam, mama nadal się z nim kłóciła. Zawsze twierdził, że nigdy nie pójdzie do więzienia, prędzej rzuci się pod pociąg, ale nikt nie zważał na gadanie pijaka. W lutym dostał wezwanie do odsiadki, ale się odwołał i poszedł na oddział psychiatryczny (tym sposobem chciał się wymigać od więzienia, wcześniej był na 2 odwykach, które nic nie dały). My się tylko tego domyślałyśmy, że tam poszedł po jakichś papierach, które mama u niego znalazła, bo on nam nie powiedział, gdy wrócił, czekał na wypis z tego oddziału, bo gdy wychodził, to go nie dostał. Potem była sprawa o pozbawienie go władzy rodzicielskiej nad 17-letnią siostrą (pozbawiony). Przed świętami wielkanocnymi pił, ale pomalował pokój - czego mama nie mogła się doprosić przez długi czas (on "mieszkał" w tym pokoju, a my we 3 w kuchni), w same święta nie pił, słowem się też nie odezwał, ale to było u nas na porządku dziennym. We wtorek po świętach dostał list, po którym wzburzony wyszedł, ale też się nie kłócił. Wypisu z oddziału nie dostał. Mama domyślała się, że to wezwanie do odsiadki (o to wcześniejsze wezwanie w lutym była awantura), potem wrócił do domu i siedział do wieczora. Wieczorem był ze 2 czy 3 razy na zewnątrz wypalić papierosa (gdy zdarzało mu się być trzeźwym, a my oglądałyśmy telewizję, to przeważnie wychodził palić). Ja byłam wieczorem na dworze i widziałam leżący za domem przedłużacz, pomyślałam sobie, że on może chce się powiesić, ale nie przejęłam się tym. Około godziny 21, gdy oglądałyśmy telewizję, on wyszedł z papierosem. Dłuższą chwilę go nie było i mama coś o nim wspomniała. Ja wtedy powiedziałam jej, że widziałam przedłużacz. Mama trochę się przejęła, ale też jakoś nie zareagowała. Potem ona z siostrą poszły spać, a ja jeszcze siedziałam w pokoju i sama oglądałam telewizję i przychodziły mi myśli do głowy - co by było, gdyby on się powiesił, ale czułam taki dziwny spokój (a zawsze myślałam, że w takiej sytuacji będę miała jakieś przeczucie, a tu ten spokój). Potem poszłam spać. O 6.30 obudził mnie krzyk mamy, stojącej przy oknie w kuchni i płaczącej. Powiesił się na starej jabłoni, prawie że na wprost okna, oczywiście na tym przedłużaczu. Mama dzwoniła na pogotowie, potem pobiegła do dziadka i jeszcze pobiegli go ściągać, bo może dopiero co się powiesił. Był już sztywny. A ja stałam i patrzyłam w okno, zastanawiając się - jak może tak być. Myślałam, że to żart, że on zaraz zejdzie z tego drzewa. Przyjechała policja, zrobili mu sekcję zwłok - powiesił się sam. Listem, który dostał było faktycznie wezwanie do więzienia. U mnie najpierw było poczucie winy, potem swego rodzaju pustka. Nie brakuje mi ojca, bo praktycznie go nie było - to był jakby obcy człowiek, który z nami mieszkał. Ale teraz zaczęłam analizować to nasze życie. Mama ciągle się z nim kłóciła, głównie o to picie, ale nie tylko, siostra też mówiła mu przykre słowa, a ja? Ja milczałam. Cały czas. Nie rozmawiałam z nim, nie patrzyłam na niego. Żyłam obok niego, obok domu, obok problemów rodzinnych. Jestem tak zwanym "dzieckiem we mgle" i życie obok wszystkiego i wszystkich to całe moje życie. Ja nigdy w nic się nie angażuję, nic mnie bardzo nie interesuje, łatwo się rozpraszam. Studiuję, ale nie czuję się dobrze na studiach. Gdyby nie to, że zawiodłabym mamę i na nic poszłyby wszystkie włożone w to pieniądze (z którymi jest u nas naprawdę ciężko) oraz że w ogóle nie wiem, co mam ze sobą zrobić, boję się realizować moje marzenia, wszystkiego się boję i nie ufam ludziom, to rzuciłabym to wszystko. Od paru lat raz na jakiś czas miewam "doły", kiedy to myślę nawet o śmierci, ale nie miałam nigdy odwagi, a dziś wiem, jak czują się ci, którzy zostają... Teraz myślę o tym, że mogłam coś zrobić, wyciągnąć do niego rękę, porozmawiać. Mama zawsze powtarzała, że to ja byłam tą bardziej kochaną córką, bo on nie chciał drugiego dziecka. I nic nie zrobiłam. Nigdy. Czasem mówiłam mamie, żeby tak się ciągle z nim nie kłóciła, żeby trochę odpuściła, bo on i tak nigdy nie przestanie pić. Ale tylko jej to mówiłam. Do niego nawet się nie odezwałam. Ciągle obok. No i że na ten kabel nie zareagowałam, mogłam go schować. Wiem, że jeśli on to zaplanował, to zrobiłby to kiedy indziej, ale może to by go jakoś zastanowiło, gdybym ja... Dziś płaczę, wcześniej prawie wcale - trochę zaraz po jego śmierci tego dnia, kiedy popełnił samobójstwo, a potem raz, gdy byłam sama w wynajmowanym przeze mnie pokoju. Na pogrzebie nie uroniłam ani jednej łzy. Z tego, że nie umiem wyrażać uczuć, też zdaję sobie sprawę. Z wielu rzeczy zdaję sobie sprawę. Wiem, że powinnam iść do psychologa, ale nie umiem zadzwonić i się umówić. Ja wstydzę się iść do sklepu, a co dopiero załatwić taką rzecz. Od zawsze tak mam, najprostszych czynności się wstydzę i słabo radzę sobie z załatwianiem spraw. Jestem mizantropem, unikam ludzi, nie lubię spotkań rodzinnych - prawie wcale się wtedy nie odzywam, jestem uważana za sztywną i wywyższającą się, ale ja naprawdę nie mam o czym rozmawiać, bo prawie nikogo nie znam, nigdzie nie wychodzę, z nikim się nie spotykam. Mam jedną przyjaciółkę z liceum, 2 dobre koleżanki z liceum i kilka koleżanek ze studiów. Dziewczyny z liceum wiedzą trochę o mojej rodzinie. Te ze studiów nic. Nie umiem o sobie opowiadać. Chłopaka nie mam i nigdy nie miałam. Mimo że chciałabym go mieć, to jednak cieszę się, że go nie ma - nie chcę nikomu marnować sobą życia. Zdaję sobie sprawę, że żaden normalny by ze mną nie wytrzymał, a i ja widząc człowieka pijącego piwo, czuję do niego niechęć. Z chłopakami raczej nawet nie rozmawiam. Zdaję sobie sprawę, że to ma jakiś związek z brakiem ojca. Oprócz problemów dotyczących radzenia sobie w życiu, doszło to poczucie winy. Ono było już wcześniej, jeszcze jak żył, ale nie aż takie. Tak wiele jest naszej winy w jego śmierci.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Jak pomóc partnerowi, który nie radzi sobie z poczuciem winy?

Nawet nie wiem, jak zacząć... Bardzo zależy mi na szczerej i fachowej odpowiedzi, więc napiszę szczerze, jak jest!!! Mam 26 lat, od ponad roku jestem związana z mężczyzną, który dla mnie rozwiódł się z żoną i przeprowadził do mnie. J....

Nawet nie wiem, jak zacząć... Bardzo zależy mi na szczerej i fachowej odpowiedzi, więc napiszę szczerze, jak jest!!! Mam 26 lat, od ponad roku jestem związana z mężczyzną, który dla mnie rozwiódł się z żoną i przeprowadził do mnie. J. ma dwójkę dzieci - córkę i syna (13 i 9 lat), dzieci mieszkają z matką. J. powiedział mi, że bardzo kocha swoje dzieci i nie chce tracić z nimi kontaktu, chce widywać je najczęściej, jak się da. Od jego wyprowadzki minęło 8 miesięcy i jak dotąd wszystko było w porządku. Nigdy nie broniłam mu kontaktu z dziećmi i zawsze widuje się z nimi, kiedy tylko chce (chodzi na spacery, do kina, na pizzę). Ich kontakt jest bardzo dobry. Nagle tydzień temu wszystko wywróciło się do góry nogami. W życiu jego byłej żony pojawił się mężczyzna, na pierwsze spotkanie przywiózł prezenty dzieciom, spędził z nimi kilka godz., pomógł odrobić lekcje, przygotował coś na kolację - dzieci POLUBIŁY nowego kolegę mamy. Muszę tu nadmienić, że dzieci bardzo kochają swojego tatę, lubią i chcą się z nim widywać. Za tydzień mam je poznać, wcześniej jego była żona nie pozwalała na ich kontakt ze mną, zmieniło się to po pojawieniu się w jej życiu mężczyzny. Nie wiem, co się stało, ale ta sytuacja całkiem przerosła mojego partnera, zupełnie załamał się. Dziś powiedział, że nienawidzi siebie za to, że skrzywdził dzieci dla własnej przyjemności. Nie może ZNIEŚĆ MYŚLI, że ktoś inny będzie teraz przy nich cały czas. Obawia się, że go ZASTĄPI. Dzieci odsuną się od niego i nie będą o nim myśleć ani widywać się z nim. Nigdy takim go nie widziałam, całkiem stracił chęć do życia - mówi, że bez dzieci życie jest nic niewarte, że jest beznadziejny i że jest złym człowiekiem... płacze. Powiedział nawet, że sam nigdy nie przypuszczał, że aż tak bardzo je kocha i tęskni za nimi. Boję się, że to depresja, czuję się bardzo bezradna, nie wiem jak mu pomóc, jakich argumentów użyć??? Co powinnam zrobić, by pomóc mu poradzić sobie z poczuciem winy??? Szczerze mówiąc, boję się, że coś sobie zrobi, bo powiedział: "Gdyby stało się coś złego, to pamiętaj, że bardzo mocno Cię kocham". JAK MU POMÓC???

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Jan Karol Cichecki
Lek. Jan Karol Cichecki
Patronaty