Twój przewodnik po zdrowiu

  1. Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
  2. Nie ma informacji, których szukasz? Wyślij pytanie do specjalisty.
Rozpocznij
7 6 6 , 7 2 9

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Uzależnienia: Pytania do specjalistów

Jak rozmawiać o uzależnieniu od narkotyków?

Witam serdecznie, Jak większość osób tu piszących martwię się o swoją bliską osobę. Temat dotyczy mojego chłopaka, z którym mieszkam od 2 miesięcy. Na początku związku byłam zupełnie nieświadoma, że mój partner jest od czegoś uzależniony. Pierwszy raz zapalił przy...

Witam serdecznie, Jak większość osób tu piszących martwię się o swoją bliską osobę. Temat dotyczy mojego chłopaka, z którym mieszkam od 2 miesięcy. Na początku związku byłam zupełnie nieświadoma, że mój partner jest od czegoś uzależniony. Pierwszy raz zapalił przy mnie na naszym pierwszym wspólnym wyjeździe... Sytuacja raczej sugerowała, że "zakup towaru" był formą zabawy. Byliśmy w Czechach i tak jakoś wyszło, że to COŚ trafiło w jego ręce. Było wtedy nawet całkiem zabawnie... Później już nie było mi do śmiechu. Z racji tego, że nigdy nie miałam nic wspólnego z osobą, która ma tego typu problem, starałam się Go zrozumieć na wszystkie możliwe sposoby. Miał, ma bardzo dużo stresów związanych z własną firmą. Jest młodym, ambitnym mężczyzną, którego w pewnym momencie sytuacja przerosła- tak mi się wydaje.

Kiedy nieśmiało staram się uzyskać informacje- od kiedy pali- dowiaduję się, że miało to miejsce po rozpadzie jego poprzedniego związku, które miało miejsce jakieś 5 lat temu. Od wtedy pali praktycznie codziennie, kilka razy dziennie... Jak wygląda jego zachowanie? Jest coraz bardziej nerwowy, wyprowadzają Go z równowagi coraz mniejsze rzeczy- nawet to, że coś mu wypadnie z rąk. Z Jego pamięcią też jest coraz gorzej. Ma mnóstwo obowiązków na głowie i widzę, że radzi sobie z nimi z coraz większym wysiłkiem. Niepokoi mnie również fakt, iż nie śpi do 3, 4 w nocy. Ma trudności z zasypianiem. Rano nie może wstać i źle się czuje. Ostatnimi czasy jest bardziej podatny na przeziębienia. Ma częste bóle głowy, powiększone węzły i "tiki" czyli widoczne i mocne spięcie mięśni- nie potrafię w inny sposób tego opisać.

W tygodniu, jak pracuje do późna, praktycznie się nie kochamy. W ostatnim czasie były nawet dwie sytuacje, że podczas stosunku nagle "czar pryska". Wtedy wymyśla rożne powody dlaczego tak się stało. A ja niestety myślę, że powód jest całkiem inny. Opisuję Go troszkę jak tyrana. Nie mniej jednak w większości czasu jest dla mnie dobry, troskliwy i kochany. Czasami zdarza się, że powie mi coś głupiego - czego nie przemyśli, ale taka jest też chyba natura ludzka i nie ma to związku z nałogiem. Nie ukrywam, że jak sobie zapali sama widzę, że schodzi z niego ciśnienie związane z trudem dnia codziennego. Nie chcę Go zostawiać. Kocham Go bardzo i wiem, że szantaż emocjonalny pod tytułem "palenie albo ja" nie jest wyjściem- to w jakiś sposób oznacza również moje poddanie się temu nałogowi. Szukam sposobu jak mu pomóc. Chcę podjąć walkę dla Niego i dla Nas. Chciałabym dowiedzieć się jak w ogóle taką rozmowę zacząć, aby nie uciekł, aby nie poczuł się osaczony i oskarżany za swój nałóg. Nie można, według mnie, potępiać kogoś za błąd przeszłości, z którym zapewne i On nie umie sobie teraz poradzić. Należy takiej osobie podać dłoń i pomóc jej wstać. Jeśli są jakieś inne metody niż wysyłanie Go do psychologa/ psychiatry byłabym wdzięczna za przytoczenie ich. Ja już nie mogę patrzeć jak On się marnuje w tym uzależnieniu. Bardzo proszę o ustosunkowanie się do mojej wiadomości. Pozdrawiam

Czy tak będzie zawsze?

Witam. Mam 21 lat, ogólnie nic mi się nie chce i nic mnie nie obchodzi, mogłabym leżeć całymi dniam i patrzeć w sufit . Mimo że mam znajomych i niby jakichś tam przyjaciół, bo oni się za nich uważaja, to...

Witam. Mam 21 lat, ogólnie nic mi się nie chce i nic mnie nie obchodzi, mogłabym leżeć całymi dniam i patrzeć w sufit . Mimo że mam znajomych i niby jakichś tam przyjaciół, bo oni się za nich uważaja, to tak naprawdę od zawsze czuję, że nie mam jednak przyjaciół. Samo powiedzenie, że ktoś jest moim przyjacielem sprawia mi trudność, wolę więc unikać takich sytuacji i słów. Okłamuję innych, że nie mam czasu na spotkania i na jakiekolwiek imprezy, zamykam sie w pokoju i nie chcę nikogo widzieć!:-( Ograniczam się jak tylko mogę tylko po to, żeby nic nie robić i być sama. Mimo że wychodzi mi to i tak czuję, że ciągle mam za mało czasu i za dużo przebywam z ludźmi. Gdy ktokolwiek zaczyna ze mnąą rozmowę, już mam dość tego, że muszę odpowiadać na pytania. Rzeczy, które robię na co dzień są dla mnie przymusem, nic mnie nie cieszy. Gdy ktoś zrobi coś dla mnie, jest mi to obojetne i nie potrafię udawać radości. Wiem, że ranię innych. Chce mi się płakać jak o tym myślę. Dziwię się, że w ogóle jeszcze są osoby, które chcą ze mną rozmawiać, ale podejrzewam, że to tylko dlatego, że jak już znajdę sie w gronie tych bliższych przyjaciól to ciągle żartuję. Jest to dla mnie dziwne, bo uważam się ża osobę przybitą życiem i smutną - nie wiem dlaczego czasami mam, nie wiadomo skąd, poczucie euforii i wtedy głupie żarty mi w głowie (albo nie rozmawiam w ogóle, albo zachowuję się jak pajac i sama mam z tego największy ubaw i śmieję się aż do łez, tego też mam już dość, bo po powrocie do domu znowu jest tylko przybita ewelinka). Od dawna wydaje mi się, że sama sobie jestem obca, bliscy są mi obcy, a to co się dzieje wokół mnie jest nierzeczywiste i wtedy mam takie myśli: że przecież wiem jak się nazywam, niestety pamiętam całe swoje życie (wolałabym stracić pamięć i nie pamietać tego, co było), a jednak coś jest ze mną nie tak. Za czasów szkolnych, kiedy się coś wydarzyło i jak miałam w tym swój jakiś udział, to myślałam sobie, że to już się kiedyś wydarzyło, miałam poczucie, jakbym żyła już kiedyś, chociaż wiedziałam, że to się zdarzyło pierwszy raz. Ogólnie moje myśli są gdzieś ciągle w przeszłości, rozmyślam o nich nieustannie, o sytuacjach, w których ja zrobiłam jakiś błąd lub nic nie zrobiłam, nawet nie powiedziałam zwykłego dziękuję czy przepraszam ludziom, na których mi zależało. Najgorszą sprzecznością jest to, że chciałabym być inna, ale nie wkładając w to żadnych wysików, chciałabym mówić to co czuję i myślę, ale nie potrafię, gdyż wtedy chce mi się płakać, chociaż nie czuję żadnego zażenowania tym, kim jestem i czasami to nawet jestem zadowolona z tego, że tkwię w takiej jakiejś beznadziejności. Teraz jak myślę o tym jaka jestem, to czuję się jak ofiara, pełna żalu (kiedyś nienawiści) do swojego ojca pijaka za to, że jestem jaka jestem, a mama ma depresję lękową. Już nie mam myśli samobójczych, choć chciałabym, aby mnie nigdy nie było, abym sie nie urodziła. O tym co tu napisalam nie wie nikt i nigdy się nie dowie, bo wyglądałoby to w ten sposób, że zanosiłabym się płaczem, nie mogłabym wypowiedzieć żadnego słowa, a w końcu sama bym już nie wiedziała czego chcę i o co w ogóle mi chodzi. Do psychologa wysyłała mnie pedagog szkolna w liceum, ale ja nie chciałam rozmawiać ani z nią, ani z kimkolwiek obcym czy też bliskim. Zadziwiła mnie ta kobieta, że w ogóle się mną zainteresowała, bo nie sprawiałam żadnych problemów w szkole, stwierdziła tylko, że chodzę smutna, jestem zamknięta w sobie i odizolowana od klasy, czego klasa wogóle nie zauważyła - mieli tylko o mnie zdanie takie, że jestem dowcipna i nie przejmuję się niczym, chociaż ja leczylam się na nerwicę. Może mi ktoś cokolwiek napisać, żebym nie myślała już, że jestem nienormalna?

Witam, chciałabym zapytać jak można nakłonić bliską osobę do przestania palenia marihuany

Robię wszystko, co w mojej mocy, ale on po prostu mówi, że to nie uzależnia i że nie ma problemu, a ja widzę jak z dnia na dzień staje mi się coraz bardziej obcy. Proszę o pomoc!

Czy to depresja, czy nieporadność życiowa?

Witam! Mam 36 lat i czuję się jak dziecko, zagubione, potrzebujące pomocy... Nie umiem sobie poradzić z trudnościami życia dzisiejszego, nie pasuję do tego świata... Nie mogę się wyspać, prześladują mnie myśli samobójcze... Wyszłam za mąż w wieku 30 lat...

Witam! Mam 36 lat i czuję się jak dziecko, zagubione, potrzebujące pomocy... Nie umiem sobie poradzić z trudnościami życia dzisiejszego, nie pasuję do tego świata... Nie mogę się wyspać, prześladują mnie myśli samobójcze... Wyszłam za mąż w wieku 30 lat (6 lat temu) za człowieka nieodpowiedzialnego, wydawało mi się, że mnie kochał, jest alkoholikiem. Żadnego poczucia bezpieczeństwa, kochałam go, wydawało mi się, że jak mu poświęcę życie, to on zrozumie, że jestem ważna, myliłam się. Moje miejsce to przy garach, dziecku i w łóżku, bez jakiegokolwiek oczekiwania wdzięczności, zrozumienia. Seks jest dla mnie porażką. Nie jest agresywny, teraz od dwóch miesięcy (po zawale serca) nie pił, nigdy mnie nie bił, a żyć się z nim nie daje. Po powrocie z pracy nie robi nic, tylko leży, śpi, zje obiad, śpi dalej. O pieniądze na czynsz (wynajmujemy mieszkanie) muszę się trzy dni prosić, czy to normalne? Proszę go o rozmowę, ale to jest "odbijaniem piłeczki" - jeśli mu coś zarzucę, nie tłumaczy tego, tylko odpowiada, a ty to... Wczoraj wolał wypić sobie 200 gramów, niż powiedzieć, właściwie obiecać mi cokolwiek, on chyba boi się obiecywać... Błagam, pomóżcie, ja już nie mogę pracować, boję się myśli, które mnie nachodzą, nie mogę z nim zostawić wspaniałego syna, boję się odejść, bo nie stać mnie na utrzymane nas. Nie wiem od czego zacząć, nie stać mnie na nic...

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Szkoła, depresja, narkotyki...

Witam. Bardzo proszę o pomoc, bo już dłużej tak nie dam rady. Ostatnio czuję się w szkole strasznie wyizolowana, nie mam przyjaciół. Jakiś czas temu dużo chorowałam, a po przyjściu do szkoły okazało się jak wiele mam zaległości. Nie dałam...

Witam. Bardzo proszę o pomoc, bo już dłużej tak nie dam rady. Ostatnio czuję się w szkole strasznie wyizolowana, nie mam przyjaciół. Jakiś czas temu dużo chorowałam, a po przyjściu do szkoły okazało się jak wiele mam zaległości. Nie dałam rady tego wszystkiego ogarnąć, więc zaczęłam unikać szkoły, ze względu na odrzucenie przez klasę, i ze względu na przedmioty, z których się nie przygotowałam. Jeszcze wychowawca mówił przy całej klasie, że uciekam z lekcji i straszył, że nie zdam. W ogóle czuję się jakaś inna i gorsza od nich. Jak próbuje z kimś nawiązać rozmowę, to mi odpowiada krótko i odchodzi. I nikt pierwszy się do mnie nie odezwie. Kiedyś wychodziłam po szkole z paroma osobami, a teraz oni się trzymają razem i już nikt mi nie proponuje wyjścia. Na przerwach zazwyczaj rozmawiam przez telefon... Skoro z nikim nie da się pogadać... Nawet ostatnio proponowałam spotkanie takiej dawnej koleżance, a ona praktycznie bez zastanowienia mi odmówiła... Nie wiem, co się dzieje. Kiedyś jak robiłam imprezy u siebie, to byłam lubiana i nie miałam z tym problemu. Ale to, że przestałam, jest przyczyną, żeby ze mną nie gadać? W ogóle czasami to odrzucenie mnie tak przytłacza, że mam ochotę wybiec z tej szkoły... już parę razy tak zrobiłam. Jest kolejny problem, ponieważ sfrustrowana i zawiedziona szkołą, po powrocie zaczęłam uciekać w narkotyki, nadużywać leków w celu oderwania się od przykrej rzeczywistości. Żeby poprawić oceny brałam amfetaminę, a kiedy nie mogłam usnąć, paliłam marihuanę. Co gorsze, nie zdawałam sobie sprawy z tego, co robię, bo mój chłopak mi przy tym towarzyszył i jemu się to podobało. Już jakiś czas nie biorę nic, ale wiem, że jeśli znowu coś mnie zdenerwuje, to coś wezmę. Chodziłam do psychologa, ale nie potrafiłam się przed nią otworzyć i powiedzieć np. o tych narkotykach i o tych wszystkich problemach. W sumie wydaje mi się, że amfetamina strasznie wpłynęła na moją psychikę i mam problemy z określaniem tego, co czuję, i z odróżnianiem własnych myśli od rzeczywistości, nie lubię mówić o sobie, a nawet NIE POTRAFIĘ mówić o sobie i o swoich problemach. Pewnie dlatego wizyty u psychologa nie rozwiązały moich problemów. Ostatnio staje się coraz bardziej nerwowa, denerwuję się na mojego chłopaka z byle powodu, wszystko co on robi lub mówi, mnie wkurza i co krok robię mu wyrzuty, chyba zakończę ten związek... Wiem, że sama sobie z tym nie poradzę, szczególnie, że to się wciąż rozwija. Ostatnio coraz częściej myślę o samobójstwie, patrząc jak żałosne i bezwartościowe jest moje życie... Co robić? Do kogo się zgłosić? Z góry dziękuję...

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Ucieczka w alkohol, sen i myśli samobójcze...

Witam! Mój chłopak ma depresję (nie jest stwierdzona przez lekarza). Bardzo chciałabym mu pomóc, ale nie wiem jak. Problem tkwi również w tym, że nie jesteśmy razem od paru dni. Zerwałam z nim, pomimo tego, że go kocham. Przyjaźnimy się...

Witam! Mój chłopak ma depresję (nie jest stwierdzona przez lekarza). Bardzo chciałabym mu pomóc, ale nie wiem jak. Problem tkwi również w tym, że nie jesteśmy razem od paru dni. Zerwałam z nim, pomimo tego, że go kocham. Przyjaźnimy się i jesteśmy ze sobą blisko, jednak on nie jest w stanie mnie pokochać. Chcę mu pomóc jako przyjaciółka. On nie może zapomnieć dziewczyny, z którą był niecałe 3 miesiące, a minęło od tego już 10 lat, nie może dogadać się z rodzicami, ucieka w alkohol i imprezy z kolegami, ucieka w sen i ma myśli samobójcze. Jak mogę mu pomóc, pomimo tego, że dzielą nas kilometry?

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Alkoholizm u nastolatka

Mój chłopak ma 17 lat. Od dłuższego czasu zauważyłam, że pije. Wszystko zaczęło się półtora roku temu od problemów w domu. Nie pił mało, dużo też nie. Ale z czasem pił coraz więcej. Pół roku temu przestał, a przynajmniej tak...

Mój chłopak ma 17 lat. Od dłuższego czasu zauważyłam, że pije. Wszystko zaczęło się półtora roku temu od problemów w domu. Nie pił mało, dużo też nie. Ale z czasem pił coraz więcej. Pół roku temu przestał, a przynajmniej tak mówił. Ale dwa miesiące temu znowu zaczął. Wiem, że teraz pije bardzo dużo. Zdarzyło mu się upić do tego stopnia, że trafił już dwa razy do szpitala przez przedawkowanie. Jego mama z nim długo rozmawiała, ale to nic nie daje. On uważa, że nie jest uzależniony, chociaż pije coraz więcej. Poza tym nigdy jej nie słuchał. Teraz nie słucha również mnie. Znika gdzieś na całe dnie, coraz rzadziej widzę go trzeźwego. Matka zapisała go na terapię, ale był tylko raz, po prostu przestał chodzić, nie powiedział nic, ciągle powtarza, że owszem pije, ale od czasu do czasu. Mówi, że mu nie ufam ... A wtedy po prostu wymiękam. Chciałabym się dowiedzieć jak mogę mu pomóc, a właściwie jak przekonać go do leczenia? Wydaje mi się, że leczenie stacjonarne byłoby najlepszym wyjściem, ale nie wiem czy zostałby przyjęty. Czy są jakieś specjalne ośrodki uzależnień dla nastolatków?

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Jak posklejać połamane życie, skąd wziąć siłę?

Witam, pokrótce przedstawię swoją historię: pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej (agresja ojca, alkoholizm matki, brak akceptacji od najmłodszych lat ze strony rodziców). W wieku 15 lat zachorowałem na zaburzenia lękowo-depresyjne (pobyt w szpitalach, całkowity paraliż normalnego życia przez 3 lata). Następnie...

Witam, pokrótce przedstawię swoją historię: pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej (agresja ojca, alkoholizm matki, brak akceptacji od najmłodszych lat ze strony rodziców). W wieku 15 lat zachorowałem na zaburzenia lękowo-depresyjne (pobyt w szpitalach, całkowity paraliż normalnego życia przez 3 lata). Następnie popadałem w alkoholizm. Poznałem dziewczynę, której robiłem piekło z życia w wyniku mojej nerwicy i zaburzeń osobowości (megalomania, dysmorfofobia, agresja czynna, ekshibicjonizm mentalny, agresja do całego świata, izolowanie się). Wytrzymała ze mną 3 lata (razem wyjechaliśmy z małego miasta na studia). Na ostatnim roku studiów byłem już totalnie sam i właściwie co dzień w samotności się upijałem, a jeśli już miałem kontakt z ludźmi, to zawsze zrobiłem coś co odstraszało mnie od innych (agresja, wulgarność, wywlekanie nieprzyzwoitych spraw z własnego życia, seksoholizm, megalomania - po alkoholu najczęściej). Nie myślałem zupełnie o przyszłości, studia skończyłem z miernym wynikiem, jako że szedłem "po najmniejszej linii oporu". Nie potrafiłem utrzymać żadnej pracy po studiach, wciąż wpatrzony w swój brud wewnętrzny, z którym sobie nie radziłem, roztrząsając to co wyprawiam z własnym życiem. Nie potrafiłem się skoncentrować (wciąż piłem, brałem psychotropy i leki nasercowe, paliłem marihuanę). Wróciłem ze studiów do rodzinnego miasteczka, gdzie mam zszarganą opinię przez różnego rodzaju wybryki. KAŻDĄ relację w przeciągu 11 lat kończyłem jakimś idiotycznym akcentem, "akcją" z mojej strony, wszystkie relacje koleżeńskie i erotyczne kończyłem przez niedojrzałość, alkohol, złe emocje. Jestem teraz zupełnie sam w tym moim miasteczku, gdzie trudno o pracę (nie mówiąc nawet o dobrze płatnej), wzgardzony przez wszystkich. Jeszcze na studiach myślałem, że jestem zdolny, żyłem w nierealnym świecie depresyjno-alkoholowo-megalomańskim. Jedyne do czego dążyłem to seks, upicie się, upalenie marihuaną, właściwie się nie rozwijałem, "olewałem" wszystko. Teraz nie piję, nie palę marihuany, odczuwam głęboki bezsens życia, nie mam chęci na spotkanie terapeutyczne, często powracają migawki z życia - te wstydliwe dla mnie momenty, w których się po prostu ośmieszałem i budziłem odrazę u ludzi. Wiem, że zszarganej opinii nie odbuduję, na wyjazd do innego miasta nie mam pieniędzy, posiadam niewiele zdolności przydatnych na rynku pracy, staram się rozwijać w kierunku "społecznej użyteczności", lecz silna depresja przeszkadza mi często w tym. Często czuję, że w ogóle nie nadaję się do życia, mieszkam z rodzicami, czasem każda sekunda samotności jest wprost nieznośna, myśli samobójcze są już na tym etapie, że przestałem się obawiać tego aktu, ale jeszcze coś mi mówi, że mam z tym troszkę poczekać. Jest mi cholernie ciężko, choć wiem, że gdy nie piję, potrafię przynajmniej nie robić złych rzeczy, ale depresja silna istnieje. Myślałem naiwnie, że wszystko mi "z nieba spadnie", gdy skończę studia, że usamodzielnię się jak moje rodzeństwo, że osiągnę sukces (to dopiero naiwność). Mam więc pytanie: jak wyjść z tego wszystkiego, jak odbudować swoje życie, czy konieczna jest psychoterapia (w miasteczku nie mam nawet takiej możliwości), jak samemu przetrwać ten trudny okres "olśnienia", że jestem totalnym ZEREM i nie mam nic? Dziękuję za odpowiedź.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Jak sobie poradzić z uciekaniem w alkohol z problemami?

Mam problem ze Sobą, chyba. W sierpniu wyszłam za mąż (po 7 latach wspólnego mieszkania i bycia razem). Zawsze było dobrze, nie bajkowo - bo tak jest w bajkach - ale czułam się szczęśliwa, że się spełniam, i że to...

Mam problem ze Sobą, chyba. W sierpniu wyszłam za mąż (po 7 latach wspólnego mieszkania i bycia razem). Zawsze było dobrze, nie bajkowo - bo tak jest w bajkach - ale czułam się szczęśliwa, że się spełniam, i że to jest to. Pochodzę z patologicznej rodziny, było mi ciężko dorastać wśród alkoholizmu matki i jej konkubenta, chciałam dla siebie czegoś innego. Mój Mąż dawał mi poczucie bezpieczeństwa... Po ślubie zaraz zaszłam w ciążę, w 14 tygodniu poroniłam, co dla mnie było straszne, chyba do dziś nie pogodziłam się z tym. Czuję, że wszystko mnie przytłacza, coraz częściej patrzę na swój nadgarstek i mam ochotę umrzeć, uciec od tego wszystkiego. Codziennie kłócę się z Mężem (który stracił pracę miesiąc temu - więc staram się tłumaczyć sobie jego dziwne fochy), mam dość mojej pracy i wszystkiego, co mnie otacza, nie widzę sensu mojego życia, a co najgorsze, jak się kłócimy i zostaję sama, mam ochotę się napić. Nigdy nie piłam alkoholu, jednak wiem, że wtedy usnęłabym bez trosk, bez myśli. Miałabym gdzieś jego pretensje i cały świat. Wiem, że alkoholizm nie jest dziedziczny, ale wiem też, że czuję potrzebę zapomnienia. Widziałam jak staczała się matka, odwiedzałam braci w domu dziecka, nie chciałabym. Ale sobie nie radzę z niczym. Ostatnio sobie nóż przymierzałam do nadgarstka, tyle że stchórzyłam. Później sobie wyrzucałam, że nawet tak prostej rzeczy nie potrafiłam. A miałabym spokój... Nie wiem, czy to może użalanie się nad sobą...

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Joanna Żur-Teper
Mgr Joanna Żur-Teper

Nic mnie nie cieszy - czy jestem chory?

Jestem w miarę młodym mężczyzną, mam 31 lat. Dużo w życiu przeszedłem, choćby utratę rodziców i mam dość długi czas myśli samobójcze. Dość często o tym myślę, czasami ostatnio dość często zaglądam do kieliszka. Nie mam pracy, nie radzę sobie...

Jestem w miarę młodym mężczyzną, mam 31 lat. Dużo w życiu przeszedłem, choćby utratę rodziców i mam dość długi czas myśli samobójcze. Dość często o tym myślę, czasami ostatnio dość często zaglądam do kieliszka. Nie mam pracy, nie radzę sobie z bieżącymi problemami. Nie sypiam czasami nawet po tygodnie, czasami również duszę w sobie to wszystko i płaczę sam do siebie, nie ogarniam tego. Nie mam apetytu, nie mam ochoty na nic, nic mnie nie cieszy, nic mnie nie interesuje. Nie wiem, co bym mógł zrobić w takiej sytuacji. Jeżeli bym mógł prosić o jakiekolwiek wskazówki, by poprawić ten stan... Bardzo proszę, co bym mógł zrobić, by wrócić do rzeczywistości? Naprawdę dręczy mnie to i dlatego próbuję zaczerpnąć jakiekolwiek informacje. Z góry dziękuję i oczekuję na odpowiedź.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Jak rozpoznać alkoholika? Symptomy choroby alkoholowej.

Witam! Chciałabym się dowiedzieć, czy mój partner może jest alkoholikiem, jak rozpoznać zaawansowaną chorobę alkoholową? Poznaliśmy się ok 3 lat temu. On jest ponad 10 lat starszy ode mnie i przedtem, jak twierdził, wiódł typowe życie kawalerskie. Tzn....

Witam! Chciałabym się dowiedzieć, czy mój partner może jest alkoholikiem, jak rozpoznać zaawansowaną chorobę alkoholową? Poznaliśmy się ok 3 lat temu. On jest ponad 10 lat starszy ode mnie i przedtem, jak twierdził, wiódł typowe życie kawalerskie. Tzn. wypijał w tyg. parę piw, natomiast weekendy spędzał w ciągu alkoholowym, co na pewno jest również związane ze środowiskiem w jakim się wychował i dorastał, ponieważ w jego rodzinie piją prawie wszyscy, może z wyjątkiem 3 osób. Prócz tego wszyscy jego koledzy są alkoholikami. Z początku o niczym nie wiedziałam, przede mną się krył, lecz nie długo to trwało. Zaczął pić w weekendy, nawet kiedy byliśmy razem lub dzwonił do mnie kompletnie pijany, nie raz mnie wyzywał, po czym na następny dzień twierdził, że tego nie pamięta lub przepraszał i obiecywał, że to się nie powtórzy.

Postanowiłam szczerze z nim porozmawiać, bo zdążyłam już na tamtym etapie zorientować się, że ma z alkoholem problem. Niestety on tego nie widział i twierdził, że ''pije jak każdy normalny facet''. Ustaliliśmy więc kompromis, na który się zgodził, że nie będzie upijał się częściej, niż raz w mies. Niestety, jak łatwo się domyśleć, nie wytrzymał ani jednego mies. Postanowiłam się z nim rozstać i robiłam to potem nie raz, lecz on obiecywał poprawę i znów naiwnie w to wierząc do niego wracałam. Potem sprawy przybrały inny obrót, ponieważ zaszłam w ciążę i słyszałam znów, zmienię się po urodzeniu dziecka... Ja nie wierzyłam już w jego słowa, więc pierwszych parę mies. po przyjściu na świat naszego dziecka, mieszkałam w domu rodzinnym. Potem jednak zamieszkaliśmy razem i niestety było podobnie jak kiedyś. Wracał do domu po pracy już wstawiony, weekendy pił, nieraz nie pojawiał się w domu w ogóle wracając następnego dnia, dzieckiem zajmowałam się tylko ja, do tego dochodziły awantury, moje nerwy, płacz, a dziecko było zdezorientowane i wystraszone.

Czara goryczy się przelała, niedługo po tym jak się przeprowadziłam, wracałam do rodziców, tym razem z postanowieniem, że już na zawsze. Zerwałam z nim kontakt, czasem widywał dziecko. Jednak gdy przychodził, twierdził że już nie pije, ponieważ zrozumiał już co przez alkohol stracił. Minęło trochę czasu i postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę. Znów zamieszkaliśmy razem. Obecnie minęło parę mies. i nie upił się ani razu, może z 2 razy w sob. wypił 4 piwa w tyg. czasem wypije do 2. Nigdy po pracy nie wrócił wstawiony. Więcej czasu spędza z dzieckiem. Jednak ja nie jestem całkiem spokojna ani pewna, że tak zostanie na stale. Jaka jest szansa, że jeśli nawet partner ma problem z alkoholem, choć sam tego nie widzi, zatrzyma się na etapie''zdrowego picia''? Czy jest duże prawdopodobieństwo, że wnet wszystko ''wróci do normy''? Możliwe jest w ogóle żeby ktoś taki zaprzestał pić bez pomocy? Z dobrej woli? Z góry dziękuję za odp.

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Jan Karol Cichecki
Lek. Jan Karol Cichecki

Moi rodzice nadużywają alkoholu - jak mam z tym żyć?

Witam. Mam 20 lat. Jestem zdrowa, młoda... I powinnam żyć pełnią życia, jednak nie potrafię. Problemem są moi rodzice, którzy nadużywają alkoholu... Mam straszne wspomnienia z tym związane i lęki, bo koszmary z dzieciństwa wciąż się powtarzają. Widzę,...

Witam. Mam 20 lat. Jestem zdrowa, młoda... I powinnam żyć pełnią życia, jednak nie potrafię. Problemem są moi rodzice, którzy nadużywają alkoholu... Mam straszne wspomnienia z tym związane i lęki, bo koszmary z dzieciństwa wciąż się powtarzają. Widzę, jak się staczają na dno i nie mogę nic poradzić. Wieczorami nadsłuchuje dźwięków, zastanawiając się wciąż: czy piją w pokoju obok? Kłócą się?

Ostatnio zauważyłam, że mama zaczyna pić sama, po kryjomu, a nigdy tego nie robiła... Piją coraz częściej... Żyję w ciągłym stresie, płaczę wieczorami, mam myśli samobójcze... Mam wspaniałego chłopaka, który chce mnie stąd zabrać na drugi koniec Polski, gdzie mieszka. Mówi, że ich picie mnie zabija. Bardzo bym chciała zamieszkać z nim, bo tylko przy nim czuję się bezpieczna, jesteśmy już ze sobą 3 lata. Ale ja porostu boję się, że oni się tu pozabijają – muszę ich pilnować...

Mam marzenia, chciałabym pójść na studia, lecz jak mam stąd wyjechać? Oni nie podejmą leczenia...Ten koszmar nigdy się nie skończy...A ja nie mam już sił, by tak żyć....Co mam robić? Czy rzeczywiście powinnam opuścić dom? Zostawić ich samym sobie? Nie wiem, czy potrafię... Bardzo kocham swoich rodziców i gdyby któremuś z nich coś się stało, nie wybaczyłabym tego sobie... Bardzo proszę o radę... I z góry dziękuję za pomoc... Kasia

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Przebieg ciąży - a marihuana

Moja dziewczyna jest w pierwszym miesiącu ciąży, a ja palę marihuanę od dwóch lat. Czy dziecko może być niepełnosprawne?
odpowiada 1 ekspert:
Lek. Łukasz Kowalski
Lek. Łukasz Kowalski

Czy to jest alkoholizm?

Podejrzewam, że mój partner ma problem alkoholowy. Jesteśmy parą weekendową, tzn. spotykamy się najczęściej w weekendy i to co widzę zaczyna mnie zastanawiać, a nawet przerażać. Za każdym razem, kiedy jesteśmy razem on pije, kupuje alkohol, są drinki. Nie mam...

Podejrzewam, że mój partner ma problem alkoholowy. Jesteśmy parą weekendową, tzn. spotykamy się najczęściej w weekendy i to co widzę zaczyna mnie zastanawiać, a nawet przerażać. Za każdym razem, kiedy jesteśmy razem on pije, kupuje alkohol, są drinki. Nie mam możliwości być z nim na co dzień, aby zobaczyć jak to wygląda od drugiej strony, lecz często, kiedy rozmawiamy przez telefon, wiem, że jest wstawiony. Byłam kiedyś u niego w mieszkaniu i znalazłam w szafce butelkę z wódką. Myślałam, że ją tam ot' tak wstawił, lecz im mijało więcej dnia, tym samym zawartość tej butelki też zmniejszała się. Byłam przerażona, lecz nie powiedziałam mu o tym, że wiem, iż pije po kryjomu.

Niekiedy mam wrażenie, że skóra jest przesiąknięta alkoholem. Czuję ten zapach alkoholu. Nie mogę powiedzieć, jest bardzo zadbanym mężczyzną, ale zdarza mi się poczuć ten zapach. Czy to tylko świadomość, że wiem, że pił czy tak jest naprawdę? Bardzo chcę z nim być, chcę mu pomóc, planujemy razem zamieszkać, lecz wcześniej chciałabym wiedzieć, czy moje podejrzenia są słuszne. Inne objawy? Nadmierne pocenie się czasami, skoki ciśnienia. Innych objawów nie spostrzegłam. Nie chcę go atakować, wolałabym przygotować się np. do rozmowy, aby powiedzieć mu... no właśnie co powiedzieć? Proszę o odpowiedź.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Uzależnienie od amfetaminy. Myśli samobójcze.

Napiszę historyjkę w sumie, z której mógłby być w miarę nawet dobry film pewnie, że tak powiem, no ale cóż. To są same fakty, po prostu nie mam sił na samego siebie, a nie mam jak i gdzie szukać pomocy....

Napiszę historyjkę w sumie, z której mógłby być w miarę nawet dobry film pewnie, że tak powiem, no ale cóż. To są same fakty, po prostu nie mam sił na samego siebie, a nie mam jak i gdzie szukać pomocy. Zresztą próbując i tak nic się nie zmieni, znając życie. Takie jest moje szczęście. Jak mam tutaj zobaczyć odpowiedzi w stylu idź do psychologa, psychiatry, to najlepiej usuńcie to pytanie i tyle, bo takie odpowiedzi mnie nie interesują. Zatem zaczynając od początku, wszystko zaczęło się 9 lat temu po śmierci bardzo bliskiej mi osoby z rodziny, która zmarła przez nasza mądrą polską służbę zdrowia (nie będę opisywał szczegółów, bo to zbędne). Wówczas coś we mnie pękło. Wiadomo trochę obowiązków, szkoła, dom itd. Sam nie wiem jak mam teraz ubrać wszystko w słowa, bo myśli mam poplątane, tak, że nie wiem co i jak ująć, żeby było zrozumiale. Zacznę może od tych obowiązków i tak dalej.

Pierwsza pozycja, chyba najważniejsza, która powinna wówczas być, czyli szkoła. Jakoś to szło w tym LO do pewnego czasu, właśnie do śmierci tej bliskiej mi osoby. Po jej śmierci opuściłem się w nauce (strasznie mnie ta śmierć przygnębiła, nie mogłem się skupić itd., ale to już mniejsza). Moja wychowawczyni, jak to się mówi, zauważyła, że jestem często nieprzygotowany do lekcji (co za tym idzie chciała chyba wymusić naukę, to nie to, że się nie uczyłem. Poświęcałem na naukę po 4-5h dziennie i niby wszystko umiałem, jednak to też do czasu). To, że byłem często nieprzygotowany do lekcji to dlatego, że nie mogłem się skupić na nauce i w ogóle, moja wychowawczyni wymusiła na mnie jednak to abym w końcu się skupił i nauczył, gdyż na pały zaczynało brakować miejsca w dzienniku. No jednak wracając do tego tematu. Kobieta się uwzięła, to nie tylko moje zdanie, ale też moich rówieśników z klasy. Mając z nią, 2 lekcje z rzędu tj. 90 min pytała tak długo, aż w końcu nie padłem, aż nie znalazła czegoś na co bym nie odpowiedział i pała mimo dobrych odp. na inne pytania. Zupełnie jakby w klasie nie było nikogo poza mną no, chyba że by się ktoś wstawił za mną, bo i takie sytuacje były, wówczas sytuacja wyglądała tak jak ze mną. Z czasem nawet jak znałem odpowiedzi to mówiłem kilka razy, że nie wiem i potem proszę mi wpisać 1, bo nie będę tak stał bez sensu. Żeby tylko mieć już spokój.

To wszystko zaczęło mnie dobijać całkowicie tak po 3 miesiącach. Wówczas to wyszło jakoś tak, że dzięki znajomym zacząłem korzystać ze wspomagaczy (dokładniej amfetaminy), żeby się lepiej poczuć i w ogóle. Faktycznie moje samopoczucie psychiczne było lepsze, bo miałem w d****, że się wali wszystko. Ostatecznie w końcu zawsze dawałem jakoś radę. To sporadyczne ćpanie zmieniło się bardzo szybko w codzienność, nie wyobrażałem sobie dnia bez fety. Z drugiej strony zawalać? Męczyć się? Po cholerę, skoro było mnie stać na to, by nie męczyć się. Tak jakoś udawało się do 4 klasy LO. Wówczas to doszło do tego, że miałem mieć 2 pały na koniec. Uznałem jednak, że dam sobie z tym radę, że się nauczę. Załatwiłem sobie, iż zdam ten 1 przedmiot z 2 będę miał komisa tj. komis u wychowawcy. Gdyż zdając u niej sam na sam nie miałem szans. Wyryłem się na blachę, tak mi się wydaje przynajmniej. No mimo wszystko wyników nie poznałem. Napisałem test z całego półrocza w sumie nie test, a wypracowanie z 3 tematów, każde na 4 strony kancelaryjne. Miałem na to 4h i tu moje zdziwienie, iż moja praca poszła na marne. Na koniec właśnie tej 4 godziny moja wychowawczyni weszła do klasy i powiedziała do nauczycielki, u której zdawałem (nie sprawdzaj, bo ja mu i tak załatwię kibel) dokładnie nie tak to ujęła, ale nie pamiętam słów dokładnie, w każdym razie o to chodziło. Nauczycielki obie wyszły z klasy, u mnie tona łez. Siedziałem w tej klasie dobrą godzinę, jeszcze całkiem sam z głową na ławce ocierając łzy. Wiedząc, że i tak nie zdam już nic. Olałem wszytko totalnie i zacząłem brać coraz więcej.

Miałem iść do wieczorowego LO, jednak mimo, iż złożyłem papiery, olałem to. Wolałem się napruć ze znajomymi. W domu nikt nie zwracał na to uwagi, zresztą w domu też nie było za ciekawie. Tyle póki co na temat szkoły teraz troszkę o domu. Od dziecka pamiętam tylko ojca, który chlał na umór. Może dlatego mam wstręt do alkoholu, gdyż jak pochlał, to miał gdzieś wszystko. Bił matkę, bił mnie i w ogóle wszystkie obowiązki jego spadały wtedy na mnie i tak to się ciągnęło, więc te doły dobijały mnie jeszcze bardziej, bo ile można. Nauka, tona obowiązków, ciągłe kłótnie i strach. Kolejny rok jednak już był inny. Ojciec się unormował, ja miałem wówczas 20 lat. W końcu spokój w domu. Poszedłem do tej wieczorówki z rocznym opóźnieniem, no ale wiadomo jak to jest wieczorówka. Ja miałem tylko 3 pały, więc więcej wolnego jak szkoły, gdyż chodziliśmy tylko na zajęcia, z których mieliśmy gole. Co tu teraz robić? Więc się jeździło to tu to tam i ciągle białe w obiegu i tak to się ciągnęło kolejny cały rok. W sumie dzień w dzień napruty jak bąk, bo w sumie jak tu inaczej żyć, jak nic zrobić nie idzie, bo wszystko boli itd. Przez ten czas sporo schudłem, bo z 90 kilo do 60.

No ale lecimy dalej z tą historyjką. LO skończyłem, poszedłem do policealnej szkoły (szkoła jak szkoła, nikt mi nie powie, że w szkołach się nie ćpa, niby policealna, a w sumie było to samo, większość ludzi coś tam brała raz po raz, chyba dla rozrywki, a ja żeby nie zdychać). Szkołę tę zawaliłem po semestrze, w sumie sam nie wiem czemu, chyba mi nie zależało zbytnio. Po pewnym czasie poznałem pannę i jakoś tak wyszło, że się zakochałem. Postanowiłem sam sobie, że dam radę, że ona jest wyjątkowa i nie jest taka jak te do tej pory, które się pojawiały w moim życiu. Skąd te myśli nie wiem, ale zaparłem się w sobie, namęczyłem. Było mi ciężko przez długi czas, ale jakoś dałem radę. W końcu miałem wielką motywacje, która wzięła się z powietrza. Z czasem, że się nie uczyłem, to zaraz przyszło wezwanie po odbiór biletu na wku. Poszedłem, powiedziałem, że nie mogę iść, bo nie dam sobie rady, bo mi psycha siądzie, a niedawno przestałem brać itd.., że mam myśli samobójcze i straszne doły, że się wykończę i zabije, bo nie dam rady w wojsku.

Skierowali mnie do psychologa. Tu głupie testy z pytaniami w stylu: konia, który nie chce ciągnąć wozu trzeba... Nie wiem co to miało pokazać, ale szczegół. Akurat tak wyszło, że jeszcze mi się ręce nie zagoiły, po tym jak się wcześniej pochlastałem, więc psycholog zaczął zadawać głupie pytanie (było lato, więc miałem bezrękawnik na sobie) czemu to zrobiłem itd. Na moją odp., że nie wiem sam, coś mnie naszło, chciałem umrzeć, miałem dość (było to bodajże po poważnej kłótni z moja kotką). Odrzekł, że skoro tak to zrobię to bez względu na czas i miejsce i zaproponował, żebym to zrobił teraz przy nim. Nie wiem co to miało na celu. Zawsze byłem dziwny. Spojrzałem na jego biurko, ale tam nic nie było ostrego czym bym mógł rozciąć rękę wzdłuż tętnicy, leżała jedynie szklanka z herbatą, a ja bez namysłu rzuciłem ją na ziemie wziąłem kawałek szkła przyłożyłem do ręki i już miałem przejechać, gdy ten uderzył mnie w rękę, wytrącając mi to szkło, zsiniał i powiedział "pan pójdzie drzwi obok powie co się stało". Na drzwiach pisało, że psychiatra. Wizyty u psychiatry zbytnio nie pamiętam. W każdym razie dostałem D na wku i tak wróciłem do domu.

Między mną, a moją panią się jakoś ułożyło i było ok. W końcu jakoś się wydało to, że ćpałem. Jak się w domu dowiedzieli to były mega jazdy długi długi czas, ale jakoś dawałem radę. Podjąłem prace. Miałem w końcu motywację. Teraz od kilku miesięcy jestem sam. Straciłem tą motywację, straciłem miłość największą w mym życiu. Dlaczego? Nie wiem, przez własną głupotę chyba. Zostałem podsumowany jak najgorszy przez osobę, która była dla mnie wszystkim, dla której wiele poświeciłem, dla której wyrwałem się z gówna, że tak powiem. Wina leży tu pośrodku no, ale ja jak to ja spokojny nie wadzący jak usłyszałem stwierdzenie, że to moja wina itd. i tylko ja sobie winny jestem, to przytaknąłem i stawałem na uszach, by ją odzyskać (bezskutecznie). Mimo w sumie podsumowania na najgorszego mimo kilku miesięcy bez żadnego kontaktu, nadal kocham tą osobę i to nawet bardziej niż kochałem.

Dziewczyny podbijają i są na dzień dobry spławiane. Dlaczego? Tego też nie wiem. W głowie i w sercu mam tą jedną i jakoś nie potrafię na inną spojrzeć w sensie partnerki. W każdym razie od rozstania te myśli, które były kiedyś o śmierci wróciły, o tym by zacząć znów brać też wracają coraz częściej. Tym bardziej jak w domu nadal mi nieraz wyskakują, że jestem naćpany itd. Choć nic nie biorę. Porzuciłem pracę, nie szukam nawet nowej, na nic nie mam chęci, bo i po co mam cokolwiek robić? Tak do niczego nie dojdę. Osoba tak bezwartościowa jak ja nie ma czego szukać na tym świecie. Parę razy próbowałem odejść z tego świata, ale chyba nie jest mi to dane. Tak sobie latając po sieci szukałem choćby sposobu by zasnąć, paść, nie obudzić się. Próbowałem z lekami. W sieci pisze sporo na temat tego jak działają, zacząłem od leków przeciwbólowych i wszystkim innym co było w domu włącznie z syropami i tabletkami na kaszel. Wyszło tak to, że i tak mi nic nie było, tylko mega biegunka i okropne samopoczucie i gorączka pod 40 stopni. W domu powiedziałem, że jestem chyba chory, bo nikt się nie zorientował, że prawie wszystkie leki jakie były znikły z szafy.

W każdym razie nie wiem, co mam z sobą począć. Mam dość tego świata. Nic mnie nie cieszy i w niczym nie widzę sensu. Nawet muzyki zacząłem słuchać dziwnej:( bo poezji śpiewanej, która mnie w sumie jeszcze bardziej dołuje niż co warte. Pozostaje jedynie dawać sobie jakoś radę i egzystować tak jak by się było, ale nie było, ale nie było, jak roślina, bo przecież co mi dają jakieś starania jak zawsze, gdy na czymś mi zależy, to to tracę. To się tyczy wszystkiego od rzeczy materialnych po bliskich, rodzinę, miłość, uczucia, sens. Zresztą, jaki jest sens czegokolwiek, skoro to ani nie cieszy, ani nic nie daje, bo jak coś osiągniesz to i tak dociera do ciebie fakt, że to długo nie potrwa, że zaraz to stracisz to tylko kwestia czasu i nic więcej. To że jakoś się wstrzymuje np. od ćpania na nowo, nie wiem czego jest zasługą? Może fakt, że jeszcze mam w sobie taka nutkę wiary, że może coś się stanie, że jakoś to się ułoży, a jak zacznę to mogę już nie dać rady i nie przestać, bo w końcu co mnie zmotywuje? Myśli samobójcze? Owszem chcę odejść, zniknąć. Coś jednak też mnie powstrzymuje, z jednej strony strach, że nie potrafię tego zrobić bezboleśnie i nie chce cierpieć jeszcze bardziej, z drugiej strony fakt, że moi rodzice ciężko by to znieśli. Jednak teraz kolejne, ale, co mnie to obchodzi? Przecież teraz traktują mnie jak ścierwo, wmawiają, że jestem nikim, że nic nie potrafię, do niczego się nie nadaje, nic nie osiągnąłem, potraciłem przyjaciół i nie mam nikogo, kto by mnie szanował za cokolwiek, że nic nie robię. Ja jednak, no było nie było, będąc w domu zajmuję się nim. Piorę, sprzątam, gotuję, prasuję itd. To też oczywiście jest nic, bo zajęcie się domem dla moich rodziców to jest nic. To, że mają obiad podany zawsze często itd.

Jedna koleżanka mi kiedyś powiedziała, że taki facet to skarb, bo z reguły faceci tego, co ja nie robią. Mnie się jednak wydaje, że ona to mówiła, by mnie pocieszyć. Bo w końcu zdaje sobie sprawę z tego, że jestem nikim i pewnie będę nikim do końca. Pytanie tylko kiedy ten koniec nadejdzie? Tego nikt nie wie. Pozostały tylko myśli i bitwa z tymi myślami. No i oczekiwanie na rychły koniec tych męczarni zwanych życiem. Teraz to pisząc się jeszcze bardziej zdołowałem. Tak jak sobie pomyślę, to wydaje mi się, że opisałem całość strasznie chaotycznie, ale nic na to nie poradzę, nie będę tego eseju czytał i poprawiał, bo będzie jeszcze bardziej pokręcony i pomieszany. Można to podsumować w jeden sposób. Życie to nie jest bajka, a raczej to marny czeski film z ruskim dubbingiem i kiepską obsadą w dodatku, jeszcze w czerni i bieli. Brak w nim sensu i nadziei na to, że ktoś zrobi kolorowy remake tego wszystkiego z lepszym zakończeniem. Zatem tak pewnie sobie będę zdołowany egzystował jeszcze długi, długi czas, no chyba, że spełni się to, co powiedział mi kiedyś lekarz, czyli, że za parę lat się wszystko skończy, tak więc tych kilka lat się przemęczę. Jakoś może dam radę. Napiszę historyjkę w sumie, z której mógłby być w miarę nawet dobry film pewnie, że tak powiem z tym. Wszystko tak mnie przytłacza. Pozdrawiam wszystkich z tego portalu. Mam nadzieje, że wy macie lepsze życie niż moje. Zajrzę tu czasem w wolnej chwili do was na pewno.    

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Łukasz Kowalski
Lek. Łukasz Kowalski

Stany obniżonego nastroju i używanie środków energetyzujących - gdzie najlepiej udać się po pomoc?

Witam. Mam duży problem, bowiem od długiego czasu mam obniżony nastrój, nie jest tak, że nie chce mi się nic, natomiast bardzo często popadam w skrajnie depresyjne "czarne" myśli. Dzisiaj czuję się nawet w "miarę", choć wczoraj prawie odebrałem...

Witam. Mam duży problem, bowiem od długiego czasu mam obniżony nastrój, nie jest tak, że nie chce mi się nic, natomiast bardzo często popadam w skrajnie depresyjne "czarne" myśli. Dzisiaj czuję się nawet w "miarę", choć wczoraj prawie odebrałem sobie życie. Nie potrafię czuć się po prostu zadowolonym z życia, jestem uzależniony od kawy czy innych napojów energetycznych, dzięki którym jestem aktywniejszy w pracy oraz towarzysko. Niestety czuję, że taki stan na dłużej nie jest dla mnie zdrowy, ponieważ powoduje często stan drażliwy, impulsywny, czasami nawet odczuwam stany nerwicowe (tak mi się przynajmniej wydaje [dziwny lęk w okolicy klatki piersiowej]). Gdy zdaję sobie sprawę, że powinienem starać się zrelaksować i dać sobie spokój ze stresowym trybem życia (kawa, wynik w pracy itd.), po odłożeniu kawy czy energetyków czuję się jakbym był warzywem, w pracy jestem nieobecny. Ostatnio znajomi mówią, że nie najlepiej wyglądam, V*** (środek na uspokojenie) powoduje jedynie senność. Nie wiem, co mam robić, nie mam siły egzystować tak dłużej, czy da się to jakoś wyleczyć ? Czy do końca życia będę musiał być nadpobudliwym, zakręconym, nieodpowiedzialnym człowiekiem (jak po energetykach) bądź apatycznym, bez wigoru, istnieje jakaś droga pomiędzy? Jeżeli tak, to proszę o polecenie fachowca z Wrocławia (najlepiej dobry i tani). PS. Dodam tylko, że mam 23 lata, taki stan utrzymuje się od ok. 8. Emil.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży
Dotyczy: Uzależnienia

Czemu nie chce mi się żyć?

Nazywam się Klaudia, mam 12 lat, choruję na cukrzycę typu 1 od 6 lat. Męczy mnie to. Mam ojca pijącego, nie ma dnia, żeby nie pił, mama chce się rozwieść, ale nie potrafi, boi się o mnie i moją siostrę, ja już nie mogę! Pomocy!
odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Co mam zrobić - mój ojciec jest alkoholikiem?

Co mam zrobić, mój tata nie pracuje i w dodatku jest alkoholikiem? Są momenty, że wcale nie pije, a jak już zacznie, to zdarza się, że pije tydzień, dwa tygodnie:( Moja mama jest ciężko chora i nie wiem jak...

Co mam zrobić, mój tata nie pracuje i w dodatku jest alkoholikiem? Są momenty, że wcale nie pije, a jak już zacznie, to zdarza się, że pije tydzień, dwa tygodnie:( Moja mama jest ciężko chora i nie wiem jak jej pomóc;( Mam już tego wszystkiego dość, nie mogę na to patrzeć, mam tylko 17 lat ;( Chciałabym mieć życie jak inni ;( Mam chłopaka, któremu strasznie ufam, długo już jesteśmy razem, ale ja nie jestem wstanie mu tego wszystkiego powiedzieć;( Boję się, bo tak naprawdę to mam tylko jego ;( Proszę pomóżcie mi;(

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Chcę się leczyć

Jestem alkoholikiem i mam poważny problem z piciem. Nie piłem przez okres dwóch lat. Przez ok. pół roku miałem nad sobą "bat" w postaci "wszywki". Później się jakoś trzymałem, ale na wczasach pofolgowałem sobie i POPŁYNĄŁEM. Po powrocie z wczasów...

Jestem alkoholikiem i mam poważny problem z piciem. Nie piłem przez okres dwóch lat. Przez ok. pół roku miałem nad sobą "bat" w postaci "wszywki". Później się jakoś trzymałem, ale na wczasach pofolgowałem sobie i POPŁYNĄŁEM. Po powrocie z wczasów znów się uspokoiłem, ale raz na dwa, trzy miesiące wypiłem jakiś alkohol. Od ok. dwóch miesięcy zdarzyło mi się pić więcej i mimo, że żona wie o tym, ja próbuję ją oszukiwać. Żona chce się ze mną rozstać, twierdzi, że ma już tego dość. Jest lekarzem i styka się z alkoholikami codziennie. Ja uważam, że wina leży po obu stronach, bo trzeba przyznać, że kobieta ma "ciężki" charakter (sama się do tego przyznaje) i potrafi czepiać się o drobnostki. Ale mimo dziesięcioletniego stażu małżeńskiego, nigdy nie przestałem jej kochać choć wielokrotnie miały miejsce kłótnie.

Ja już nie wiem, co mógłbym zrobić, aby rozwiązać ten problem. Mieszkam w małej miejscowości, znajduje się u nas ośrodek AA, tylko jest mi ogromnie wstyd zgłosić się tam, bo wiem, że całe miasteczko będzie o tym "trąbiło" i z tego powodu szkoda mi żony. Może ktoś z Was jest w stanie mi pomóc.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Patronaty