Twój przewodnik po zdrowiu

  1. Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
  2. Nie ma informacji, których szukasz? Wyślij pytanie do specjalisty.
Rozpocznij
7 6 6 , 6 8 3

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Konflikty w związku: Pytania do specjalistów

Czy brak seksu spowodował, że on przestał kochać?

Jestem 22-letnią mamą 3-miesięcznego bobasa. Razem z ojcem dziecka mieszkamy pod jednym dachem. Niestety nie możemy się dogadać. Tak strasznie bym chciała mieć z nim dobre relacje, bo nie chcę stworzyć rodziny dysfunkcyjnej dla mojego dzidziusia. Wydaje mi się, że... Jestem 22-letnią mamą 3-miesięcznego bobasa. Razem z ojcem dziecka mieszkamy pod jednym dachem. Niestety nie możemy się dogadać. Tak strasznie bym chciała mieć z nim dobre relacje, bo nie chcę stworzyć rodziny dysfunkcyjnej dla mojego dzidziusia. Wydaje mi się, że mój facet przestał mnie kochać. Na początku, gdy się poznaliśmy on był bardzo zakochany. Ja nie rozumiałam dlaczego. Zaczęło się od seksu. Tylko i wyłącznie - jednorazowe spotkanie. Rano, gdy wychodził spytał o numer telefonu - nie chciałam mu go dawać, ale nie wiedziałam jak odmówić, więc pomyślałam "a co mi tam". Bardzo szybko się odezwał i widziałam, że mu zależy. Nie chciałam go zwodzić, więc napisałam wprost, że dla mnie było to jednorazowe spotkanie i nic więcej. Myślałam, że to go ostudzi i że nie będzie więcej pisał. Ale on napisał, napisał, że chciałby, żebyśmy spróbowali się poznać. Byłam niechętna, ale on nie dawał za wygraną, więc zaczęłam się z nim spotykać. Miałam wtedy taki okres w życiu, że było mi wszystko jedno. Zaczęłam więc traktować go jako niezobowiązującą rozrywkę. Chodziliśmy na imprezy, piliśmy alkohol, potem ja szłam do niego i uprawialiśmy seks. Innym razem on przychodził do mnie i też uprawialiśmy seks. W końcu coś zaczęło się we mnie tlić. On był dla mnie cały czas taki dobry. Bardzo szybko powiedział mi, że mnie kocha, zaraz potem, że chciałby, żebym była matką jego dzieci. Zaczął mówić, że jestem jego prezentem od Boga i że to jest przeznaczenie. Kiedy mi to wszystko mówił po raz pierwszy było mi bardzo miło, bo dawno nikt nie mówił mi takich rzeczy, ale z drugiej strony wciąż miałam w głowie swoją pierwszą miłość i choć bardzo chciałam - nie mogłam się odblokować i pozwolić sobie poczuć to samo co on. Zanim zdążyłam się do niego przekonać zaszłam w ciąże. Mój świat się wtedy zawalił. Dotarła do mnie powaga sytuacji i myśl, że w tak bezmyślny sposób związałam się na zawsze z facetem, co do którego nie jestem przekonana. Ba! Którego nawet dobrze nie znam. Dłuższą chwilę nie mówiłam mu o tym. On widział jak płaczę i widział, że coś mnie strasznie martwi. W końcu powiedziałam mu, że jestem w ciąży. On zareagował spokojnie choć przyznał, że nie spodziewał się, że to będzie tak szybko. Potem chyba wymagania w mojej głowie co do niego wzrosły i cały proces przekonywania się do niego stanął w miejscu, co więcej - moje wymagania wzrosły drastycznie i już totalnie nie byłam w stanie go zaakceptować. Najmniejsza rzecz była dla mnie dowodem na to, że to nie jest facet dla mnie i że nie możemy być razem, widziałam tyle różnic, które nie pozwalały mi myśleć, że stworzymy szczęśliwą rodzinę. W końcu po jakiejś kłótni powiedziałam mu, że to nie ma sensu, że nie możemy być razem, że ja nie chcę, że dziecko jest nasze więc będziemy dla niego rodzicami, ale to, że będziemy je mieli, wcale nie znaczy, że musimy być razem. Ja nie potrafiłam go pokochać. W tym okresie z resztą same czarne myśli miałam w głowie i jakąś taką apatię i zniechęcenie do wszystkiego. A on napierał i drażnił. Im bardziej napierał tym bardziej drażnił. Im bardziej on chciał, tym bardziej ja go odrzucałam. Mówił mi wtedy, żebym nie mówiła głupot, że będziemy razem i będziemy wychowywać nasze dziecko w kochającej rodzinie, że będziemy mieć cudowne życie i dom pełen miłości... W końcu po wielu jego słowach zdecydowałam się zaufać. Zdecydowałam się walczyć z tym starym uczuciem do byłego chłopaka, które nie pozwalało mi się otworzyć i pielęgnować w sobie pozytywne uczucia. Takim elementem autoterapii było to, że powiedziałam mu o tym byłym chłopaku. Dzisiaj myślę, że on wcale nie chciał tego słuchać, a ja wciskałam mu to na siłę. Mimo to zaraz po tym wcale się nie pogorszyło między nami. Nie wiem kiedy coś się zmieniło w jego głowie. Nie wiem czy wtedy, bo jest bardzo skrytą osobą i nawet jeśli to coś w nim zmieniło to nic mi o tym nie powiedział ani nawet nie dał po sobie poznać. A ja cały czas nie rozumiałam jak on może twierdzić, że mnie kocha. Cały czas podświadomie szukałam dowodów na to, że tak nie jest, a świadomie swoim zachowaniem przymuszałam go, żeby mi to uczucie udowadniał. Chyba próbowałam go dopasować do takiego ideału miłości wykreowanego w mojej głowie - i co odbiegało trzeba było skrytykować i wmówić mu, że skoro tak nie robi a tak robi to nie rozumiem jak może twierdzić, że mnie kocha. I on próbował się w to wpasowywać. Co jeszcze bardziej mnie wkurzało, że nie ma swojego zdania i tak właściwie nie jest pewny niczego co sam robi. I to też potrafiłam mu wypomnieć. Z jednej strony mówiłam "myśl sam", z drugiej kiedy to robił natykał się na krytykę. Ciężko nam było ze sobą, więc kilka razy znów padł pomysł, żeby jednak się rozstać i być tylko rodzicami dla dziecka. Ale jednak jakieś uczucie już się we mnie tliło, które jeszcze narastało podczas tych rozstań, kiedy uświadamiałam sobie, że może go nie być w moim życiu. I schodziliśmy się za każdym razem. Za każdym razem on mówił, że nie może beze mnie, że tak strasznie mnie kocha. Jednak ja cały czas czułam, że on tak naprawdę nie kocha, cały czas odbiegał od tego ideału miłości, który miałam w swojej głowie. Zdecydowaliśmy, że będziemy razem. Był ze mną przy porodzie. I choć bardzo doceniłam to, że zadeklarował taką chęć sam z siebie, miałam poczucie, że robi to z obowiązku. Nie okazywał emocji z tym związanych (z resztą jak zazwyczaj). W czasie porodu porządnie go wytarmosiłam. Wtedy nie skupiałam się na tym, co on myśli, ale jak potem przypomniałam sobie sytuację, to miałam wrażenie, że był zły na mnie za to tarmoszenie i ze dziwiła go ta sytuacja. Po porodzie siadł z boku milczący. Ja miałam ochotę płakać ze szczęścia, że w końcu urodziłam, a dziecko jest zdrowe. Miałam ochotę płakać z nim ze szczęścia i przeżyć razem głęboko tę chwilę. A on był jak kamień. Bez emocji. Gdy zapytałam go co się dzieje, on odpowiedział, że jest zmęczony. Od tamtego dnia zmienił się. Zaczęła go wyraźnie irytować każda moja uwaga, zrobił się przewrażliwiony na krytykę i widział ją nawet w tych moich wypowiedziach, w których jej wcale nie było. Przestał wyciągać rękę przy sprzeczkach i być skory do tłumaczenia nieporozumień. Bardzo się ode mnie oddalił. Chciałam się cieszyć razem z nim nowym życiem, które my stworzyliśmy, a on był jakby nieobecny. Do dziecka podchodził ze strachem, ale też z uczuciem. A ja stałam się… niepotrzebna? Tak właśnie się czułam. Niepotrzebna. I odkąd dziecko przyszło na świat już jest tylko co raz gorzej. Sytuacja zmieniła się do tego stopnia, że teraz to ja wyciągam rękę do zgody i chcę tłumaczyć, a jego wyraźnie to męczy i nie podejmuje wysiłku. Seksu nie uprawiamy już od ponad pół roku. A on mówi, że mnie kocha tylko w nocy, kiedy leżymy obok siebie i chce seksu. W dzień jest znów nieobecny i nie pokazuje swojego uczucia ani też nie mówi, że kocha. Kiedy on w nocy napiera na seks i mówi wtedy, że kocha i że jestem najlepsza, ja nie potrafię mu się oddać, bo czuję, że mówi to tylko po to, a ja nie chcę być zabawką do zaspokajania pragnień, którą można w nocy się pobawić, a w dzień odstawić na półkę. W końcu postanowiłam powiedzieć mu wszystko, co myślę. Powiedziałam mu, że uważam, że mnie nie kocha, bo miłość jest wtedy, kiedy się o kimś myśli w dzień i w nocy a nie tylko w nocy, kiedy się kogoś słucha z zainteresowaniem i chcę się wiedzieć jeśli coś jest nie tak, a niekiedy się ucieka, gdy tylko coś wskazuje, że zaraz zacznie się gadka o problemie, że miłość jest wtedy, kiedy się chcę spędzać ze sobą najchętniej każdą minutę , a nie wtedy kiedy każda inna rzecz jest ważniejsza i bardziej interesująca. Powiedziałam mu, że nie może mnie odstawić jak zabawkę na półkę, kiedy noc się kończy, a on mnie już nie potrzebuje, że sądzę, że to nie jest miłość z jego strony, a raczej przywiązanie i taka myśl, że ja jestem osobą odpowiednią do kochania, bo mamy dziecko, trochę już razem jesteśmy i najlepiej mu się to układa w całość i że głupio by mu było przed rodziną i przed znajomymi jakbyśmy nie byli razem, jakbym ja sobie ułożyła życie z kimś innym, bo jakby to wyglądało? On przez cały czas milczał, a gdy skończyłam, powiedział: "Może masz rację...". To mnie załamało. Nie spodziewałam się, że odpowie w ten sposób... Myślałam, że jednak coś się w nim tli jeszcze i że moje słowa zmotywują go do tego, żeby mi pokazać, że nie jest tak jak myślę. A po tych jego słowach, wróciły mi przed oczy wszystkie piękne chwile i te wszystkie jego słowa o przeznaczeniu, o wielkiej miłości, o szczęśliwej rodzinie... I teraz to wszystko wygląda jak jedno wielkie kłamstwo. Bo albo do początku mu się wydawało, że mnie kocha, bo kochał jakieś wyobrażenie o mnie, a nie prawdziwą mnie, i jak poznał mnie taką jaka jestem, to mu się odwidziało, albo ja sama mu to wmówiłam swoim ciągłym niedowierzaniem, albo brak seksu spowodował, że coś mu się w głowie pozmieniało. Jak na faceta wpływa brak seksu? Czy może przez to przestać kochać? I dlaczego po porodzie nagle zaczęłam go irytować? Dlaczego? Czy to moja wina jak jest teraz czy on rzeczywiście po prostu mnie nie kocha i muszę się z tym pogodzić? Dodam, że kiedy jest między nami źle, w ogóle nie mam ochoty na seks.
odpowiada 2 ekspertów:
 Redakcja abcZdrowie
Redakcja abcZdrowie
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka

Nie wiem czy kocham swojego chłopaka - co się ze mną dzieje?

Witam, mam pytanie... Od jakiegoś czasu - mianowicie od 2 tygodni mniej więcej - czuję, że jest nie tak między moim chłopakiem a mną. Od tego właśnie czasu wmówiłam sobie, że jestem gruba, brzydka i takie rzeczy... ciągle biegałam, to...

Witam, mam pytanie... Od jakiegoś czasu - mianowicie od 2 tygodni mniej więcej - czuję, że jest nie tak między moim chłopakiem a mną. Od tego właśnie czasu wmówiłam sobie, że jestem gruba, brzydka i takie rzeczy... ciągle biegałam, to obciążało mnie psychicznie, gdyż nie miałam na to ochoty...biegałam na maszynie...codziennie miałam zły humor, bo jedyna myśl to 'Boże, znowu muszę biegać'...również w tym czasie mój chłopak mowił mi ciągle, że ten ciuch brzydki, noś te buty, nie te...że nie tak z makijażem... Kocha mnie bardzo i ja go też bardzo...ale poprosiłam, żeby tak nie było, bo nie mam na to siły, ciągle się kłóciliśmy, bo mówiłam, że czuję, że jestem gorsza i w ogóle...i już tego nie ma, on zachowuje się normalnie :) zawsze czułam, że go mocno kocham...teraz jak jestem z nim to tęsknię za rodzicami, chcę być w domu - a jak już jestem w domu to tęsknię za nim i chciałabym się do niego przytulić...jestem straszną panikarą...potrafię sobie coś naprawdę wmówić...i wmówiłam sobie ostatnio, że może nic do niego nie czuję, bo nie czułam tego przy pocałunku ani nic...wyrzuciłam w jakiejś części z siebie tę myśl i jest tak jak było, czuję to samo przy pocałunku...ale jestem z nim, leżę i patrzę tylko na zegarek... Dojeżdzam do szkoły, męczy mnie również jazda autobusem codziennie do szkoły...nigdy tak nie miałam... Jak leżę z nim, patrzę na zegarek, bo chcę do domu, bo mi się nudzi, myślę tylko o rodzicach... Zawsze mam tak, że jak jest taka pogoda jak teraz to ciągle płaczę i teraz też ciągle płaczę...rodzice to lekceważą...myślę, że dopadła mnie wiosenna depresja (myślę tak w 90%) lub apatia...jak pani myśli?? Potrzebuję pomocy...nie chcę zepsuć naszego związku...znajoma mi napisała, że może boję się zaangażować, ale on jest tym jedynym, zawsze to czułam...jestem z nim już 9 miesięcy... Ta pogoda teraz za oknem kojarzy mi się z czasem jak zaczęliśmy się spotykać...i dziś poczułam, jakbyśmy nic nie mieli przeżyte wspólnie...że wszystko od nowa się zaczyna...nie wiem czemu tak mam...widzę tę pogodę i przychodzą mi takie myśli...czy to depresja wiosenna?? Proszę o odpowiedź... Czy może go faktycznie nie kocham?? ale nie wyobrażam sobie życia bez niego, nie chcę...ale też męczy mnie to, że całuję się i ciągle tylko rodzice, może tęsknię za nimi...na pewno tak jest... Ciągle chce mi się płakać, jestem smutna, z nikim prawie nie rozmawiam... On ma 16 lat i ja też... Proszę o pomoc, naprawdę!!! Nie mam ochoty na nic... Myślę sobie, że jak ta myśl nie minie to się zabiję...jestem w strasznym dole...nie odczuwam uczuć ani nic...na wszystko jestem obojętna... Jeśli bym go nie kochała, nie płakałabym z tęsknoty...ciągle chce mi się płakać...chcę przestać mieć te myśli, że się z nim nudzę... Mieszka w bloku...w mieście...a ja na wsi, 17 km od niego...kocham go, prawda? Czuję, że kocham...ale jednak czasem się nudzę jak leżymy czy coś...ale jak wygłupy czy coś to nie myślę o tym...może wmawiam to sobie??? Przejdzie to??? Co to?? Pomocy!!! nie chcę myśleć, że to jest objaw tego, że go nie kocham, bo wiem, że kocham!!! Pomocy!!!

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Czy moje objawy to początki depresji?

Jestem mężatką od 5 lat mamy z mężem dwoje dzieci, czuje że po za tym nic więcej nas nie łączy. Mam nawet chwile takie, że zamykam się w pokoju i płacze sama do siebie wyżalam się, bo nie mam nikogo...

Jestem mężatką od 5 lat mamy z mężem dwoje dzieci, czuje że po za tym nic więcej nas nie łączy. Mam nawet chwile takie, że zamykam się w pokoju i płacze sama do siebie wyżalam się, bo nie mam nikogo komu mogłabym się wyżalić. Wybaczyłam mu zdrady gdy byłam w ciąży, gdy mnie uderzył poniżał wszystko znosiłam i zawsze chroniłam dzieci ale teraz nie mam już na to sił... Czuje się bezradna, biorąc pod uwagę fakt, że aby spędzać więcej czasu z rodziną zwolniłam się z pracy w barze która wiele dla mnie znaczyła odmawiałam sobie wszystkiego ale każda chwile spędzać z najbliższymi on w tym czasie na dyskotekach spędzał noce… My nawet nie potrafimy z sobą rozmawiać, zawsze kiedy na spokojnie chce mu o tym powiedzieć on wpada w szał krzyczy i nawet zdarza mu się szarpać mną w obecności dzieci... Poza tym Andrzej potrafi też być dobry dla nas jest osobą pracowitą nie pije, nie pali ogólnie nie jest złym człowiekiem tylko ja już tak dłużej nie mogę narażać na taki stres moje dzieci bo to one płacą największą cenę za nasze grzechy... a dodam jeszcze że w naszej mieścinie nie ma poradni psychologicznych małżeńskich już dawno chciałam tam iść.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Czy z niską samooceną bardziej powinien walczyć mój chłopak, czy ja?

Witam serdecznie. Od półtorej roku jestem w związku z cudownym mężczyzną - Adamem. Z mojej strony to pierwszy związek, on ma za sobą 1 nieudany (trwał miesiąc, został zakończony przez jego dziewczynę - od początku był przegrany). Adam jest moim...

Witam serdecznie. Od półtorej roku jestem w związku z cudownym mężczyzną - Adamem. Z mojej strony to pierwszy związek, on ma za sobą 1 nieudany (trwał miesiąc, został zakończony przez jego dziewczynę - od początku był przegrany). Adam jest moim rówieśnikiem. Przybliżę jego osobowość: twardy mężczyzna z bardzo niskim poczuciem wartości, szukający miłości za wszelką cenę. Gdy go poznałam wydał mi się osobą o rozdartym wnętrzu; bardzo twardym, a jednocześnie o wysokiej wrażliwości. Nie chciałam z nim być, ponieważ wydawał się wyznawać zasadę: "byle jaka, byleby była" i myślałam, że jakakolwiek dziewczyna zechciałaby go, to byłby z nią w związku. Wiele razy go odtrącałam, tłumaczyłam, że nie możemy być razem (byłam też bardzo surowa dla siebie, bo cholernie się w nim zakochałam). Właściwie to jeden incydent spowodował, że jesteśmy razem, mianowicie koleżanka, która się w nim również zakochała postanowiła działać - wyznała mu miłość. On jednak zaskoczył mnie - odtrącił tę koleżankę mówiąc, że kocha tylko mnie i jeżeli ja z nim nie będę to już rezygnuje z miłości. Szczerze ucieszyło mnie to i oddaliło moje obawy przed tym, że jest kochliwy i zrani mnie w przyszłości, zostawiając dla innej. Stwierdziłam, że mogę zaryzykować i pokieruję się sercem. Kiedy poznałam rodziców ukochanego zaczęłam sensownie analizować i układać w całość jego charakter. Adam ma bardzo miłą i kochającą matkę, która wychowała swojego syna na dobrego chłopca, wrażliwego na krzywdę i szanującego kobiety przede wszystkim (tak też tłumaczyłam swoją zazdrość o inne kobiety, którym pomaga, rozmawia z nimi etc). Jego ojciec - przebojowy, luzacki, ale też znający umiar, szarmancki. Bardzo kocha syna, ale wyczuwam w ich relacji obustronną zazdrość - syna o przebojowość ojca, a ojca o uwagę matki dla syna. Ojciec też ma trochę żal, że syn nie jest taki jak on, ale jednocześnie to nie wyklucza jego miłości do syna. Charakter Adama był też kształtowany przez choroby jakie odbył w dzieciństwie (astma, kuracja sterydami co wpłynęło na tuszę, wyśmiewanie się przez rówieśników w dzieciństwie, do tego matka - hipochondryk). Dodam, że jest cholernie przystojny, jednak po kuracji został mu "brzuszek". Reszta ciała - ramiona szczególnie, ma pięknie wyrzeźbione. Tego niestety mój chłopak nie widzi. Ma bardzo niskie poczucie wartości. Od początku związku postanowiłam pomóc mu w uwierzeniu w siebie - wiem, że to wymaga dużo czasu, zresztą te 1,5 roku już przynosi efekty. Mówiłam mu, że jest cudowny, co mi się w nim podoba, walczę też z jego powagą. To co napisałam jest tylko analizą, w celu zrozumienia przez Pana/Panią mojej obecnej sytuacji. Po pół roku związku znalazłam w jego komórce SMSa do byłej dziewczyny: "może dostanę od Ciebie jakieś świntusze zdjęcia?". Mój świat w tym momencie legł w gruzach. Poczułam się cholernie zraniona, zhańbiona, zawstydzona... Zerwałam z nim i wpadłam w depresję. On również. Bardzo żałował że mnie tym skrzywdził, jednak tłumaczył się, że nie przypuszczał, że odbiorę to jako zdradę i nic go nie łączy z tą kobietą. Ze zranionym sercem dałam mu jeszcze jedną szansę. Po woli wszystko wróciło do normy, cieszyliśmy się wspaniałymi chwilami i było wszystko w porządku. Niedawno byłam na komputerze Adama i znalazłam w koszu zdjęcia jego byłej dziewczyny. Serce zaczęło mi walić jak młotem, nie mogłam złapać oddechu. Adam siedział za mną. Zamknęłam folder od razu i poszłam się do niego przytulić. Usłyszał moje bicie serca i zobaczył strach w oczach. Przytulił i zapytał czy chodzi mi o te zdjęcia z kosza. Kiwnęłam głową a on powiedział ze nie chce żadnych niedomówień i tu cytat: "gadam z nią jak z koleżanką. Tylko". Zdjęcia wysłała mu na komórkę, bo nie miała dostępu do komp, a on miał je wrzucić na portal społecznościowy. Tłumaczył, że to tylko pomoc... Ja odebrałam to jako kolejny zamach na nasz związek z jej strony. Z resztą Adam jest równie winny - po co w ogóle do niej pisał, wiedział przecież jak sprawa z ubiegłego roku mnie zraniła i jakie piętno odcisnęła na mojej psychice? Mój smutek przeradza się w złość, nie umiem nad tym zapanować, ciągle o tym myślę. Łzy same mi z oczu spływają na myśl o Tym. Widzę przecież jak bardzo Adam mnie kocha, ale dlaczego tak się zachował? Gdy chciałam sprawdzić jego reakcję na zerwanie związku (oczywiście nie chcę tego) znów się załamał. Zawsze powtarza, że chce dobrze, ale wychodzi źle, jest głupi itd. Dodam, że jestem osobą o słabej psychice i bezosobowym charakterze. Czasami wydaje mi się, że udając osobę silną, chcę pomóc Adamowi, który pewnie ma większe poczucie wartości niż ja. Byłam bita i lekceważona przez rodziców, którzy są mało inteligentni i czasami chcę wykrzyczeć im wszystkie błędy wychowawcze - a jest ich multum. Bardzo często analizuję rzeczywistość i ludzkie charaktery, a moja głowa nigdy nie odpoczywa od rozmyślania. Przykrywam się humorystycznym podejściem do życia, jednak w rzeczywistości jestem bardzo pokrzywdzona. Boję się, że z biegiem czasu oszaleję. Często miewam fobie a najgorsze jest to, że nie umiem odnaleźć własnego JA;(. Nie umiem powiedzieć czy ten list jest wołaniem o pomoc, czy po prostu chciałam z siebie wyrzucić coś co noszę w sercu od zawsze. W każdym razie dziękuję za uwagę. Nie oczekuję na odpowiedź, są ludzie z większymi problemami. Pozdrawiam i dziękuję za waszą pracę xyz

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Jak rozmawiać z nieodpowiedzialnym partnerem?

Witam, jestem 22-letnią kobietą, od 3 lat w stałym związku z 29-letnim partnerem, od pół roku we wspólnym mieszkaniu. Pomimo, że mój partner jest dobrym człowiekiem w związku jest mi coraz gorzej i myślę, że nie tylko mi. Partner jest...

Witam, jestem 22-letnią kobietą, od 3 lat w stałym związku z 29-letnim partnerem, od pół roku we wspólnym mieszkaniu. Pomimo, że mój partner jest dobrym człowiekiem w związku jest mi coraz gorzej i myślę, że nie tylko mi. Partner jest po prostu nieodpowiedzialny. Po części wynika to z roztargnienia i roztrzepania i to umiem zrozumieć, lecz wszystkich innych przyczyn nieodpowiedzialności nie potrafię zaakceptować. Przejawia się to przez np.: niespłacanie kredytów, co spowodowane jest brakiem stałej pracy, brak stałej pracy spowodowany jest nierobieniem niczego aby ją znaleźć choć "przecież codziennie sprawdzam nowe oferty". Codziennie słyszę dużo słów jednak mało widzę czynów. Partner często nie wywiązuje się z danego słowa i choć rzadko z danego mnie, to jednak bardzo mnie to martwi. Ja pracuję i studiuję, zajmuję się domem i ta sytuacja mnie przerasta, od 3 miesięcy leczę się na depresję i pomagam sobie jak mogę, jednak nie potrafię pomoc partnerowi. Naszą przyszłość wyobrażam sobie w coraz ciemniejszych kolorach. Co zrobić żeby wziął się w garść, żebym czuła, że mam przy sobie mężczyznę a nie nieodpowiedzialne dziecko? Proszę o pomoc, pozdrawiam, Kasia

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Co zrobić z chorobliwą zazdrością, nadużywaniem alkoholu i problemem z rodzicami mojego chłopaka?

Witam! Od prawie czterech lat jestem z moim chłopakiem. Dużo przez ten czas się wydarzyło, wiele razem przeszliśmy. I dodam, że trzy razy zrywaliśmy ze sobą. Zawsze powodem było to, że za dużo dzwonię do niego, sprawdzam go -...

Witam! Od prawie czterech lat jestem z moim chłopakiem. Dużo przez ten czas się wydarzyło, wiele razem przeszliśmy. I dodam, że trzy razy zrywaliśmy ze sobą. Zawsze powodem było to, że za dużo dzwonię do niego, sprawdzam go - wiem, że przesadzałam, ale... No właśnie, może zacznę od początku. Mój chłopak jest ode mnie 5 lat starszy, ja mam 22 lata. Gdy się poznaliśmy było super, dogadywaliśmy się i w ogóle. Problem zaczął się kiedy do mojego chłopaka zaczęła się odzywać jego była dziewczyna, z którą był dość długo, ale zerwali, bo go zdradzała. I ja bym nie miała nic przeciwko, że się kontaktują, gdyby nie to, że on ukrywał to przede mną, dzwonili do siebie, a on kłamał, że się nie kontaktują. No, ale kłamstwo ma zawsze krótkie nogi i wyszło na jaw jak kiedyś odebrałam jego telefon od niej. On, że mówił, że będę zła i dlatego nie chciał mi o tym powiedzieć itd. Po pewnym czasie jego była dziewczyna poznała nowego chłopaka i przestali się kontaktować. Tyle, że ja zaczęłam być zazdrosna, zaczęłam dzwonić kilka razy dziennie tylko po to, żeby sprawdzić co robi. Mało tego - sprawdzałam go często czy naprawdę, np. jak mówił, że jest w domu to tak jest. Rozmawialiśmy często na ten temat, obiecywałam, że przestanę, ale to było na krótko. Sytuacja się powtarzała, kiedy on wychodził gdzieś, a zaczął mnie okłamywać, że jest w domu a był z kolegami na piwie. On kłamał, a ja się nakręcałam i dzwoniłam. Potem jednak on coraz częściej zaczął wychodzić z kolegami i dużo pić. Zaczęłam się martwić, bo przez alkohol miał dużo problemów (i nie chodzi tu o konflikt z prawem) - bił się z kimś po pijaku, czasami był tak pijany, że masakra, zaczął się agresywnie zachowywać w stosunku do mnie (zaznaczam, że nigdy mnie nie uderzył, ale zaczął wyzywać). Starałam się mu pomóc, rozmawiać. W międzyczasie straciłam ojca, który był bardzo bliski mojemu chłopakowi. Było dobrze przez krótki czas, a potem znowu się zaczynało to samo. On pił czasami nawet codziennie, kłamał, ja dzwoniłam, kłóciliśmy się a potem ja za każdym razem go przyjmowałam do siebie. Jego rodzice zaczęli mieć do mnie jakieś pretensje, że to przeze mnie on się tak zachowuje i że jak pije i imprezuje to ja powinnam go rzucić, a nie tolerować to i jeszcze dzwoni do niego często. Tylko, że ja tego nie tolerowałam, ale co miała zrobić? Zostawić go z tym wszystkim samym? Ja taka nie potrafię być. Teraz jest już wszystko oki, mój chłopak nie pije, zdarzy mu się czasami wyjść z kolegami i coś wypić, ale nie jest to tak jak kiedyś codziennie i do upadłego. Pracuje, jest ok z jego rodzicami, oprócz tego, że oni nadal mnie nie tolerują po tamtych akcjach. Nie mam wstępu do niego do domu (chociaż tak naprawdę wszyscy oprócz jego rodziców uważają, że to ja mu pomogłam, bo byłam przy nim w ciężkich chwilach, chociaż mi nie było łatwo po stracie ojca, dodając, że mam problemy finansowe w domu.) Ale wytrwałam. Tylko nadal została zazdrość, a może to raczej obawa przed tym, że znowu zaczną się te same problemy, że to, że jego rodzice mnie nie akceptują zniszczy nasz związek? No i znowu zaczynam dzwonić często. Co mam robić. Ja po prostu się boje tego co było kiedyś :(.

odpowiada 2 ekspertów:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka

Czy powinienem walczyć o żonę, czy ułożyć sobie życie na nowo?

Kończę za kilka dni 27 lat, moja żona ma 33, jutro mamy 3 rocznicę małżeństwa. Ja zawsze miałem problemy z kobietami, żadnych długich związków, żona natomiast kilka długich i sporo przelotnych kolegów. W wieku 19 lat urodziła syna i nawet...

Kończę za kilka dni 27 lat, moja żona ma 33, jutro mamy 3 rocznicę małżeństwa. Ja zawsze miałem problemy z kobietami, żadnych długich związków, żona natomiast kilka długich i sporo przelotnych kolegów. W wieku 19 lat urodziła syna i nawet z jego ojcem wzięli ślub cywilny, który nie trwał długo, bo brał narkotyki gdy zamieszkali razem. On uciekł do Wa-wy na leczenie, ona wróciła do rodziców i siostry, jakiś czas później był rozwód, ale on nie dawał znaku życia wiec żona zaczęła układać sobie życie - pracowała w sklepie, poznawała dużo kolegów, którzy byli w związkach, a ją upatrzyli jako kochankę, było ich co najmniej dwóch w przeciągu 4 miesięcy - z pierwszym skończyła gdy zaszła w ciążę, a on ją totalnie olał, wzięła kredyt i z pomocą przyjaciółki kupiła tabletki poronne i usunęła ciążę, wylądowała w szpitalu z powikłaniami w dzień moich urodzin, a swoich imienin - magiczna data, 14 luty. Gdy w maju pojechałem do jej miasta pracować, kilka dni później wracałem z kolegą z imprezy, było po północy ona z przyjaciółką i jej bratem zaczepili nas pytając o drogę chociaż oni byli u siebie, bardzo mi się spodobała, zakochałem się od pierwszego ujrzenia. Gdy ich kolega zniknął gdzieś, ona zadzwoniła żeby inny kolega przyjechał i odwiózł je do domu, jakimś cudem dostałem numer telefonu, co mnie bardzo cieszyło, więc odprowadziliśmy je w umówione miejsce. Nie lubię agresji, jestem spokojną osobą, ale gdy zobaczyłem tego w samochodzie, gdyby nie kolega, wyciągnąłbym go i obił na środku starówki, ale byłem wypity, więc odpuściłem. Po jakiś 3 godzinach padł jej telefon i sygnał pojawił się dopiero rano, przestałem się martwic ja zrezygnowałem z pracy i wróciłem do rodziców - dzwoniłem do niej codziennie, nie mogłem bez niej żyć, denerwował mnie jego głos nieraz w tle, a mówiła, że to tylko kolega, do mnie mówiła czule, więc się uspakajałem. Jakiś miesiąc później jej przyjaciółka robiła imprezę urodzinową, miała przyjść z kimś i poprosiła mnie - bardzo się ucieszyłem, że się już z nim nie spotyka. Gdy po spacerze odprowadziliśmy jej syna do domu, udaliśmy się na imprezę, trochę wypiła, nawet wylądowaliśmy na podłodze pokoju, w którym byliśmy sami, ale do niczego nie doszło, liczyłem na coś więcej, ale cieszyło mnie te kilka namiętnych pocałunków. Gdy jeszcze trochę wypiła zaczęła szaleć, wymiotować, byłem przy niej cały czas i opiekowałem się najlepiej jak umiałem i doceniła to. Później wtedy zaczęła mnie odtrącać i tłumacząc, że usunęła ciążę i nie jest gotowa na związek - ja mówiłem, że chcę ją tylko widywać, już wiedziała, że się zakochałem, okazało się, że znowu jest w ciąży, a kolega się przestraszył i zniknął - ona wiedziała tyko jak ma na imię, nie wiedziałem co mam robić, a ona prosiła, żebym coś zrobił żeby i to dziecko zniknęło, bo rodzice ją z domu wyrzucą, a dopiero co pracę zmieniła, zerwała kontakty ze wszystkimi z tego okropnego sklepu, że tylko z tym jednym kontaktem za długo zwlekała - obiecałem jej, że wszystko będzie OK, że się ułoży, że ją kocham, weźmiemy ślub itd. W październiku wyjechałem do pracy do gdańska. Gdy w listopadzie, to był już prawie 7 miesiąc i nie miała już siły tego ukrywać, jej matka zapytała, czy przypadkiem nie jest w ciąży, natychmiast mi to powiedziała - odparłem, że będę rano pociągiem i wszystko się ułoży, nie pozwolę nikomu jej skrzywdzić. 2 dni później nie było odwrotu gdy byłem obsypywany ogniem pytań przez jej matkę, jej ojciec jak zwykle gdy miał wolne pił z kolegami, ja też miałem problemy z narkotykami, ale dzięki niej przestałem brać, trochę za późno, bo załapałem WZW. Jej ojciec od początku mnie nie trawił, ale w końcu się z tym wszyscy pogodzili. 22 grudnia robiłem jej mały remont i jej matka powiedziała żebym został, bo jest późno, będziemy spać oddzielnie - kręciłem się do świtu, aż przyszła ona i namiętnie się kochaliśmy. Remont skończyłem, święta spędziłem z przyszłą rodziną, byłem na każde zawołanie, w nocy budziłem się od najmniejszego poruszenia mojej wybranki. Pierwszy raz zawiodłem się gdy po sprzeczce w Sylwestra po nowym roku do nowej pracy szedłem z limem, ale wtedy śmiałem się z tego. Na początku stycznia teściowa załatwiła ślub u proboszcza - musieliśmy tylko się zgłosić i ustalić datę, wybraliśmy 2 lutego 2008, do tej daty dużo latania i załatwiania spraw mieliśmy, ale było warto, ten ślub był bardzo ważny, bynajmniej dla mnie i myślę, że dla niej także, tatuś czasami pisał sms z pytaniem „co z moją żoną i jego dzieckiem” i groźbami, że jak je skrzywdzę, to mnie zabije. Poród był 28 marca 2008 r., jak zawsze byłem obok i wspierałem. 6 tyg. bez seksu były nie do zniesienia, potem zaczęły się awantury, że za mało robię przy dziecku w domu, choć dawałem z siebie wszystko, nie potrafiłem utrzymać pracy dłużej niż 3 miesiące w tym mieście z układzikami, ale traciłem jedną - zaraz znajdowałem następną, ale to były powody do kłótni i czepiania się teściów i samotnej szwagierki, która odwiedzała nas co tydzień i podkręcała awantury. W międzyczasie znienawidziła całą moją rodzinę, nikt nie wie dlaczego, sama twierdzi, że nienawidzi ludzi tak po prostu, ale takie zachowania wynosi się z domu. Zacząłem na nieszczęście pić w pracy, bo awantury, bo żona zmieniła zdanie na temat, że mi potomka nie da, bo zawsze mało pieniędzy, bo jej zazdrość jest za duża o wszystkich -choć zerwałem kontakty z koleżankami i większością kolegów i o wszystko: internet, słuchanie muzyki... Nie chciała się kochać, a jak już się kochaliśmy to myślami była gdzie indziej, niby bała się, że zrobię jej kolejne dziecko, choć ona nie chce - awantury były z różnych powód mniejszych, większych, a do tego wciągała w to całą rodzinę szukając wsparcia, ale gdy się z nimi kłóciła wsparcia szukała u mnie. Zdarzały się sytuacje, kiedy podnosiła ręce do mnie, dzieci, rodziców - ten dom ją zniszczył psychicznie, ja przez te 3 lata też odczułem to, co ona przez 33 lata także stałem się mało odporny na stres, nerwy i agresję. Z czasem zacząłem się bronić, a gdy byłem w amoku po chwili płakała, bo za mocno ją popchnąłem czy ścisnąłem, ale nigdy nie zrobiłem jej krzywdy, co najwyżej siniaki i zawsze przepraszałem. Chcąc bardzo dać im nasze 4 ściany otworzyłem firmę budowlaną, ale na zamieszkałych terenach miałem za małe znajomości, wiec zaczęły się wyjazdy - wtedy jej się to nie podobało, bo muszę jej pomagać w domu, bo sobie nie poradzi. Po 5 miesiącach wróciłem do naszego miasta i zamieszkałem z chłopakami na stancji, widywałem się z nimi jak tylko było to możliwe, bardzo nam brakowało siebie nawzajem, kiedy żegnaliśmy się na klatce zaczęliśmy bardzo namiętnie całować i czule dotykać, ale była z nami córcia. Gdy weszły na górę zaczęliśmy smsować, że już dawno nie czuliśmy do siebie takiej czułości, miłości i pożądania - czułem się jak w niebie. Następnego dnia (sobota) zostałem zaproszony do domu, synek z babcią pojechali do szwagierki, dziadek poszedł do pracy na dobę - gdy położyliśmy córcię na drzemkę zaczęliśmy się tulić, namiętnie całować i rozbierać - było słychać walenie naszych serc, pożądanie nas zwalało z nóg, okazało się, że prezerwatywy żona wyrzuciła, a bez nich nigdy się nie kochaliśmy, pomyślałem: co teraz? Moje zaskoczenie było ogromne gdy powiedziała, że możemy bez, tylko mam uważać - pomyślałem, że zaczęła mi ufać. Nie zawiodłem jej. Kochaliśmy się kilka razy pod rząd, na rożne sposoby, o których wcześniej nie chciała słyszeć. Gdy córeczka się obudziła położyliśmy się obok, mała zaczęła się bawić, a my dalej kipieliśmy z podniecenia, rozebraliśmy się pod kołdrą i kochaliśmy się ponownie - do dziś czuję dreszcze, jak pomyśle o tamtych figlach ... Zacząłem się zjawiać do córci po pracy i zajmować się nią, żeby odciążyć teściową, bo dla niej opieka nad wnuczką to kara chyba, że się nią opiekuje na pokaz. Kilka razy musiał się nią opiekować dziadek alkoholik, którego w południe nosi za piwem, bo babunia musiała wyjść do fryzjera lub z z drugą córeczką do drogerii. Po jakiś 2 tygodniach teściowa oznajmiła, że mam wrócić, teściowi znowu się to nie podobało. Miałem pieniądze z tej działalności całkiem spore, zacząłem je inwestować w remont i meble, ale gdy zaczęły się kończyć, a załapałem trochę długów pojawiły się znowu kłótnie, w końcu zawiesiłem firmę i poszedłem do pracy, gdzie kierownik oszukiwał mnie na stawce - poszedłem na chorobowe, po miesiącu zwolniłem się, bo mi ambicje nie pozwalają pracować za takie pieniądze. Oznajmiłem żonce, iż wyjeżdżam w delegację zarobić normalne pieniądze, wtedy nastała kolejna kłótnia i o to jeszcze, że w tajemnicy zrobiłem tatuaż (oko i napis z imionami córeczki), no i przeginałem z alkoholem - mój błąd. W czasie tej kłótni usłyszałem z ust żony "to jest mieszkanie moje i rodziców, ty tu jesteś tylko gościem, nie masz żadnych praw, won na wycieraczkę" i znowu wyciągnęła ręce - powiedziałem „dość”, jeżeli nie pójdziemy na terapię to się wyprowadzam albo wyprowadzimy razem z tego domu dla spokoju dla dzieci dla nas. Odpowiedziała, że nie z wyzwiskami i wyszła. Przyszła teściowa, spakowany wyszedłem. Kontaktowaliśmy się, prosiła żebym wrócił, brała na litość - ja jej mówiłem, że kocham ją i dzieciaki, chce być z nimi, ale nie w domu u teściów. Boli mnie los córci i to, że żona obwinia mnie, że zabrałem jej ojca. Żonę widziałem jakiś czas temu, nadal ją bardzo kocham, za córką bardzo tęsknię, wiem, że ona też...

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Mój partner jest agresywny - czy objawy te mogą być wynikiem depresji?

Witam. Mam 28 lat, w miarę dobrą pracę, kilku dobrych znajomych, kochającą rodzinę i do niedawna prawie żadnych zmartwień. Od 14 miesięcy jestem w związku z 35-letnim mężczyzną, z którym jestem zaręczona. Mój narzeczony ma 7-letnie dziecko z poprzedniego związku,...

Witam. Mam 28 lat, w miarę dobrą pracę, kilku dobrych znajomych, kochającą rodzinę i do niedawna prawie żadnych zmartwień. Od 14 miesięcy jestem w związku z 35-letnim mężczyzną, z którym jestem zaręczona. Mój narzeczony ma 7-letnie dziecko z poprzedniego związku, gdyż jego kobieta uciekła do Holandii, porzucając ich obu. Dzieckiem tym na co dzień zajmuje się mama mojego narzeczonego, gdyż on pracuje w nienormowanych godzinach pracy, a nasze spotkania też głównie odbywają się późnymi wieczorami. Do niedawna wszystko między nami było dobrze, co prawda zdarzały się kłótnie, głównie wychodzące ode mnie, gdyż jestem osobą dość nerwową, która mówi prosto w twarz rzeczy, które się nie podobają, np. kiedy córka narzeczonego jest niegrzeczna, nie słucha, płaczem wymusza kupno jakiejś rzeczy w sklepie, a zdarzyło się nawet, że kopnęła swoją babcię, mój narzeczony nie reaguje, a ja jestem oburzona takim rozbuchanym zachowaniem 7-latki, natomiast mój chłopak obraża się na mnie, twierdząc, że ona jest jeszcze mała i każde dziecko w jej wieku psoci. Głównym problemem stała się ta mała dziewczynka, ale nie jedynym... Zdarzyło się parę razy, że mój chłopak był agresywny względem mnie, nie uderzył, ale podniósł rękę, wyzywał mnie bardzo brzydko i powiedział, że jestem nikim dla niego i że liczy się tylko jego dziecko. Po rozmowie przeprosił (banał, wiem) i obiecał, że więcej się to nie powtórzy, słowa dotrzymał, bo minął rok, a podobne zachowanie nie miało miejsca. Często przynosił upominki, zdarzyło się, że kupił mi nawet jakiś ładny sweterek, który kiedyś tam sobie wypatrzyłam, ale nie miałam wtedy pieniędzy na niego. Teraz po zerwaniu opowiada wszystkim znajomym, jaki był dla mnie dobry i robił wszystko to, co chciałam, tylko że ja nigdy o nic nie prosiłam, sam się ofiarował, że podwiezie lub pomoże. Zadra po tamtych słowach nadal boli, nie potrafię wybaczyć i po kolejnej kłótni oddałam pierścionek. Tym razem poszło o imprezę, na której mi zależało. Pojawił się problem z dzieckiem, gdyż nie miałby kto zostać z małą. Kiedyś mój narzeczony powiedział, że w takiej sytuacji może się nią zająć druga babcia, przypomniałam mu o tym i rozpętała się awantura, do której wtrąciła się jego mama. To była rozmowa przez telefon, jego domownicy twierdzą, że nie krzyczał, ja mam inne odczucia. Były narzeczony chce się pogodzić, dzwoni do mojej mamy, babci, moich koleżanek i pyta, czy ma jeszcze szanse, wypytuje również, co mówię o jego córce, a ja nic o niej nie mówię, może nie darzę jej wyższymi uczuciami, ale nie odnoszę się do niej z niechęcią. Ogólnie było nam razem dobrze, dużo zwiedziliśmy, kolejne podróże były w planach, dostaliśmy mieszkanie, które niezadługo mieliśmy zacząć remontować, jednakże ostatnie słowa ("gówniara") po prostu mnie dobiły, poza tym kazał mi oddać pieniądze na koncert, na który sam mnie zaprosił. Ja nie wiem, co dalej. Dał mi czas na zastanowienie, mówi, że jeszcze może być dobrze, a ja zadaję sobie pytanie, czy to ma sens, jeszcze mi na nim zależy, ale zachowuje się jak psychopata, no i wciąż pamiętam jego przykre, bardzo bolesne słowa. Nie wiem, co robić, naprawdę nie jestem w stanie myśleć rozsądnie, jest we mnie mnóstwo emocji i morze żalu, nie wiem, czy to zakończyć lub czy warto próbować raz jeszcze, czy ludzie potrafią się zmienić, czy tylko kamuflują swoją złą naturę? Chcę jeszcze dodać, że w poprzednim związku byłam 7 lat, rozpadł się, bo były chłopak zaczął pić i stawał się coraz bardziej agresywny. A ten, o którym piszę teraz, przed naszym poznaniem przeszedł ciężką depresję. Choć z rozmów wiem, że w jego poprzednim związku, z którego jest dziecko, były duże awantury i przemoc. Na co dzień narzeczony nie był agresywny, ale widziałam, że potrafi, słyszałam, co może powiedzieć. Proszę, pomóżcie mi przynajmniej rzucić pogląd na całą sytuację. Z pozdrowieniami i wyrazami szacunku Internautka

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Jak powiedzieć mężowi, że chcę się rozstać?

Witam, mam na imię Małgorzata, mam 29 lat. Z mężem jesteśmy 3 lata po ślubie i mamy 2,5-latnią córkę. Bardzo proszę przeczytać mój list do końca, bo byłam u psychologa, ale nie poradził mi więcej niż sama wiem. Proszę,...

Witam, mam na imię Małgorzata, mam 29 lat. Z mężem jesteśmy 3 lata po ślubie i mamy 2,5-latnią córkę. Bardzo proszę przeczytać mój list do końca, bo byłam u psychologa, ale nie poradził mi więcej niż sama wiem. Proszę, ponieważ nie stać mnie na prywatna wizytę. Kiedy wychodziłam za mąż byłam już w ciąży. Kilka miesięcy przed ślubem zmarł mój ojciec i mój mąż był praktycznie jedyną osobą, która wtedy była przy mnie. Kilka miesięcy wcześniej rozstałam się z mężczyzną, z którym byłam 3,5 roku i dość szybko poznałam swojego obecnego męża. Wiedziałam, że nie jest aniołem i ma dość trudny charakter, jednak był całkiem inny od mojego poprzedniego mężczyzny. Po ślubie wszystko układało się w miarę dobrze. Mój mąż pracuje jako budowlaniec, często go nie ma w domu, czasem wyjeżdża na kilka dni. Ja też pracuję w systemie dniówka 12 godzin, później noc 12 godzin i mam 3 dni wolnego, więc dużo czasu spędzam w domu. Sama zajmuję się domem, rachunkami, zakupami, pomagam czasem mężowi przy gołębiach (ponieważ hoduje gołębie), karmie je albo jeżdżę po jedzenie jeśli mąż nie ma na to czasu. W opiece nad dzieckiem pomaga mi czasem mama lub babcia. Mój mąż lubi często sobie coś wypić z kolegami. Rzecz w tym, że zdarza się to z reguły wtedy, kiedy ja idę w piątek bądź sobotę na noc do pracy. Kiedy natomiast mamy oboje wolny weekend i chciałabym, żebyśmy wyszli gdzieś razem, to on wtedy nie chce, bo tłumaczy, że jest zmęczony i chce odpocząć lub po prostu mu się nie chce. Ja czuję się jakby się mnie wstydził albo po prostu wolał wychodzić sam. Nie mamy wielu znajomych, bo nigdy na nic nie ma czasu. Kiedy w tygodniu mam wolny dzień i chcę gdzieś wyjść, czy sama czy z dzieckiem, czy nawet jeśli jest ten piątek czy sobota, to wtedy moja mama mówi mi, że nie zostanie z moją córką, ponieważ mam męża więc powinniśmy wychodzić razem. Skoro jednak on wychodzi sam, to chyba ja również nie powinnam rezygnować ze swoich znajomych. Myślę, że nie robię nic złego, gdyż często wychodzę do znajomych czy koleżanek z dzieckiem, i nie robię tego kosztem czasu z mężem, bo jego i tak nie ma w domu. Nie zaniedbuję domu i swoich obowiązków, często w przypadku tych gołębi jeszcze jemu pomagam. Nawet jak byłam w 8 miesiącu ciąży to wychodziłam na strych po drabinie, żeby je nakarmić, bo nie miał kto. Mój mąż potrafił znikać na cały weekend 2-3 dni i pic gdzieś z kolegami. Zdarzało się to już w czasie jak byłam w ciąży. Kiedy byłam w szpitalu kilka dni przed i po porodzie, mój mąż urządzał sobie tygodniowe pępkowe i zapomniał nawet, że ma przyjechać po nas do szpitala. Później przez jakiś czas było dobrze. Znów zaczęły się jego wybryki i wypady z kolegami. To się dzieje z przerwami i mój mąż nie potrafi zrozumieć o co mam do niego pretensje. Kiedy próbuję mu wytłumaczyć to zawsze mówi, że ma prawo wyjść z kolegami się napić, bo haruje jak wół, więc mu się należy. Ale mnie chyba też coś się należy? Kiedy mu tłumaczę, że po prostu się o niego martwię jak go nie ma tak długo, bo skoro narzeka ciągle, że się źle czuje, jest zmęczony itd. to dziwne byłoby się nie martwic jeśli nie ma go w domu całą noc, a ja siedzę z dzieckiem i czekam. Nie chce zmienić pracy, bo mamy trochę długów w banku, a twierdzi, że gdzie indziej tyle nie zarobi, chociaż po godzinach mógłby wtedy sobie dorabiać. Z powodu jego pracy, a często jest tak, że wychodzi rano i wraca ok. 22 - 23 a często i później już sama jego obecność zaczęła mi przeszkadzać. Nie mam ochoty na seks, kiedyś mąż mógł to robić dłużej, natomiast teraz niestety nie i nie czuję się zaspokojona. Poza tym po prostu nie mam ochoty na seks z moim mężem. On uważa, że wszystkie nasze problemy są przez to, ale ja nie. Coraz bardziej się od siebie oddalamy, nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Kiedy chciałabym z nim porozmawiać o naszych problemach, czy po prostu ogólnie, to albo mówi, że mu się nie chce, bo jest zmęczony, albo nie ma na to ochoty, a jeśli już do rozmowy dochodzi, to kończy się ona kłótnią. Jeśli chcę przedstawić mu swoje argumenty albo pokazać jakąś sprawę z innej strony to mówi, że to ja zawsze muszę mieć rację. Nie kocham go już i nie chcę z nim być. Nie wiem jak mu o tym powiedzieć, bo mąż nie chce iść na terapię małżeńską ani do psychologa. Kiedy ostatnio zepsuła nam się instalacja elektryczna w domu i musieliśmy robić remont, siedziałam w pokoju i płakałam, bo wszystko było praktycznie na mojej głowie. Przyjechała teściowa i pytała co się stało. Powiedziałam jej, że nie mam już siły, że nawet nie chodzi o ten remont, te długi tylko ogólnie, że w końcu się rozwiedziemy, bo nie mamy dla siebie czasu, że męża ciągle nie ma, ja muszę wszystkim zająć się sama, że coraz bardziej się od siebie oddalamy, nie rozmawiamy ze sobą i nawet ze sobą nie śpimy. Powiedziała mi, że już mi się znudziło, że jak to rozwód, to po co on ten remont robi, że moja szwagierka też ma źle, bo jej mąż też pracuje i nie ma go w domu, a ona ma 3 dzieci, a ja to przynajmniej mam pomoc od mamy i babci z moja córką. Ale czy to jest moja wina? Czy ja jej te dzieci zrobiłam? Czy to normalne być dalej nieszczęśliwą w związku pocieszając się tym, że inni mają gorzej? Przecież nie będę przez to czuć się lepiej i nie zacznę nagle z powrotem go kochać. W rodzinie też nie mam wsparcia, chociaż mieszkamy z mamą przez ścianę i wiele razy słyszała nasze awantury, jak mąż mi ubliżał, od dziwki, szmaty i innych, bo miałam do niego pretensje, ale jakbym nie "szczekała" do niego, to by nie było sprawy. Kiedyś przy mojej matce powiedział do mnie "wypier... kur..." i kiedy powiedziałam mamie kilka dni temu, że chcę się rozwieść to usłyszałam od niej, że jestem egoistką. Wydaje mi się, że wręcz przeciwnie, bo gdyby tak było to wiele razy mąż mi ubliżał (nigdy mnie nie uderzył, ale ostatnim razem złapał mnie za twarz, no ale nie uderzył, bo dostał jakiegoś szału, że naprawdę wolałam przestać "szczekać", gdyż powiedziałam mu, że nie życzę sobie kiedy jestem w pracy, żeby szlajał się po barach i przesiadywał z jakimiś babami czy nie wiadomo z kim, a on mi odparł, że to była jego koleżanka a ja jestem pojeb... szmatą), to miałam wiele okazji, żeby mu powiedzieć, żeby się wyprowadził, bo żadna normalna kobieta by sobie nie pozwoliła na takie epitety. Za każdym razem miałam nadzieję, że coś się zmieni... Teraz może rzadziej wychodzi z kolegami, bo dłużej pracuje i po prostu nie ma to czasu. Ale zdarza mu się, a ja nie będę siedzieć cicho kiedy wróci pijany, bo nie odpowiada mi to i chcę, żeby o tym wiedział. Ostatnio też powiedział mi, że wiedziałam, jaki jest i że pewnie chce się rozwieść, bo ciągle od niedawna o tym mówię. Więc mu powiedziałam, że wolałabym tego nie robić, ale jakoś trzeba tę sytuacje rozwiązać, bo sam widzi co się dzieje. Na koniec rozmowy usłyszałam, że przeze mnie dziecko nie może się wyspać, bo jak wraca z pracy to córka nie daje mu spokoju, a ja ciągle coś mówię i że nauczyłam ją "dziadostwa" i spania z nami w łóżku. Ale on nie wstawał po 5 razy w nocy do niej kiedy było trzeba. A i kiedy mam mówić, jak po całych dniach jest w pracy? Wierzę mu, że jest zmęczony i nie dziwię się, że może nie mieć na coś ochoty, ale jak idę w piątek na noc, czy w sobotę, to już mu zmęczenie mija. Córka się do niego garnie, bo rzadko go widzi, więc za nim tęskni. Jest za mała żeby zrozumieć, że tatuś jest zmęczony. Ja rozumiem, ale też mnie to męczy, bo i tak wielokrotnie czuję się jakbym była sama. Nie dodaję mu więcej obowiązków niż ma. Nie musi sprzątać, gotować, czy wynosić śmieci. Wszystko robię sama. Nawet w niedzielę na spacer idę z małą sama, bo jemu się nie chce. Boję się mu powiedzieć, że nie chcę z nim być bo jest mi go żal. Boje się, że zacznie pić i nawet o tych cholernych gołębiach myślę, co z nimi zrobi jak się wyprowadzi, ponieważ mieszka u mnie. Wyremontowaliśmy ten dom po moim wujku razem. Boję się reakcji teściowej. Boję się, że będę musiała go spłacać, albo nie wiem co jeszcze. Nie chciałabym rozstawać się z nim w nienawiści. Boję się, że on powie "Co, źle ci jest? Daję ci pieniądze, haruje jak wół po całych dniach a tobie źle". Nie mam wsparcia nawet u mamy. Wielu znajomych, czy koleżanki, które mam rozumieją mnie lepiej niż rodzina. Wiele razy widzieli jak się zachowuje mój mąż. Nie potrafię tak żyć, chodzę smutna, nic mnie nie cieszy prócz dziecka. Cały czas myślę co mam zrobić, czy ciągnąć to dalej i być nieszczęśliwą, udawać, że wszystko w porządku, tylko po to, żeby inni byli zadowoleni? Ja wiem, że po rozwodzie jest trudno, jest mniej pieniędzy przede wszystkim. Ale jeśli będę myśleć o tych wszystkich rzeczach to będę w tym tkwić i będę nieszczęśliwa. Nie chce zdradzić męża z innym mężczyzną, bo chciałabym być uczciwa w stosunku do niego. A może to ze mną jest coś nie tak? Może to powinno tak być? Nie chcę być nerwowa, bo boję się, żeby później ewentualnie w sądzie nie obrócił ktoś tego przeciw mnie. Nie chcę też skrzywdzić męża, ale przeważnie rozwód i krzywdzenie idą ze sobą w parze. To nie jest tak, jak myśli moja babcia czy ciocia, że koleżanki mnie namawiają, ale one nie żyją ze mną, nie przebywają ze mną 24 godz na dobę, nie wiedza co czuję, że jest mi źle. Chociaż często o tym mówię, często widza jak płaczę. Mówią "nie kłóć się z nim przeproście się", ale za co ja mam go przepraszać? „Powinnaś o niego zadbać, bo tak schudł, po całych dniach go nie ma” - no właśnie jak, skoro po całych dniach go nie ma, a jak wraca to już w drzwiach widać, że jest zmęczony i od razu to zaznacza? "Powinnaś iść z nim do lekarza" - mówią - ale skoro nie chce? Wiele razy go prosiłam, żeby zrobił badania. Ale twierdzi, że będzie zdrowy dokąd nie pójdzie, bo zaraz mu coś wynajdą. A co on jest małym chłopcem, którego można wsadzić do auta w fotelik i zawieźć? Przecież jest dorosły, ma 33 lata. Już mu powiedziałam, że skoro nie myśli ani o sobie ani o mnie to niech chociaż o dziecku pomyśli. Uważam, że jestem raczej mądrą i zaradną osobą, mam własne zdanie i gdyby było mi dobrze to bez powodu nie chciałabym tego robić. To nie jest tak, że nagle mi się odwidziało, to trwało od końcówki ciąży do teraz i kiedyś musiało wybuchnąć. Myślę, że jest to spowodowane tym, że nie przebywamy ze sobą, że mąż wiele razy ubliżał mi bez powodu, a na drugi dzień chodził i się przymilał i uśmieszki - i co ja, mam być niby zadowolona i usatysfakcjonowana, że wrócił? I że przecież on mnie kocha i przeprasza, a za jakiś czas to samo? Spokój, spokój i nie wiadomo kiedy mu co do głowy strzeli. Ale mówienie do żony „ty kur...” czy co innego, nawet w nerwach - to chyba nie wypada. Raz było lepiej raz gorzej. Ale ja go już nie kocham. Lubie go, jest ojcem mojego wspaniałego dziecka. Czasem wolałabym, żeby cały czas było źle, żeby mi naubliżał i nawet uderzył, bo wtedy miałabym pretekst, żeby mu powiedzieć, żeby coś się stało, cokolwiek. Mój mąż zawsze tłumaczy wszystko nerwami. Ubliżył mi, bo ma nerwy, bo nie uprawiamy seksu, kłócimy się też z tego powodu. Ale to nie jest tak. Mój ojciec był wspaniały i dla mnie i dla mamy. Zawsze jej pomagał, zawsze można było na niego liczyć. W ogóle nie przeklinał nie wspominając już o obraźliwym słowie w strony mamy, czy mojej i brata. Dlatego tak mi przykro, że moja własna matka nie potrafi mnie zrozumieć, bo powinnam myśleć o sobie i dziecku. Chyba właśnie to robię, skoro sobie na to wszystko pozwalam. Nie wiem czy dla dziecka to lepsze, kiedy będzie większa, to będzie zauważać, że nie rozmawiamy, że jest jakieś dziwne napięcie i nerwy, że się kłócimy. Jak mam wytłumaczyć mężowi i całemu światu, że lepiej będzie dla wszystkich jeśli się rozstaniemy? W moim przypadku nic się nie zmieni, mój mąż jest uparty, o żadnej terapii nie ma mowy, bo nie chodzi nawet do lekarza rodzinnego. Powiedział, że to ja powinnam się leczyć na nerwy. Ale przecież ja nie mam ich bez powodu. Nie zacznę nagle go kochać jak kiedyś. Kiedy wychodziłam za mąż, miałam nadzieję, że zawsze będziemy razem, pewnie jak każdy kto bierze ślub. Po prostu nie chcę z nim już być. Proszę o pomoc, jak mam to zrobić, jak mu powiedzieć, jak się uwolnić? Nie chcę tak dalej żyć... Z poważaniem, Małgorzata

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Chcę popełnić zamach na własne życie

Proszę o pomoc. Mam bowiem problem w swoim rodzinnym domu. Mam 37lat i ponad 16 lat po ślubie. Zdradziłem żonę dwa razy. Pierwszy mi wybaczyła ale drugiego razu mi nie chce wybaczyć. Rozumiem ją, jest skrzywdzona przez osobę, w którą...

Proszę o pomoc. Mam bowiem problem w swoim rodzinnym domu. Mam 37lat i ponad 16 lat po ślubie. Zdradziłem żonę dwa razy. Pierwszy mi wybaczyła ale drugiego razu mi nie chce wybaczyć. Rozumiem ją, jest skrzywdzona przez osobę, w którą wierzyła, kochała, a teraz nie jest już w stanie jej zaufać. Pierwsza zdrada miała miejsce ok 8 lat temu druga 6 lat temu. Dwa miesiące temu dowiedziała się o wszystkim i od tego nieszczęsnego dnia pastwi się nad moimi uczuciami jakimi ją obdarzam. Nie mam już nadziei na to że jej się odwidzi. Była dla mnie wszystkim. Mamy dwoje dzieci. Pierwsze z jej pierwszego związku a drugie z naszego. Czuję że mam poważny problem z depresją. Miesiąc temu byłem prywatnie u psychiatry, przepisał mi leki po których objawy się zaostrzyły drastycznie. Więcej nie pójdę do żadnego pseudospecjalisty ani pseudopsychologa, ponieważ nie wierzę już w nic i nikogo. Wielokrotnie mówiłem żonie o tym co mam zamiar zrobić ona się tym wcale nie przejmuje. Piszę do specjalistów...z abcd...z zapytaniem co Wy o tym wszystkim myślicie? Może jeszcze się coś dziwnego wydarzy w tych ostatnich chwilach. Dodam jeszcze że żona nie chce ze mną rozmawiać i nie chce pomocy od nikogo. Namawiałem ją na wspólną rozmowę u psychologa lub w poradni małżeńskiej ale ona nawet nie chce o tym słyszeć. Proszę o w miarę możliwości o szybką odpowiedź.    

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Jak powinien zachowywać się partner w zwiazku na odległość?

Witam! Mam 25 lat, mój partner – 30. Jesteśmy w związku na odległość, dzieli nas ok. 300 km. Nie chciałam zaczynać kolejnego związku na odległość, bo to już trzeci z kolei. Nie, nie czerpię z takich związków satysfakcji. Po...

Witam! Mam 25 lat, mój partner – 30. Jesteśmy w związku na odległość, dzieli nas ok. 300 km. Nie chciałam zaczynać kolejnego związku na odległość, bo to już trzeci z kolei. Nie, nie czerpię z takich związków satysfakcji. Po prostu zauważam, że osoba z którą mam do czynienia, jest osobą interesującą, a potem wszystko zaczyna toczyć się w kierunku kolejnego „nienormalnego” związku. Tak i teraz. On – tam, ta – tu. Praktycznie nie pisze sms-ów i nie dzwoni prawie w ogóle. Najwyżej kilka słów na gg. I to nie każdego dnia. Czasami potrafi podczas niedługiej przerwy na gg, wyłączyć się bez pożegnania. Czy to jest normalne zachowanie wobec mnie? Męczy mnie to, ponieważ będąc w poprzednim związku ze swoim ex pisaliśmy do siebie po kilka godz. dziennie, smsowaliśmy (kiedy każdy w pracy), rozmawialiśmy na skype. Wiedziałam i czułam, że jest obok, mimo że był tak daleko. Z obecnym partnerem jest zupełnie na odwrót. Czuję, że jest obok tylko wtedy, kiedy rzeczywiście jest. Mówi (czasami), że mnie bardzo lubi. Ale trudno w to uwierzyć, jeżeli dziennie nie znajduje się dla osoby, na której Ci zależy 3 minuty, żeby napisać zwykłego sms-a, czy po prostu zadzwonić, zapytać się „co słychać?”, nie tkwiąc na gg. Czy to tak wiele? Osobiście nie dzwonię do niego sama, przyjmując jego strategię. Mam wręcz wewnętrzny lęk telefonowania do niego (a może w czymś przeszkodzę? a może akurat z kolegą rozmawia?). Jest to nienormalna rzecz – bać się zadzwonić do swojego partnera. Ale niestety takie odczucia on we mnie wytwarza. Wydawało by się, 30 lat – dorosły facet, powinien być poukładany i wiedzieć jakie jest postępowanie godne pochwały (nie tylko mojej). Byłam chora, przez 2 dni leżałam w łóżku z gorączką. Nie pisałam mu o tym na gg, bo był zapracowany, nie chciałam marudzić. Na trzeci dzień powiedziałam. Nawet nie zapytał, jak się czuję… W chwili obecnej już trzeci dzień ze sobą nie rozmawiamy, bo jestem na niego obrażona za taki brak troski, a on nawet nie raczy zadzwonić i zapytać, co się dzieje. Przykro, boli, czuję, że to jest coś toksycznego. Nie chcę w tym tkwić, ale trzyma mnie myśl, że ta osoba przy mnie jest jakby zupełnie inna: maślane oczy, czułe słówka. Ale na ile są one prawdą? Przecież tam, u siebie, on może mieć w ogóle drugie życie, o jakim ja nie będę miała zielonego pojęcia! I jak w te czułe słówka można wierzyć, jeżeli wyjeżdżając, zostawia mi kilka słów w ciągu tygodnia na gg?? Nie rozumiem, po co mnie przy sobie trzyma? Przecież może sobie kogoś znaleźć na miejscu, nie tracąc pieniędzy na dojazdy. Czy może to taka jego odskocznia od rzeczywistości? Od tych problemów, które są w rodzinnym mieście? Czy może po prostu mną bawi się? Nie znajduję odpowiedzi na swoje pytania, dlatego piszę tu i proszę o radę. Z góry Bardzo wdzięczna!

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Czy moja partnerka ma depresję?

Witam, Za kilka miesięcy skończę 18 lat, moja dziewczyna ma 20 lat niestety mieszkamy od siebie 100 km i widujemy się raz na tydzień, ona przyjeżdża do mnie na kilka dni, a potem znów odjeżdża i odliczamy dni do następnego...

Witam, Za kilka miesięcy skończę 18 lat, moja dziewczyna ma 20 lat niestety mieszkamy od siebie 100 km i widujemy się raz na tydzień, ona przyjeżdża do mnie na kilka dni, a potem znów odjeżdża i odliczamy dni do następnego spotkania. Cierpimy z tego powodu, ponieważ nie możemy się przytulić kiedy tego chcemy, po prostu być obok siebie. Kilka dni temu było już bardzo źle, zaczęła płakać cały czas, że nie ma sensu dalej tego ciągnąć, bo i tak nie jesteśmy szczęśliwi. Najpierw zacząłem ją pocieszać, że damy rade, że wytrzymamy aż skończę technikum a ona studia i zamieszkamy razem, ale to nie pomagało, zaczęło do mnie docierać, że to chyba będzie najodpowiedniejsze dla niej jeśli skończymy to i zerwiemy. Ona powiedziała, że chyba jedyną osobą która będzie w mogła jej pomóc będzie jej były chłopak, wtedy mnie zatkało, bo wiedziałem jak bardzo ją krzywdził przez dwa i pół roku i nie mogłem w to uwierzyć, że znów chce do niego wrócić. Umówiła się z nim na rozmowę i pojechała do niego, nie wiedziałem co się z nią dzieje, bo tel zostawiła w domu. Czekałem z niecierpliwością, ale wiedziałem, że muszę o nią walczyć, wróciła od niego po 1 w nocy, zadzwoniła, powiedziała, że mnie kocha i że będzie walczyć o to uczucie. Mówiła, że podczas tej rozmowy zrozumiała, że tak naprawdę on nic się nie zmienił, mówiła, że myślała o mnie cały czas i aż prawie nazwała go moim imieniem i że trzęsła się przy nim tak jakby się go bała. Bardzo się ucieszyłem, że chce walczyć żebyśmy mogli być razem. Zrozumiałem, że mogłem ją stracić na zawsze i to uczucie, że już nigdy nie będę na nią czekał aż przyjedzie - było to o wiele gorsze od tego smutku, że jej nie ma przez kilka dni. Myślałem że już wszystko będzie dobrze, że o nim zapomni i będziemy razem mimo przeciwności losu, ale tak nie było, płakała bo szkoda jej było tego kolesia, że przed tą rozmową narobił sobie nadziei, a to wszystko zgasło. Poradziła się koleżanki, która ma już męża i dziecko co ma zrobić, bo ten koleś powiedział jej, że kochał się z inna dziewczyną, a to jeszcze bardziej ją zraniło, że wmawiał jej, że mu zależy na niej, a zrobił coś takiego. Powiedziała jej, że na świecie jest wielu fajnych facetów, a ona jest młoda i szkoda się nim przejmować i znów poczuła się lepiej, ale wciąż jest smutna i cisną jej się łzy i sama nie wie czemu, teraz został jeden dzień do jej przyjazdu, a ona nie czuje tak tego jak dawniej, że już nie mogła wytrzymać, że skakała z radości, a teraz jest inaczej i kiedy rozmawiamy przez tel lub piszemy jest inaczej, czuję, że coś jest nie tak. Boję się, że ta sytuacja związana z próbą zerwania wypaliła w niej trochę to uczucie do mnie i że będzie coraz gorzej. Proszę, pomóżcie. Czy to depresja? Jak mogę jej pomóc?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Jak odpędzić samobójcze myśli?

Witam. Mam 30 lat, mam męża i dwoje wspaniałych, zdrowych dzieci. Tylko dzięki myśli o nich jeszcze tu jestem. Gdy poznałam mego męża wydawało mi się, że chwyciłam Pana Boga za nogi - dobry, zaradny, troskliwy, wyrozumiały i na dodatek...

Witam. Mam 30 lat, mam męża i dwoje wspaniałych, zdrowych dzieci. Tylko dzięki myśli o nich jeszcze tu jestem. Gdy poznałam mego męża wydawało mi się, że chwyciłam Pana Boga za nogi - dobry, zaradny, troskliwy, wyrozumiały i na dodatek przystojny. Razem mogliśmy przenosić góry, jednak obydwoje mamy „gorące” temperamenty, a oprócz tego jestem uparta i zawzięta - to wiem. W zeszłym roku zaczęły się miedzy nami poważne kłótnie, doszło nawet do rękoczynów z jego i z mojej strony. Jednak po kilku dniach pogodziliśmy się i oboje uznaliśmy to za jednorazowy incydent. Zapomnieliśmy o tym, bo bardzo się kochamy. Jednak w tym miesiącu znów pokłóciliśmy się. Niby o nic, ale od słowa do słowa i przerodziło się to w prawdziwe piekło, mąż stał się okrutny, zwyzywał mnie od najgorszych przy swoich kolegach i naszych sąsiadach, groził mi nożem, powiedział że mnie zabije. To wszystko było oczywiście pod wpływem alkoholu. Ja go nie sprowokowałam niczym, nie odzywałam się, mimo to sam się nakręcał. Byłam pewna, że już mu nie wybaczę, ale nie mam dokąd pójść, nie pracuje bo młodsze dziecko ma roczek. Jestem już tym zmęczona, chce z nim być bo go kocham, jednak nie potrafię zapomnieć o tym co mi zrobił. Z tego wszystkiego po prostu chciałabym umrzeć, ale kto zajmie się moimi kochanymi dziećmi?  

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Czy to już czas żeby zakończyć ten związek?

Jestem z chłopakiem 3 lata, oboje mamy 20 lat. Zaczęliśmy jako gówniarze i popełniliśmy wiele błędów w naszym związku, poczynając od wyzwisk aż do zdrady, obustronnej. 1,5 roku temu wszystko się zmieniło, zaczęliśmy jakby nowy etap, wszystko już się...

Jestem z chłopakiem 3 lata, oboje mamy 20 lat. Zaczęliśmy jako gówniarze i popełniliśmy wiele błędów w naszym związku, poczynając od wyzwisk aż do zdrady, obustronnej. 1,5 roku temu wszystko się zmieniło, zaczęliśmy jakby nowy etap, wszystko już się układało i przyznam, że oboje byliśmy bardzo szczęśliwi. Potem wyjechałam na studia, zaczęła się obsesja zdrady, zakazy i ograniczenia, jednak wszystko to znosiłam, bo uznałam, że miłość wszystko wybaczy. Od miesiąca jest totalna masakra... Nie możemy się w niczym dogadać, parę dni temu pocałował się z inną dziewczyną, przymknęłam na to oko, bo mieliśmy już podpisaną umowę na nowe mieszkanie... Pomysł z mieszkaniem miał na celu ratowanie naszego związku. Jednak nie wyszło, zwolnili go z pracy i musieliśmy zrezygnować z naszego lokum. Wpadłam w szał, płakałam, trzęsłam się i obwiniałam cały świat, a najbardziej jego za to, że nie spełni się moje marzenie. Po tej sytuacji zostawił mnie... Powiedział, że jest już zmęczony, że już od dłuższego czasu nam nie wychodzi i najwidoczniej "nie jesteśmy sobie pisani". A ja? Co mam zrobić? Nie chcę Go stracić! Planowałam z nim całe życie, ale z drugiej strony wiem, że ma rację, tego się już nie da uratować. Jak idiotka wypisuję do niego, proszę o szanse, a On nawet nie odpisuje... Jak mam zacisnąć zęby i nie poniżać się bezskutecznie? Tak strasznie mi go brakuje...

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Problem w komunikacji z mężem i chęć rozstania

Witam, mam 21 lat, mój mąż 27. Mamy rocznego synka. Jesteśmy po ślubie 1.5 roku. Jeszcze jak byłam w ciąży, ok. 4 miesiące po ślubie między nami przestało się układać. Teraz jest totalnie beznadziejnie. Nie kocham go, nie potrafię odpowiedzieć... Witam, mam 21 lat, mój mąż 27. Mamy rocznego synka. Jesteśmy po ślubie 1.5 roku. Jeszcze jak byłam w ciąży, ok. 4 miesiące po ślubie między nami przestało się układać. Teraz jest totalnie beznadziejnie. Nie kocham go, nie potrafię odpowiedzieć czy w ogóle go kochałam. Byłam bardziej ślepa i zauroczona, poza tym po ciężkich przeżyciach i potrzebowałam kogoś kto by mnie wspierał i "zaopiekował"się mną. Bardzo chcieliśmy dziecka. Dość szybko nam się to udało. Uwielbiam seks, mogłabym to robić kilka razy dziennie. Na początku w łóżku było ok. Później coraz gorzej i gorzej. Po porodzie, gdy już mogłam uprawiać seks jakoś to było. Jakiś czas temu odkryłam, że mąż masturbuje się w wc. Idzie niby na dłuższe posiedzenie, a później znajduje w historii telefonu strony pornograficzne. Zaczął usuwać historię, ja jednak w łatwy sposób wróciłam na poprzednie strony, które odwiedzał. Szczerze nie widzę w sobie problemów- schudłam bardzo po ciąży, nie mam rozstępów, moja sylwetka jest bardziej sexy niż przed ciążą, jestem atrakcyjną kobietą i niejeden facet do tej pory mi to mówi. Co więcej wiele daje mi do zrozumienia, że z chęcią by się ze mną umawiali! Gdy mówię mężowi o tym, to zaprzecza i łże w żywe oczy! Zawsze ja musiałam wręcz błagać żeby chciał ze mną uprawiać seks. Szczerze mam go dość, nienawidzę go, nie podnieca mnie od x czasów, w ogóle jak go widzę to najchętniej przywaliłabym mu. Żywię do niego taką nienawiść. Wyzywa mnie, ciągle jest chamski, zarzuca mi jaka ja to jestem zła, że nic nie potrafię, nie daje mi nawet wypłaty! A w ciągu 3 dni wszystko traci na piwka, chipsy, gotowe jedzenia za 20 zł. Szkoda gadać. Mam dość tej sytuacji. Mogłoby mnie nie wkurzać to, że woli zabawiać się sam gdyby nie fakt, że ja też mam potrzeby i raz na miesiąc mi nie starcza. Nie pójdę do pierwszego lepszego, bo mam "męża". Siedzę w domu 24 na dobę. Nigdzie nie wychodzę, najważniejszy dla mnie jest mój Maluszek, kocham go nad życie. Do tego mój maż jeździ codziennie do swojej mamusi i babusi. Jest od nich uzależniony i ciągle sępi od nich forsę. Dodam, że na wszystkie tematy nie raz rozmawiałam z mężem, ale on unika albo chamskimi słówkami mnie zbywa. Jak zawsze. Chciałabym się rozstać. Ale nie stać mnie. Nie mam pracy, w okolicy nic nie mogę znaleźć. Szkoda gadać. Proszę o podpowiedź i pomoc!    
odpowiada 2 ekspertów:
 Redakcja abcZdrowie
Redakcja abcZdrowie
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka

Kryzys w związku - jak mogę sobie pomóc?

34 lata, w związku małżeńskim od 10 lat, całkowity czas razem 17 lat, 7-letnie dziecko. Jest kryzys. To już nie pierwszy, ale najmocniejszy, najgłębszy. Na obecną chwilę jestem całkowicie załamany, targają mną różne, a nawet bardzo sprzeczne emocje. Nie...

34 lata, w związku małżeńskim od 10 lat, całkowity czas razem 17 lat, 7-letnie dziecko. Jest kryzys. To już nie pierwszy, ale najmocniejszy, najgłębszy. Na obecną chwilę jestem całkowicie załamany, targają mną różne, a nawet bardzo sprzeczne emocje. Nie radzę sobie ze sobą, z ogromem kryzysu, bardzo się boję rozstania, zaprzepaszczenia 17 lat znajomości, uczuć upadków i wzniesień, tego co się będzie działo z dzieckiem. Bardzo kocham oboje. Zaczęło się około tygodnia temu – koszmar. Widzę po żonie, że coś się dzieje, w końcu dochodzi do rozmowy. Dowiaduję się, o co chodzi: żona jest nieszczęśliwa, niespełniona, nie wie co do mnie czuje, nie wie czy dalej chce być ze mną, ogólnie nie chce ze mną rozmawiać, nie chce abym ją dotykał, przytulał, nie umie się określić co do nas. Życie umyka jej między palcami, ja odbieram to tak, że przeze mnie wszystkie te rozterki. Z rozmowy wynika, że większości przypadków, o których pisałem wcześniej, ja jestem przyczyną, jestem psychicznym terrorystą, znęcam się psychicznie i nie wspieram jej. Ciężko mi osobiście w to uwierzyć, zaakceptować i odnieść do siebie. Z własnej analizy faktów nie potrafię tego wszystkiego podpiąć pod siebie. Nigdy nie skrzywdziłem fizycznie, nie zdradziłem i nie przestałem dbać o dom i rodzinę, nie nadużywam alkoholu i nie marnotrawię pieniędzy. W tym krótkim czasie znalazłem moje błędy, znalazłem rzeczy, które są faktem dolania oliwy do ognia i z całej siły będę starał się to zmienić, zrobię wszystko co tylko możliwe, aby dostrzeżone przeze mnie błędy wyeliminować. Nie wiem co robić. Przez myśl mi nawet przechodziły pomysły o pomocy w podjęciu decyzji o rozwodzie (że ja wyjdę z inicjatywą o rozstaniu), tylko dla jej dobra, dlatego że ją kocham i nie chcę, aby się męczyła ze mną, może wreszcie będzie szczęśliwa. Ale to jest wbrew moim zasadom, wbrew mnie. Jak mogę opuścić kogoś, kogo kocham? Jestem rozdarty, nie mogę jeść, a na dodatek problem z niewyobrażalnymi bólami głowy. Ciężko się skupić w pracy (dodatkowy stres – taka praca), problem z domową egzystencją, nawet jako facet (aż wstyd się przyznać) płaczę po kryjomu jak nikt nie widzi, odpływam i nie wiem gdzie. Totalna beznadzieja. Kiedyś wydawało mi się, że problemy emocjonalne, psychiczne czy psychologiczne, a nawet depresja nie istnieją, że jest to wytwór cywilizacji i próżności osób, ale zdałem sobie sprawę że i ja potrzebuję pomocy, aby się podnieść, zrozumieć co robię źle i jak mam wszystko naprawić, jak powrócić z ciemności do życia. Załamany jestem po rozmowie z żoną - tym co powiedziała, tym że mogę faktycznie być przyczyną tego co się stało. Wydaje mi się, że jeśli to jest prawdą, jeśli faktycznie jestem tyranem, to mogłem to zrobić nieświadomie. Boję się z kimkolwiek rozmawiać o tym co przeżywam, o tym jakim jestem złym człowiekiem, myśli mnie zabijają od środka, spalam się i to mnie wyczerpuje. Boję się o siebie i rodzinę. Chcę odzyskać Wiarę w siebie, abym mógł działać ku lepszemu. Co jest ze mną nie tak? Marzę o szczęśliwym zakończeniu kryzysu; marzę o przytuleniu, o jej zapachu; marzę, że kiedyś usłyszę KOCHAM CIĘ i powróci iskierka o chęci drugiego dziecka.

odpowiada 3 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś
mgr Magdalena Rachubińska
mgr Magdalena Rachubińska

Co robić, kiedy moja dziewczyna unika mnie, nie chce rozmawiać i nie pozwala się dotknąć?

Moja kobieta od kilku dni ma zły humor, wcześniej była opiekuńcza, przytulała, utrzymywała ze mną normalny kontakt fizyczny, do tego słowa kocham cię, czy inne… Moja kobieta ma 23 lata. Teraz jest tak, że jak chce się przytulić to...

Moja kobieta od kilku dni ma zły humor, wcześniej była opiekuńcza, przytulała, utrzymywała ze mną normalny kontakt fizyczny, do tego słowa kocham cię, czy inne… Moja kobieta ma 23 lata. Teraz jest tak, że jak chce się przytulić to zaraz ucieka, pocałować - też zaraz ucieka, to zerwanie kontaktu fizycznego, nie mówi do mnie jak kiedyś, a kiedy staram się z całych sił żeby było dobrze i pomagam to i tak nie docenia tego. Mówię jej, że wiem, że ma od niedawna prace, że jest zmęczona, bo późno wraca, zawszę wychodzę po nią, ale jak wraca nie ma czasu porozmawiać i nic innego, ale z kimś innym ma siłę i chęci rozmawiać. Boli mnie to. Jak mówię jej to wszystko co czuję to mówi, że jestem chory psychicznie, nienormalny, że wymyślam. Proszę bardzo o pomoc.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Czy mój chłopak jest maminsynkiem??

Witam, Mam 20 lat i jestem od półtora roku w związku z chłopakiem. Od pewnego czasu strasznie irytują mnie pewne sprawy, a mianowicie zauważyłam, że mój chłopak bardziej liczy się ze daniem swojej mamy, niż z moim. Zawsze staram się...

Witam, Mam 20 lat i jestem od półtora roku w związku z chłopakiem. Od pewnego czasu strasznie irytują mnie pewne sprawy, a mianowicie zauważyłam, że mój chłopak bardziej liczy się ze daniem swojej mamy, niż z moim. Zawsze staram się mu doradzać jak najlepiej, znajdywać najlepsze rozwiązania, ale niestety zazwyczaj jest tak, że wysłucha mojego zdania, ale i tak musi doradzić się mamusi i to co mama powie, tak zrobi. Ostatnio np. chciał się zapisać do szkoły i pytał mamusi jaki profil ma wybrać! I chociaż z moich obserwacji jego mama nie jest jakaś nadopiekuńcza, na jego pytanie dotyczące szkoły odpowiedziała: „a to ja już tego nie wiem, sam musisz wiedzieć na co chcesz iść”. Sama nie wiem co mam już o tym myśleć, chłopak zawsze mnie utwierdzał w przekonaniu, że jestem dla niego najważniejsza, że jestem na pierwszym miejscu, ale ja nie czuję tego, dla mnie są to tylko słowa, a jeśli chodzi o czyny, to mamusia jest ważniejsza. Kolejna sprawa, która mnie bardzo drażni to, to że mój chłopak pomimo tego, że ma 21 lat odnosi się do swojej rodzicielki MAMUSIA! Cały czas pada to słowo, nigdy nie powiedział mama. Nawet w tel ma zapisane mamusia. Czy to jest normalne? Ostatnio nawet się dowiedziałam, że jego mama używa jego szczoteczki do zębów, bo mój chłopak zwrócił jej uwagę, że była chora, a umyła zęby jego szczoteczką i gardło go bolało później... Trochę mnie martwi ta sytuacja, bo oboje chcemy żyć w przyszłości ze sobą, mamy plany, ale ja nie zniosę faktu, że mam być tą drugą kobietą, chyba nikt by tego nie zniósł. Chcę żeby to mnie stawiał na pierwszym miejscu, myślę, że to naturalne. Kolejna sprawa, mój partner ma nadciśnienie tętnicze i jest ono dosyć wysokie. Jeździ do lekarza co kilka miesięcy, ale ja widzę, że z jego zdrowiem nie jest najlepiej i że powinien pójść na jakieś dodatkowe badania, strasznie się martwię o niego, już kilka razy mówiłam, że powinien pójść do innego lekarza. Chłopak oczywiście zbywa mnie, mówi ze wszystko jest ok, ale ja wiem, że gdyby mama mu powiedziała to co ja, to by poszedł bez gadania do lekarza. Strasznie mnie to irytuje. Chciałabym żeby liczył się bardziej z moim zdaniem, a odnoszę wrażenie, że niestety tak nie jest... Mój chłopak ostatnio nawet zażartował dwa razy, że jest maminsynkiem, nie wiem czemu tak stwierdził, może widzi, że w jego zachowaniu jest coś nie tak? Ale dziś z kolei postanowiłam trochę poruszyć ten temat i sam przyznał, że matkę kocha bardziej, a jak zaczęłam pytać, dlaczego mówił, że to ja jestem najważniejsza i na pierwszym miejscu, to znów mówił, że tak jest... Nie wiem jak mam to rozumieć, matkę kocha bardziej, ale ja jestem ważniejsza? Śmiesznie brzmi, prawda? Bardzo proszę o odpowiedz i radę... Jak rozwiązać ten problem?

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Czy, jeśli się zmienię, jest szansa, że go odzyskam?

Mam 22 lata. 4 lata byłam w związku z chłopakiem. Planowaliśmy ślub. Okazało się, że on nie jest ze mną szczęśliwy, że był ze mną, bo chciał o mnie dbać, troszczyć się, ale chce zbudować normalny związek, a ja...

Mam 22 lata. 4 lata byłam w związku z chłopakiem. Planowaliśmy ślub. Okazało się, że on nie jest ze mną szczęśliwy, że był ze mną, bo chciał o mnie dbać, troszczyć się, ale chce zbudować normalny związek, a ja nie jestem dojrzała. Tak to prawda, że nie jestem dojrzała, ale bardzo chcę to zmienić, dla siebie. O nie chce mi dać drugiej szansy teraz, bo boi się, że nic się nie zmieni. Nie może mi też obiecać, że jak ja się zmienię to do siebie wrócimy. Zaoferował mi przyjaźń i że będzie mi pomagał stanąć na nogi. Boję się jednak sytuacji kiedy on kogoś innego pozna. Ja zostanę wtedy sama. Boję się też, że nie będę chciała angażować się w inne związki. On jest naprawdę wspaniałym człowiekiem. Takim z jakim chciałbym spędzić życie. Boję się, że już nikogo takiego nie spotkam. Wszystkich będę porównywała do niego i nie będę mogła się z nikim związać, albo zwiążę się z kimś nieodpowiednim z powodu chęci bycia z kimś blisko. Bardzo chciałabym znowu z nim być. Wiem, że jakbyśmy teraz nic nie zmienili w naszej relacji to ja się nie zmienię. Ale boję się też że jak będziemy tylko przyjaciółmi to go stracę już na zawsze.

odpowiada 2 ekspertów:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Czy mój związek ma jeszcze szanse?

Wszystko zaczęło się kiedy byłam w ciąży, bardzo przytyłam i mój mąż zaczął mnie inaczej traktować: był oziębły i nie interesował się mną, jak przedtem, nawet inaczej na mnie patrzył. Kiedy zaczęłam znowu dobrze wyglądać zaczęło się kupowanie kwiatków,...

Wszystko zaczęło się kiedy byłam w ciąży, bardzo przytyłam i mój mąż zaczął mnie inaczej traktować: był oziębły i nie interesował się mną, jak przedtem, nawet inaczej na mnie patrzył. Kiedy zaczęłam znowu dobrze wyglądać zaczęło się kupowanie kwiatków, bez okazji mówienie jak bardzo mnie kocha, itd. Ja nie potrafię mu zapomnieć tego, jak mnie wcześniej traktował i często to do mnie wraca. Wydaje mi się, że teraz ja traktuje go podobnie. Nie jestem już pewna swoich uczuć i nie chce mi się z nim kochać. On też jakoś nie potrafi mnie dobrze rozgrzać i doprowadzić do orgazmu i jest jakiś niepewny w łóżku.... Poza tym zaniedbał się i nie dba o swój wygląd. Wiem, że on mnie kocha i jest dumny ze mnie, tylko że ja też bym chciała być z niego dumna... Jakoś nie spędzamy już czasu ze sobą tylko kolo siebie, nie wiem czy to ma sens tak dalej to ciągnąc. Jak stworzyć normalny związek?

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Magdalena Boniuk
Mgr Magdalena Boniuk
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś
Patronaty