Z kim mogłabym porozmawiać o swoich problemach?

Szczerze nie wiem nawet od czego zacząć i chyba potrzebuje po prostu wygadania się, spojrzenia na to wszystko z "boku" bo nie mam osoby z którą mogłabym porozmawiać o wszystkich aspektach. Nie mam mysli samobójczych rzecz jasna ale no bardziej poczucie że moje życie jest prostu zbyt ciężkie. Przepraszam jeśli będzie coś za długo i może za dużo. Zacznę od tego że jestem zarażona wirusem HIV od urodzenia i najprawdopodobniej wskutek tego AIDS które przeszłam mam MPD dipelgie - poruszam się na wózku/kulach. Nie wychował mnie biologiczny ojciec (nie znam go zupełnie łączy mnie z nim tylko krew i nazwisko) a partner mojej mamy. mówiłam do niego "tato", on mnie nazywał córką. generalnie był dla mnie właśnie ojcem. jego rodzina też była dla mnie jak swoja, mówiłam na jego mamę normalnie "babciu". jeśli chodzi o relacje to nazewnictwo myśle ze wiele mówi za siebie ale: zawsze się mną zajmował, pamiętam gdy miałam jakiś problem w szkole z kolezankami np. to służył pomocą. motywował mnie do rehabilitacji itd moja mama pamiętam była bardziej od "ogarniania" w stylu lekarze, lekcje, jeżdżenie po turnusach itd no ale jak miałam 9 lat to on rozstał się z moją mamą a gdy miałam 10 zerwał ze mną zupełny kontakt. i szczerze chyba to było takim punktem od którego wszystko się spierdoliło potem moja mama zachorowała na depresję, generalnie przez to że opadła mi motywacja do jakichkolwiek ćwiczeń/rehabilitacji to właściwie do dzisiaj miewamy kłótnie na ten temat. poznała koleżanki z bloku. one są dość specyficznym towarzystwem. lubiły wtrącać się w nieswoje sprawy. jak miałam 12 lat zaczęły namawiac moja mamę do "znalezienia sobie faceta", a ja na wszelkie ich sugestie byłam wściekła i taka no - bardzo zaborcza w tej kwestii. gdy z nimi też często wtedy wychodziła zostawiając mnie samą to ja do niej wydzwaniałam po 10 razy z "kiedy będziesz". one oczywiście komentowały "ale to jest twoja córka nie tłumacz się jej, a ty daj matce żyć". Na moje problemy z akceptacją niepełnosprawności (które zaczęły się zaraz po wyprowadzce mojego taty) zawsze miały "mój syn oddałby wszystko żeby chodzić jak ty", "ale ty przecież chodzisz o kulach jaki ty masz problem". Temat mojego taty nie istniał, tak jakby każdy nie uznawał go za mojego ojca ani tatę tylko po prostu "ex mojej mamy". Moja mama w tym wszystkim... no cóż. Właściwie stała z boku. Nie reagowała na takie teksty i szczerze mam wrażenie że często rozmawiała ze mną o swoich koleżankach. Że "a to tamta jest taka, a to ta jest taka". Okej ploteczki nie są niczym złym. Tylko że w tym wszystkim nie było rozmów na zasadzie jakieś głębszej - nawet niedawno mi to przyznala -zeby ona była dla mnie wsparciem, dobrym słowem, no taką "mądrością" co matki są dla swoich córek. if you know what I mean Choć no - przytulala mnie, mówiła kocham cię itd interesowała się moja szkoła, leczeniem, jeździliśmy czasem do galerii czy innych nie mogę powiedzieć że nie. No ale potem przez swoje koleżanki poznała mężczyznę i imieniu Konrad. Wiem że może nie byłam całkiem w porządku do niego. wyzywalam od debili czy takich innych, ale no miałam 13 lat. Moim celem było właściwie odstraszenie go bo cytując samą siebie: "nie chce by moja mama miała kogoś!". choć teraz wiem że chciałam tak naprawdę w środku powiedzieć "ja chcę żeby było tak jak dawniej!" No ale on się wywyższal, wyzywał moja mamę, kłócili się, gdy przychodził (bo nie mieszkał z nami dzięki Bogu) to często pod wpływem procentów wyzywał mnie od (i tu cytuje) jebnietych tumanów na wózku, że nie chce mi się chodzić o kulach bo jestem leniem śmierdzącym, że by mi by wpierdilił. Pamiętam przy mnie powiedział o mojej mamie "a wiadomo czemu Marian (mój "tata") odszedł, może się puściła?". O moim wujku co popełnił samobójstwo powiedział że "był tchórzem co chciał latać" (zmarł właśnie przez skok z wysokiego piętra) . Moja mama znowu - niewiele stawała w mojej obronie. Nawet gdy faktycznie się z nim pokłóciła i "zerwała" i obiecywala że kończy to tak naprawdę za parę tygodni okazywało się że znowu z nim pisze. No i to ja miałam przepraszać jego za swoje zachowanie. i właściwie zawsze tak było: jakaś kłótnia wyniknęła miedzy nami, on naubliżał, moja mama zerwała potem wróciła do niego. Była rozmowa on mnie niby przeprosił (za wyzwiska pokroju wyzej) ale zawsze to ja też miałam go przeprosić bo "ty na początku też go wyzywalaś". Za to ostatni raz jak go widziałam miałam 16 lat gdzieś to pożegnał się słowami (po kłótni kolejnej) "zdychajcie na tego syfa". Moja mama oczywiście zarzekała że z nim skończy no ale co - nie kończyła. Nawet były sytuacje gdzie mówiła że idzie do koleżanki na działkę a jeździła do niego. czasem gdy mi mówiła że jedzie do niego to ja się oczywiście wściekałam. Każdy się dziwił - włącznie z moją ówczesna terapeutka- bo przecież już go nie widywałam. Wtedy też pamiętam zaczęło się no - może źle to zabrzmi ale - "sprawdzanie telefonu" przeze mnie by upewnić się czy dalej z nim jednak nie pisze. No moja mama już z nim skończyła (niecałe 2 lata temu) - głównie przez to że było ryzyko że będzie mieć z nim dziecko wypisywał dziwne wiadomości, co właściwie mogłabym to nazwać nękaniem. Nie mam zbyt wielu znajomych - jedna przyjaciółkę z którą się widzę raz na parę miesięcy bo mieszkamy daleko. Kolegę z którym głównie pisze go poznaliśmy się przez internet - parę razy się spotkaliśmy ale za każdym moje ciało reagowało tak jakbym była w przeszłości ofiarą jakiegoś g*tu - trzęsłam się, mdliło mnie, bałam się po prostu go choć ten był miły i nie dał mi ku temu żadnych powodów. Sama nie wiem chciałabym być z kimś kiedyś ale z drugiej... Nie wiem czy potrafiłbym komuś zaufać, w szczególności w kwestii hiv, choć wiremie mam teraz niewykrywalną. Po prostu... Czuję trochę że tego wszystkiego jest za duzo. Z drugiej - jak kiedyś określiłam moje życie "piekłem", po tym jak ten Konrad wysłał wiadomość w którym nazwał m.in mnie "szmatą" (doskonale wiedział że mam hiv od urodzenia) jedna z koleżanek mojej mamy mnie po prostu wyśmiała. Mógłby się na ten temat wypowiedzieć jakiś psycholog/terapeuta? Może psychiatra - kiedyś byłam u takowego ale nie powiedziałam o wszystkim, właściwie wiedział tylko aspekt niepełnosprawności. Moja terapeutka do której już nie chodzę przez to że stałam się pełnoletnią kiedyś zasugerowała PTSD po tym jak mój "tata" mnie porzucił.
KOBIETA, 22 LAT 23 godziny temu

Szanowna Pani,

przeczytałam uważnie wszystko, co Pani napisała. Widać, że te słowa powstały w bardzo silnych emocjach i po długim czasie noszenia w sobie wielu trudnych doświadczeń. Z Pani opisu jasno wynika, że potrzebuje Pani wsparcia i możliwości spokojnego opowiedzenia o tym, co Pani przeżyła. W Pani historii jest bardzo wiele spraw, które w Pani oczach nie zostały domknięte ani wyjaśnione, dlatego naturalne jest, że wciąż do Pani wracają i wywołują ból.

Od samego początku życia towarzyszy Pani choroba oraz związane z nią trudności zdrowotne i niepełnosprawność. To ogromne obciążenie, z którym niewiele osób musi mierzyć się od tak wczesnych lat. Już samo to wymaga ogromnej siły i odporności psychicznej. Jednocześnie w dzieciństwie przeżyła Pani bardzo bolesne doświadczenie utraty ważnej osoby – mężczyzny, którego traktowała Pani jak ojca. Dla dziecka taka nagła utrata relacji i brak kontaktu może być bardzo trudnym przeżyciem i pozostawić poczucie opuszczenia czy niezrozumienia.

Dodatkowo w kolejnych latach pojawiły się sytuacje, w których doświadczała Pani braku wsparcia, a nawet bardzo raniących słów ze strony dorosłych. Takie doświadczenia mogą wpływać na poczucie bezpieczeństwa, zaufania do innych ludzi oraz na sposób postrzegania siebie i swojego życia. To, że dziś czuje Pani przeciążenie i ma poczucie, że tych trudności było po prostu za dużo, jest reakcją całkowicie zrozumiałą.

W takiej sytuacji bardzo pomocne bywa szukanie przestrzeni, w której można mówić o swoich przeżyciach i być wysłuchanym bez oceniania. Warto rozważyć powrót do rozmów ze specjalistą – psychologiem, psychoterapeutą lub psychiatrą – szczególnie takim, z którym mogłaby Pani spokojnie omówić wszystkie doświadczenia, również te, o których wcześniej nie było okazji opowiedzieć.

Moim zdaniem dobrym krokiem może być także poszukanie grup wsparcia. Są to miejsca, w których spotykają się osoby przeżywające podobne trudności – związane z chorobą, niepełnosprawnością czy trudnymi doświadczeniami życiowymi. W takich grupach można dzielić się swoimi przeżyciami, wątpliwościami i problemami. Często okazuje się, że inne osoby rozumieją bardzo podobne emocje. Każde kolejne spotkanie i rozmowa o danym problemie pozwala spojrzeć na niego z innej perspektywy. Czasami właśnie w takich rozmowach pojawiają się nowe sposoby radzenia sobie z trudnościami.

Warto również poszukać bezpiecznych forów lub społeczności wsparcia w internecie, gdzie można anonimowo rozmawiać z osobami, które mają podobne doświadczenia. Dla wielu osób jest to pierwszy krok do odzyskania poczucia, że nie są z tym wszystkim same.

Najważniejsze jest jednak to, że już zrobiła Pani bardzo ważny krok – zdecydowała się Pani opowiedzieć swoją historię i poszukać pomocy. To pokazuje, że mimo wszystkich trudnych doświadczeń wciąż ma Pani w sobie siłę, aby szukać drogi do spokojniejszego i bezpieczniejszego życia.

Z wyrazami szacunku i życzeniami dużo siły

Martyna Dudzińska

0
redakcja abczdrowie Odpowiedź udzielona automatycznie

Nasi lekarze odpowiedzieli już na kilka podobnych pytań innych użytkowników.
Poniżej znajdziesz do nich odnośniki:

Patronaty