Twój przewodnik po zdrowiu

  1. Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
  2. Nie ma informacji, których szukasz? Wyślij pytanie do specjalisty.
Rozpocznij
7 6 7 , 1 9 7

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Emocje: Pytania do specjalistów

Moja nerwowość odbija się na córeczce - co robić?

Mam 23 lata i wspaniałą, dwuletnią córeczkę. Niestety od dłuższego czasu mam straszny problem ze sobą. Strasznie się denerwuję, o wszystko. Najczęściej o głupoty. Nie kontroluje wtedy słów, czynów :/ Zaczynam bać się sama siebie. Wstyd mi się przyznać, ale...

Mam 23 lata i wspaniałą, dwuletnią córeczkę. Niestety od dłuższego czasu mam straszny problem ze sobą. Strasznie się denerwuję, o wszystko. Najczęściej o głupoty. Nie kontroluje wtedy słów, czynów :/

Zaczynam bać się sama siebie. Wstyd mi się przyznać, ale często zdarza mi się szarpać córeczkę. Jest mi potem głupio, ale za chwilę robię to samo. Nie umiem się kontrolować. Nie daje sobie z tym rady. Do tego wszystkiego dochodzi straszne zmęczenie. Ciągle czuję w żołądku takie dziwne uczucie, że jest mi źle. Zaniedbuję dom. Nie wiem co mam robić.

Nie wiem do jakiego lekarza mam się zgłosić. Lepiej iść prywatnie czy na NFZ? Czy potrzebne mi są jakieś leki? Próbowałam już pić melisę. Brałam leki na uspokojenie bez recepty, ale to nic nie daje. Nie mam już siły tak żyć. Proszę o pomoc, bo sama nie dam rady.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Dlaczego jestem tak bardzo płaczliwa?

Witam, mam 21 lat, jestem kobietą. Mój "problem" wydaje mi się być skomplikowany i już nie wiem jak mam sobie dalej radzić... Zaczęło się wszytko 5 lat temu, zmiany nastroju, ciągły płacz. Leczyłam się, myślałam, że będzie już dobrze. Ale...

Witam, mam 21 lat, jestem kobietą. Mój "problem" wydaje mi się być skomplikowany i już nie wiem jak mam sobie dalej radzić... Zaczęło się wszytko 5 lat temu, zmiany nastroju, ciągły płacz. Leczyłam się, myślałam, że będzie już dobrze. Ale od jakiegoś czasu znowu jest źle, chyba gorzej niż było wtedy...

Od około 3 tygodni cały czas płaczę, nie ma ochoty rozmawiać z nikim, słucham kilku piosenek na zmianę i płaczę jeszcze bardziej. Staram się zmienić muzykę na jakąś pogodną, ale to nic nie zmienia. Myślę o przyszłości - płaczę, oglądam zdjęcia - płaczę za każdym razem, patrzę na zachód słońca i rozklejam się na maxa. Nawet nie mam z kim o tym porozmawiać. Niby mam dużo znajomych, jestem chyba osobą lubianą, każdy mówi, że jestem zawsze uśmiechnięta, towarzyska, a jednak....

Pochodzę z dobrej rodziny, dobrze mi idzie na studiach - nie wiem skąd to się teraz wzięło. Całkowicie się rozsypałam. Nic się nie wydarzyło, a ja czuję jak z każdym dniem jest coraz gorzej. Czuję się bardzo samotna, jest mi źle :( Boję się każdego dnia. Staram się myśleć pozytywnie, zająć się czymś, ale bezskutecznie. Nawet jak na chwilę jest dobrze, to mój nastrój i tak szybko się zmienia i jest znowu źle. Czasami wpadam z jednej skrajności w drugą! To mnie wykończy!

Od kilku dni siedzę i oglądam jeden serial i myślę sobie wtedy o sobie, porównuję się z tytułowymi chirurgami, chociaż wiem, że to tylko serial i to wszystko jest fikcja! Po chwili stwierdzam, że nic nie osiągnęłam, nie osiągnę, że jestem słaba i jest mi jeszcze gorzej, a momentami jest całkiem na odwrót! Mówię sobie, że dużo osiągnę itd, jestem jedną z najlepszych studentek na roku - co z tego. Chyba w to po prostu nie wierzę, że coś może się udać.

Potrzebuję bliskości drugiej osoby, a nie potrafię się do nikogo zbliżyć, zaufać. Z rodzicami mam złe relacje. Dodatkowo od kilku lat zmagam się z bulimią. Nie chcę się użalać nad sobą, bo tak naprawdę mam wszystko, ale… :( Proszę o jakąś radę, nie wiem co mam robić. Jak sobie pomóc? Pozdrawiam.

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Dlaczego nic nie czuję?

Witam, mam 18 lat, mam świetnego chłopaka już od 3 miesięcy i powinien to być najpięknieszy okres w moim życiu, a nie jest… Od pewnego czasu zauważyłam, że nie jestem już tak wrażliwa i uczuciowa jak kiedyś. Stałam się taka...

Witam, mam 18 lat, mam świetnego chłopaka już od 3 miesięcy i powinien to być najpięknieszy okres w moim życiu, a nie jest… Od pewnego czasu zauważyłam, że nie jestem już tak wrażliwa i uczuciowa jak kiedyś. Stałam się taka obojętna na wszystko.

Nie potrafię się cieszyć z czegoś tak bardzo. Nie docierają do mnie niektóre fakty, które mogłyby sprawić, że byłabym bardo szczęśliwa. Przykładem jest moj chłopak. Jesteśmy razem od niedawna, jest on wspanialy, a ja jestem w nim zakochana. Nie mogłabym mieć nikogo innego. Przy nim zawsze czuję się bezpiecznie. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu, nawet czasami kilka dni bez przerwy. On odwzajemnia moje uczucie. Mówi, że mnie kocha i nie myśli o tym, że moglibyśmy się kiedyś rozstać.

Naprawdę jest zupełnie inny niż wszyscy faceci. Potrafię mu zaufać, przy nim nie wstydzę się niczego, mogę mu wszystko powiedzieć, czuję się tak swobodnie. Gdy nie widzimy się pół dnia - ja już co chwilę sprawdzam, czy może napisał sms-a, gdy nie widzimy się już cały dzień i długo nie pisze, to już staję się strasznie nerwowa i nie mogę się skupić nad niczym. Po 3 dniach już mi przechodzi i staję się totalnie obojętna. Ja też mu mówię, że go kocham.

Problem w tym, że cały czas się zastanawiam czy jestem szczera. Nie wiem czy to tak musi być, taka wątpliwość. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, ale nie wiem czy to już nie jest przyzwyczajenie. Ostatnio często się kłócimy. On, niestety, jest bardzo uparty, tak samo jak ja. Kłócimy się też o to, że nie może często przyjeżdżać (jest z innego miasta, niedaleko), bo nie pozwalają na to fundusze, a autobusy nie jeżdą często. Ale potem wszystko jest OK, ale nieraz dlugo czuję taki uraz.

Nieraz mam wrażenie, jak napisze sms, że rozmawiam z człowiekiem, którego nie znam. Wszystko to się dzieje bardzo szybko, oddala się ode mnie. I nie wiem dlaczego :( Może go nie kocham? A może to ze mną jest coś nie tak i powinnam udać się do psychologa? Naprawdę nie wiem co się dzieje i chciałabym to zmienić. Nie chce go stracić. :( Pomocy :(

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Cudem przeżyłam, ale moje życie jest bez sensu. Co mam ze sobą zrobić?

Mam 20 lat. Jestem chłopakiem, z natury spokojnym. Półtora roku temu miałem wypadek samochodowy, udział w nim brała moja siostra i jej chlopak. Niestety oni zginęli i tylko ja przeżyłem - cudem, ponieważ miałem pękniętą aortę 3 cm od serca... Mam 20 lat. Jestem chłopakiem, z natury spokojnym. Półtora roku temu miałem wypadek samochodowy, udział w nim brała moja siostra i jej chlopak. Niestety oni zginęli i tylko ja przeżyłem - cudem, ponieważ miałem pękniętą aortę 3 cm od serca i dzięki temu, że mi się skrzep na niej zrobił, żyję… Tydzień temu rzuciła mnie dziewczyna, z którą byłem 17 miesięcy… Życie dla mnie staje się bez sensu. Po tym wypadku mam całą masę ograniczeń - mogę na raz podnieść tylko rzeczy nieprzekraczające wagę 5 kg, nie mogę nigdzie znaleźć pracy, jestem człowiekiem bez przyszłości. Od niedawna mam myśli samobójcze. Co mam zrobić ze swoi życiem?
odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Nigdy nie byłem w poważnym związku. Co jest ze mną nie tak?

Witam. Mam 27 lat, mieszkam w jednym z większych polskich miast. Tak naprawdę nigdy nie byłem w poważnym związku. Owszem, spotykałem się z kobietami, ale jakoś nigdy nie wypaliło. Można by przypuszczać, że jestem nieudacznikiem, bez perspektyw, ale tak...

Witam. Mam 27 lat, mieszkam w jednym z większych polskich miast. Tak naprawdę nigdy nie byłem w poważnym związku. Owszem, spotykałem się z kobietami, ale jakoś nigdy nie wypaliło. Można by przypuszczać, że jestem nieudacznikiem, bez perspektyw, ale tak nie jest.

Skończyłem uczelnię techniczną (poprzedzoną renomowanym liceum), pracuję w zawodzie, zarabiam dobrze i niedługo zmieniam pracę na lepiej płatną. Mam samochód, swój kąt - wyremontowałem poddasze - osobne mieszkanie 2-pokojowe. Niestety na razie mieszkam w domu rodzinnym - po śmierci ojca utrzymuję mamę, brata i całkiem spory dom. Zresztą póki co - nie widzę potrzeby zmiany tego stanu, bo branie samodzielnie kredytu na mieszkanie mija się z celem.

Interesuję się muzyką, filmem, gram w bilard, szachy, lubię wędkować i czasem wyskoczyć gdzieś za miasto, można ze mną porozmawiać na wiele tematów. Owszem jestem trochę typem samotnika, ale bez przesady - nie odmawiam jeśli ktoś mnie zaprasza. Po prostu nie ciągną mnie tzw. balety ani imprezy masowe, poza tym prawie nie piję alkoholu, przestało mnie to bawić, chociaż jeszcze w czasach studenckich zdarzało mi się pić dużo i często.

W obecnej (jeszcze) pracy dużo podróżowałem - zwiedziłem większość Europy i nie tylko. Może z tego powodu, mało co robi na mnie wrażenie. Sytuacja finansowa zmusza mnie do pracy na morzu, bo nie lubię żyć od wypłaty do wypłaty i chciałbym się czegoś dorobić. Może wystarczy o mojej sytuacji zawodowo/finansowej…

Martwi mnie to, że lata lecą a ja wciąż jestem sam. Czuję się wypalony emocjonalnie. Nic mnie nie cieszy. Owszem mam lepsze dni, ale to takie kolorowe kropki na szarym tle. Moje kontakty z kobietami wyglądały przeważnie tak: albo zakochiwałem się w dziewczynie, która kompletnie nie była mną zainteresowana, albo spotykałem się z kimś tylko po to, by stwierdzić, że to nie jest to i działałem bez przekonania - co kończyło się pokojowym rozstaniem.Często mam wrażenie, że już nie ma we mnie miłości, że się nigdy nie zakocham. Może to tylko strach związany z tym, że nic dobrego mnie w tej sferze życia nie spotkało?

Z zazdrością patrzę na uśmiechnięte, przytulone pary i zastanawiam się co jest ze mną nie tak. Czy miłość ze wzajemnością nie jest mi pisana? Czy zawsze będę chodził po świecie sam? Jeśli tak to po co żyć? Parę razy byłem u psychiatry, ale poza lekami, które mi zapisał i pogadankami nic się nie zmieniło. Przez jakiś czas starałem się usilnie kogoś znaleźć. Umawiałem się z kobietami, to na kawę, to do kina, ale ani się nie zakochałem, ani żadna z tych kobiet nie zakochała się we mnie, przez co nawet nie można mówić o związku.

Dalej jestem sam, przestałem już nawet marzyć i szukać drugiej połowy. Już teraz jest to dziwne, że nie mam dzieci, żony, narzeczonej lub chociażby kochanki. Boje się, że za kilka lat będzie za późno na cokolwiek. Właściwie na tym mogę zakończyć i pozostaje pytanie z tytułu. Pozdrawiam, R.

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Co ja mam zrobić? Jestem bezradna

Mam 16 lat i mam myśli samobójcze, czasami po prostu nie mam siły żyć. Nie wiem czym to jest spowodowane - z rodzicami nie mam jakiś problemów (miałam przez kilka miesięcy problemy z tatą, on ciągle wyjeżdża za granicę. Pewnego...

Mam 16 lat i mam myśli samobójcze, czasami po prostu nie mam siły żyć. Nie wiem czym to jest spowodowane - z rodzicami nie mam jakiś problemów (miałam przez kilka miesięcy problemy z tatą, on ciągle wyjeżdża za granicę. Pewnego razu wrócił i zaczeliśmy się kłócić, to było straszne… Niektóre kłótnie kończyły się bardzo źle).

W szkole podobnie (problemy są, bo są, żyję jakoś z tym, ale jest mi ciężko, nie lubię chodzic do szkoły) - jestem akceptowana przez moich rówieśników (chociaż są niektórzy ludzie, którzy mnie denerwują. Właściwie to wszyscy wkoło mnie denerwują). Jak coś źle zrobię - to będzie we mnie siedziało, nawet najprostsza rzecz, mam ochotę się zabić.

Kiedyś, jak byłam młodsza, rozmawiałam o tym z mamą. Zaczęłam to robić. Myślałam nad powieszeniem się, utopieniem, uduszeniem się własnymi rękoma, aż w końcu wpadłam na pomysł, żeby wziąć tabletki. Za pierwszym razem brałam witaminę C i 2 tab. Apapu. Po niektórych kłótniach z ojcem miałam dosyć siebie, chciałam uciec, chciałam, żeby mnie ktoś zgwałcił i zabił. Miałam takie stany co chwilę.

Potem, po kilku miesiącach, znów mnie napadało, starałam się to omijac, aż znowu popadłam w ten stan, wzięłam tabletki - tym razem Paracetamol (10 tab.), lecz żal mi było wszystkiego: mojego chłopaka, rodziców, brata, przyjaciółki. Ba, nawet napisałam listy pożegnalne! Ale nie zjadłam całej paczki.

Od 3-4 lat nie mam ochoty na nic. Czasem pojawia mi się ochota na coś, ale dla mnie nic nie ma sensu, nie widzę celu swojego życia, jak to piszę, płakać mi się chce. Próbuję to wytłumaczyć mamie i chłopakowi, ale oni nie rozumieją...Tak samo nie potrafię rozmawiać o swoich problemach, wmawiając sobie, że inni mają gorsze. Moje życie, choć z pozoru jest fajne dla osób patrzących z boku, tak naprawdę nie jest.. Nie mam pojęcia co się ze mną dzieje. Co mam robić?

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Zawiódł zaufanie moje i dziecka. Czy dać mu jeszcze jedną szansę?

Mam 30 lat. Byłam z mężczyzną, z którym mam syna 6-letniego. Nie mieszkaliśmy razem, ale próbowaliśmy ciągle walczyć o ten związek. W maju ubiegłego roku ojciec mojego dziecka oświadczył mi się po raz drugi, a dokładnie miesiąc temu zawiódł...

Mam 30 lat. Byłam z mężczyzną, z którym mam syna 6-letniego. Nie mieszkaliśmy razem, ale próbowaliśmy ciągle walczyć o ten związek. W maju ubiegłego roku ojciec mojego dziecka oświadczył mi się po raz drugi, a dokładnie miesiąc temu zawiódł moje zaufanie względem dziecka.

Dokonał złego wyboru - zamiast dziecka wybrał nowo poznanych znajomych. Teraz zastanawiam się czy on wogóle kocha to dziecko i czy mu na nim zależy… Po tej sytuacji oddałam pierścionek, wniosłam sprawę do sądu o podwyższenie alimentów, bo ze względu na to, że próbowaliśmy razem być tego przez 5 lat nie zrobiłam. Teraz on mnie za wszystko obwinia. Zastanawiam się czy u niego psychicznie wszystko w porządku? Może on nie dorósł jeszcze do pewnych rzeczy? Ale ile można czekać, dawać kolejne szanse? Teraz cierpię, nawet chciałam wrócić, ale on już nie chce, bo dałam mu sprawę do sądu.

Rozum mówi mi, żeby dać spokój i nigdy już z nim nie być, ale serce mówi coś zupełnie innego, mimo tego co zrobił. Nie potrafię znaleźć połączenia pomiędzy rozumem a sercem. Cierpię, płaczę. To już trwa prawie 3 miesiące. Nie potrafię przestać...

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Jak wzmocnić swój charakter?

Mam 17 lat i nie wiem czy mogę zgłaszać się tu z moim problemem, bo nie wiem czy na ten temat też uzyskam odpowiedź, nie wiedziałam z jakimi pytaniami można się zgłaszać. Nie mam jednego pytania, ale, po pierwsze, nie...

Mam 17 lat i nie wiem czy mogę zgłaszać się tu z moim problemem, bo nie wiem czy na ten temat też uzyskam odpowiedź, nie wiedziałam z jakimi pytaniami można się zgłaszać.

Nie mam jednego pytania, ale, po pierwsze, nie wiem jak mogę stać się mniej wrażliwa. Gdy ktoś powie coś, czego nie chciałabym usłyszeć zaraz płaczę (to nie jest dobra reakcja), płaczę często bez przyczyny.

Chcę wzmocnić swój charakter, ale nie wiem jak. Jestem za mało asertywna w stosunku do poleceń pewnej osoby - często mną rządzi, a jej słowa mnie ranią. Chciałabym być bardziej obojętna na jej obraźliwe komentarze.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Trudne dzieciństwo i narkotyki skomplikowały moje życie. Czy da się na nowo poukładać relacje z ludźmi?

A więc zacznę może od tego, iż bardzo irytuje mnie fakt, że opowiadam o sobie, i może przeczytać to każdy kto wejdzie na tą strone. A jest to dla mnie bardzo trudne, bo niechętnie dzielę się tym co czuję z... A więc zacznę może od tego, iż bardzo irytuje mnie fakt, że opowiadam o sobie, i może przeczytać to każdy kto wejdzie na tą strone. A jest to dla mnie bardzo trudne, bo niechętnie dzielę się tym co czuję z innymi, tym bardziej na forum publicznym, a teraz robię to tylko dlatego, że zaczynam tracić wiarę w siebie, co jeszcze nigdy się nie stało. Zawsze, nawet jak nie mogłem wyjść z narkotyków (bo ćpałem i to dosyć "intensywnie"), nawet kiedy byłem mieszany z błotem przez rowieśników, bałem się chodzić do szkoły, żeby znowu nie być pośmiewiskiem dla wszystkich wierzyłem, że będzie dobrze, starałem się szukać dobrych stron, zamiast po prostu zaakceptować, że jest jak jest, bo to rujnowałoby to w jaki sposób postrzegałem świat lub po prostu moje dziecinne i naiwne wyobrażenie o świecie. Najgorsze w tym wszystkim, było to, że nie rozumiałem czemu ja muszę być popychadłem, co takiego zrobiłem, żeby zasłużyć na takie traktowanie? Czym, oprócz narodowości, różniłem się od moich "oprawców". Byłem dzieckiem, a wtedy właściwie nastolatkiem, całkowicie mieszczącym się w granicach normalności, a nawet mogę powiedzieć, że byłem dobrym chłopakiem, byłem uczciwy, bezinteresowny, miły, nie kłamałem, miałem dobre kontakty z rówieśnikami - posunę się nawet tak daleko, że powiem, że byłem lubiany! Ale byłem lubiany tylko w Polsce. Po skończeniu 5 klasy podstawówki, wyjechałem do Anglii, do ojca, który zostawił Matkę, moją 2-letnią Siostrę i mnie bez grosza, dla innej kobiety, która zreszta jest… nie ma słowa żeby to opisać, więc opiszę to w kilku słowach - kimś kto wie, że jej facet, zostawia za sobą rodzinę, z która spędził 13 lat, przez cały ten czas był przykładnym ojcem i zostawia ją tak o, po prostu, nawet nie usiłując zachowywać pozorów, że coś jeszcze znaczymy. Więc tym bardziej to zabolało. Gdyby nie pomoc od strony Dziadków (którzy de facto byli biedni i między innymi dzięki takim ludziom jak oni czasem odzyskuję wiarę, że są jednak ludzie bezinteresowni, potrafiący się dzielić i współczuć, ale są to ludzie starzy - to pokolenie jest po prostu porażką. Jakbym miał wybór, urodziłbym się ze 20 lat wcześniej, kiedy może nie bylo takich "luksusow" jak teraz, ale były zasady, wg których ludzie postępowali. A teraz? Ja chciałbym być taki jak kiedyś, ale po prostu nie warto... już mam dosyć bycia wykorzystywanym. A to wygląda tak, że albo jesteś manipulantem, albo jestes manipulowany. Ludzie, nie mówię oczywiście, że wszyscy, ale zdecydowana większość, z którą miałem doczynienia, biorą Twoje cechy, potocznie uważane ze cechy dobre, za słabości. A słabości bardzo łatwo wykorzystać) prawdopodobnie Matka wylądowałaby pod sklepem z kartonikiem "Zbieram na chleb" oraz kubeczkiem na drobne, do którego nikt nic i tak nie wrzuci, bo wszyscy myśleliby, że jest jakąś pijaczką, która zbiera na tanie wino lub narkomanką zbierającą na działkę. Albo po prostu dlatego, że nikt się nie przejmie jej problemami, bo ludzie mają swoje problemy. Teraz Czytelniku poinformuję Cię, że to był tylko wstęp:) wszystkie swoje problemy, a właściwie, swoją historię, opowiem Ci w dalszej części. Więc jeśli już Cię zanudziłem, to możesz zrezygnować, bo dalsza część nie będzie ciekawsza. Ale mam cichą nadzieję, że ktoś to przeczyta i chociaż spróbuje mi pomóc… Właściwie to nie napisałem we wstępie tego, co chyba we wstępie jest najważniejsze. Jak mam na imię to nie istotne, lat mam 16 (może Wam się wydawać śmieszne, że 16-latek mowi o życiu w taki sposób, może moje problemy będą wam się wydawać banalne, ale co tam). Uff… wiem, że ten wstęp był bardzo pogmatwany i bez ładu i składu, ale wszystko zaraz wytłumaczę. Zacznę chyba od tego, jak ojciec nas opuścił, bo wtedy zaczęły się ze mną problemy. A wiec ojciec dał nam do zrozumienia, że jesteśmy dla niego niczym, bardzo dobitnie. Po prostu spakował się, powiedział, że jedzie do Anglii i tyle. Zdążył jeszcze wytłumaczyć matce, że mylił się przez cały ten czas i że naprawdę jej nie kochał. To był początek 4 klasy podstawówki - bardzo to przeżyłem, jak wszyscy zresztą, tylko że na nikogo nie spadło tyle obowiązków ile na mnie. Właściwie to one nie spadły na mnie, nikt nie kazał mi niczego robić, ale ja chciałem. Niewiele pamiętam z dzieciństwa, ale pamiętam to, że byłem leniem. Wtedy widzialem jak ciężko było mojej Matce i chciałem jakoś jej pomagać, nawet w tak prostych czynnościach jak np. zmywanie naczyń, odkurzanie, itp., ale bardzo irytowalo mnie to, że nie jestem w stanie zastąpić ojca. On był dla mnie autorytetem - był silny, mądry, uczciwy, kochający, a właściwie takie sprawiał pozory. Bardzo chciałem robić to co on, żeby Matka miała trochę czasu dla siebie, żeby nie musiała ciągle gotować, sprzątać, zajmować się Siostrą. Ale były rzeczy, których nie byłem w stanie zrobić choćbym nie wiadomo jak się starał -  były ciężkie zakupy, które jako dziecko taszczyłem do domu, ponieważ nie chciałem żeby Mamą jeszcze bardziej bolały plecy (miała problemy z kręgosłupem, ma do tej pory), robiłem wszystko żeby zastapić ojca w rodzinie, bo byłem jedynym mężczyzną (bardzo chciałem nim być, żeby móc więcej, żeby zamiast myśleć o tym jak pomóc Mamie, móc pomóc, np. głupie roznoszenie ulotek - próbowałem zacząć, ale byłem za młody. Bardzo chciałem robić coś dla dobra rodziny, ale chyba chciałem za bardzo. Teraz rozumiem, że robiłem wystarczająco, bo robiłem wszystko co mogłem, żeby tylko jakoś się do czegoś przydać. Ale w pewnym momencie, nie wiem czemu, może wymagałem od siebie zbyt wiele, może byłem pod zbyt dużą presją wywieraną zresztą przez siebie samego, zacząłem się zachowywać bardzo nie tak, czego zreszta okropnie żaluję, ale cóż - stało sią. Zacząłem obwiniać Matkę za to, że ojciec odszedł, zacząłem obwiniać małą Siostrzyczką, zacząłem obwiniać siebie. W szkole zaczęły się problemy, bardzo opuściłem się w nauce. Oceny spadły, ale nie aż tak bardzo, ponieważ nie odrabiałem tylko zadań domowych. Nie wiem czemu, ale nabrałem wręcz obrzydzenia do zadań domowych. A na sprawdzianach itp. pisałem to co pamiętałem - czyli na piątki, czwórki, bo pamięć miałem dobrą. Ale jak już przestałem się uczyć, to było po prostu oczywiste, że oceny spadną, ale nie bardzo robiło mi to różnicę. I w tym samym momencie, kiedy zacząłem opuszczać się w nauce, zaczęły się histerie. Mówiłem Matce rzeczy, które musiały ją okropnie boleć, strasznie tego żałują, ale wtedy byłem przekonany, że to ja jestem pokrzywdzony, że Ona specjalnie robi mi ciągle na złość i nie mogłem zrozumieć, że chodziło jej o moje dobro. I po tak właśnie, po kilku miesiącach ciągłych kłótni stwierdziłem, że lepiej będzie mi u ojca, i że do niego jadę. Pamiętam też, że - poza szkołą - całe dnie spędzałem wykłócając się o to, że nie będę zajmował się siostrą, co w sumie teraz też uważam za przesadę, bo Matka była wtedy uzależniona od czatowania. Wiem, wiem - to brzmi śmiesznie, ale ona każdą wolną chwilę poświęcała na czat, a tych wolnych chwil miała wtedy bardzo dużo, ponieważ robiła tylko rzeczy, które musiała zrobić - obiad, czasem sprzątnęła - bo siostrą zajmowałem się ja. Chciałem spędzać czas z rówieśnikami, to chyba normalne, ale musiałem wychodzić z Siostrą. Wychodziłem z nią, ale tylko z przymusu. Ona mnie ograniczała. Nie mogłem chodzić z kolegami gdzie chciałem, bo zaraz by powiedziała Mamie, nie mogłem bawić się w co chciałem, bo mnie ograniczała i nie było to zbyt przyjemne - siedzieć na placu zabaw z siostrą, patrząc, jak obok koledzy grają w piłkę czy cokolwiek. A musiałem być obok niej, bo inaczej pobiegłaby do domu z płaczem, że Ją zostawiam, a wtedy byłby cyrk. I wtedy odkryłem coś, co było dla mnie przez jakiś czas cudem - gry MMORPG (dla nie wtajemniczonych - sa to gry typu World of Warcraft, Mu online itp, w które gra się przez sieć razem z innymi graczami), ale niestety, nie bardzo miałem czas na granie, kiedy całe dnie, czasem i noce, komputer był zajęty przez moją Mamą, a jak już miałbym chwilę, to musiałem popilnować siostry, bo ona była zajęta i coś robiła. Ale znalazłem sposób! Nastawiałem budzik, żeby obudził mnie w nocy, sprawdzałem czy już śpi, czy dalej czatuje, i jak tylko była okazja - logowałem się do gry. Ale mniejsza z tym. W końcu mój ukochany tatuś (o ile ktoś nie zauważył ironi w zwrocie "ukochany tatus" - wyjaśnię, że to aż ocieka ironią) przyleciał do Polski i ja, jak gdyby nic się nie stało, cieszyłem się, że przywiózł nam prezenty, cieszyłem się, że znowu spędza ze mną czas itp., itd. Więc ostatni raz nawytykałem Matce jaka to ona zła, jaka niedobra i, nie oglądając się, pojechalem z ojcem na lotnisko. W Anglii na początku było po prostu… bajecznie! Miałem komputer, mogłem na nim grać ile chcę, poznałem paru rówieśników, mogłem się z nimi spotykać bez siostry, cieszyłem się tam wszystkim, po prostu wszystkim. Problemy zaczęły się kiedy poszedłem do szkoły. Na początku było OK, poznałem kilku znajomych, byłem z siebie bardzo dumny, że tak szybko jestem w stanie dogadać się po angielsku, cieszyłem się widząc, jak bardzo tamta szkoła różni się od naszej, bo różniła się bardzo. Nawet zacząłem "podrywać" - o ile 13-latek może podrywać - pewną Murzynkę, co nawet mi się udawało, bo rozmawiała ze mna i nawet z moim ubogim angielskim ciekawie nam się rozmawiało. Ale wtedy zaczęły się problemy… Był tam taki knypek, Adeel Khan (Pakistanczyk, których zreszta znienawidzilem), miał może z 150 cm wzrostu więc sięgał mi może do pasa, bo już wtedy byłem bardzo wysoki jak na swoj wiek. I on zaczął mnie zaczepiać, bynajmniej nie w dobrym tego słowa znaczeniu, wiec ja, niewiele myśląc, podszedłem do niego i wtedy chyba się trochę speszył, ale nie na długo. Kiedy taki dupek jak on był sam, bez kolegow, był takim lizidu*em, że aż się rzygać chciało, ale jak już był ze swoimi kolegami - zamieniał się w małego, zakompleksionego skurw*syna, nabijającego się ze wszystkich i pokazującego jaki to on nie jest świetny, jaki on nie jest lepszy itp. W końcu zaczęło mnie to bardzo irytowac i zacząłem się już stawiaą, ale to był błąd. Chyba wszyscy doskonale wiedzą, a jak nie wiedza, zaraz będą wiedzieć, że między odwagą a głupotą jest bardzo cienka linia, która wtedy właśnie przekroczylem. I jak juz zobaczyli, że jestem bezsilny - już nie było żadnych granic. Byłem bity, wyzywany na oczach wszystkich, popychany, przewracany, opluwany (nie jestem pewien jak to się odmienia, więc jak ktoś by nie zrozumiał o co chodzi - pluli na mnie) i ogólnie było niemiło. Ale znosilem to, zaciskałem zęby i znosilem. Do czasu. Miałem tam znajomego, ktory był totalną ofermą i kiedy jego nie nękali tak jak mnie, on znosił to gorzej. Nie raz, nie dwa, płakał z bezsilnosci, a ja musiałem to oglądać jako jego znajomy, przyjaciel powiedziałbym i nie wiedziałem co mogę zrobić. Pewnie myślicie - gdzie nauczyciele? Czemu im o tym nie mówiliśmy? Otoż, nauczyciele byli, ale było ich zbyt mało aby mogli to sami zauważyć. W pewnym momencie nie wytrzymałem i zrobiłem coś czego baaardzo się brzydziłem - doniosłem na nich. I to był błąd, bo mój wychowawca na nich pokrzyczał, powiedział, żeby tak wiecej nie robili, oni "skruszeni" poprzytakiwali i chwilę później zemścili się za to. Nie chciałem donosić, ale to było jedyne wyjście, które wtedy widziałem, bo byłem po prostu bezsilny wobec grupy tępych debili. Byłem pewien, że gorzej być nie może, ale myliłem się. Znosiłem jakoś jak mnie poniżali - po prostu milczalem i tyle. Ale raz, idąc korytarzem szkolnym, spotkałem tego kolegę o ktorym wcześniej wspominalem razem z dwoma Pakistańczykami, którzy oczywiście mieli świetny ubaw nabijajac się z niego i po prostu zatkało mnie, kiedy zobaczyłem jak ów kolega przytakuje im zapłakany, mając nadzieję, że w końcu sobie pójdą -  ja przynajmniej starałem się znosić to z honorem, o ile można nie stracić honoru dając się poniżać. Ale ja przynajmniej nie dawalem im tej satysfakcji i nie pokazywałem, że się boję, że mam ochotę się popłakać (plakalem 4 razy w życiu - jak kiedyś miałem wypadek na rowerze, ale to za dzieciaka jeszcze i 3 razy niecałe 2 miesiące temu, ale o tym później), bo najgorsza była w tym bezsilność. Wtedy po prostu coś we mnie jakby przeskoczyło i wogóle nie myślałem nad tym co robię. Rzuciłem się na jednego z tych Pakistańczyków i bardzo żałuję, że akurat w tamtym momencie zobaczył to nauczyciel - praktycznie nic nie zrobiłem temu skur*ielowi, a na dodatek cała wina za wszczynanie bójek spadła na mnie. Od tamtej pory zacząłem wagarować. Robiłem wszystko żeby nie być w szkole, bo wiedziałem, że nie mam po co się tam pokazywać. Jest jeszcze parę przykrych spraw, które wydarzyły się w Anglii, ale one są zbyt osobiste abym był w stanie pisać o nich wiedząc, że czyta to ktoś obcy. Może i ten "ktoś obcy" chce mi pomóc, ale są sprawy, o ktorych nie mówiłem, ani nie powiem nikomu i mam nadzieję, że obcy to zrozumie. A więc teraz tak w skrócie - po 1,5 roku w Anglii przejrzałem na oczy, że byłem głupi, że pojechałem do ojca, który, swoją drogą "przygarnął" mnie tylko dlatego, że dostawał na mnie duże zasilki i nie wydawał dużo, a dzięki mnie mógł mieć większy dom, taniej i jak infantylny byłem zachowując się tak wobec matki. Najszybciej jak tylko mogłem wróciłem do Polski. Pomijając to, że jak wyjechałem do Anglii byłem słodkim chłopczykiem, a wróciłem jako spasiony lamus - było OK. Starzy znajomi zaakceptowali to, że wyglądam "lamusowato" i byłem im naprawdę za to wdzięczny. Zacząłem chodzić do gimnazjum - na początku trudno było nadrobić, bo zacząłem naukę dopiero w 2 półroczu pierwszej klasy, a w Anglii jest strasznie zaniżony poziom i miałem wielkie zaległości, ale podołałem. Cieszyłem się tym, że tutaj, w Polsce, nikt nie uważa mnie za gorszego, nikt sią ze mnie nie naśmiewa - nawet kilka razy będąc świadkiem manifestu "wyższości" jakiegoś palanta na biednej, bezsilnej ofierze, wkroczylem do akcji i pomogłem biedakowi, bo wiedziałem jak on musi się czuć, ale nikt z nich nie mógl wiedzieć, jak czułem się ja. Bo w Polsce, może jestem ślepy, ale nie zauważam, żeby nad kimkolwiek znęcano się tak jak w Anglii. Nie mówię tylko o mnie, tylko o moich znajomych - tam takich "gorszych" bylo pełno. Ale wracając do tematu - wszystko było OK, dopóki na scenę nie wkroczyła MARIHUANA. Jak znajomy zaproponował mi palenie byłem taki podekscytowany, bardzo chciałem wszystkim pokazać, że pasuję do towarzystwa, że jak w towarzystwie ćpają, ja też mogę! Chciałem też po prostu spróbować. No to w końcu zapaliłem i bardzo się zawiodłem, ale nie chciałem dać po sobie tego poznać, bo widziałem jak koledzy się zachowują. Oni już mieli "fazy", a ja byłem całkiem trzeźwy. Później dowiedziałem się, że nie zawsze paląc za pierwszym razem można coś poczuć, ale nie chciałem się wyróżniać, nie chciałem im mówić, że jestem trzeźwy, wolałem udawać, że mam takie same fazy jak oni. Sam się zdziwiłem jak dobrze poszło mi udawanie kogoś pod wpływem. Ale ja bardzo chciałem zrobić to znowu, żeby zobaczyć jak to jest. No i w końcu się udało! Czułem to, bardzo mi sie to podobało. Wszystko było zabawniejsze, a ja kiedyś bardzo lubiłem się śmiać - chciałem się śmiać, ale czasem czułem się jak bym zapomniał jak to się robi lub coś wydawało mi się śmieszne, ale nie potrafiłem się śmiać "na zewnatrz" - po marihuanie śmiałem się, śmiałem ze wszystkiego. I do tego byłem lepszą osobą (w moim mniemaniu). Byłem bardziej towarzyski, lepiej się ze mną rozmawiało, odzyskiwałem powoli poczucie humoru. Ale sęk w tym, że zacząłem tego nadużywać. Zamiast raz - dwa w tygodniu, zacząłem palić coraz więcej i coraz częściej. Pamiętam jak pierwszy raz poczułem niedosyt… to było bardzo dziwne uczucie. Bo jakby chciałem się zachowywać nietrzeźwo, ale coś mnie powstrzymywało. Od tamtej pory już nigdy po paleniu nie czułem się tak, jak na początku. Później zmieniło się to w rutynę, taki czasozapełniacz Stało się też coś bardzo ważnego - zakochałem się w dziewczynie o 2 lata starszej, ale ona mowiła, że jej to nie przeszkadza, co mnie bardzo cieszyło. Bardzo chciałem mieć dziewczynę (nie myślcie, że chodziło mi o seks), po prostu czułem bardzo silną potrzebę bycia potrzebnym, chciałem być komuś potrzebny, chciałem wiedzieć, że komuś na mnie zależy, że ktoś docenia to co dla niego robię, ale wtedy popełniłem duuuży błąd - starałem się za bardzo. Chciałem żeby było między nami aż za dobrze, spełniałem każda jej zachciankę, latałem za nią, robiłem wszystko co chciała. Ślepo wierzyłem jej we wszystko co mówi nawet nie dopuszczając do siebie możliwości, że ona może mnie wodzić za nos, że może mieć ubaw patrząc jak się staram. W skrócie - bardzo się zawiodłem i jak już odzyskałem wiarę w człowieczeństwo, w szczerość i tym podobne pierdoły - znow ją straciłem. Byłem załamany. I wtedy przyszła ona: amfetamina. Ona nie zdradzi, ona nie oszuka, ona nie zostawi - wmawiałem sobie. Wtedy było tak zajeb*scie, problemy znikały, a właściwie mogłem przestać o nich myśleć. Od kiedy spróbowałem 1 raz, zażywałem najczęściej jak tylko mogłem przez około miesiąc. Czasem parę dni pod rząd, czasem jeden dzień przerwy - po prostu jak miałem za co, to byłem naćpany. Myślicie pewnie skąd brałem na to pieniądze, bo to drogi interes - a więc zacząłem kręcić, np. Matka da mi na dezodorant, to ja wezmę dezodorant od kolegi, dozbieram jeszcze trochę i podzielę się ze znajomym towarem. I jak już odkryłem, że w taki sposób mogę zbierać pieniądze, to zacząłem coraz bardziej kręcić, co było wbrew mnie samemu, bo nie chciałem tego robić, ale już wtedy zaczęła się pojawiać jakby druga strona mówiąca ze nie, to OK, nie robię nic złego itp. Krótko mówiąc - sam się przed sobą usprawiedliwiałem. A marihuana poszła w odstawkę, bo znalazłem coś lepszego, coś, po czym byłem jeszcze lepszym człowiekiem, jeszcze bardziej lubianym, akceptowanym przez wszystkich… Zapomniałem wspomnieć, że po paru miesiącach w Polsce strasznie schudłem i zacząłem wyglądać z powrotem normalnie. Po jakimś czasie, udało mi się zapomnieć o mojej pierwszej miłości - właściwie nie zapomnieć, tylko się odkochałem. Nie wiem czy można się odkochać, jak nie - może byłem po prostu zauroczony… Wiem, że ta dziewczyna przez parę tygodni była dla mnie całym światem. Robiłem wszystko, żeby móc z nią spędzać czas, żeby była szczęśliwa, ale otworzyłem się zbyt szybko i starałem się o nią za bardzo. Jak już się "odkochałem" amfetamina mi się znudziła i przestałem jej potrzebować, a do tego czułem, że zostawiła we mnie coś po sobie, a właściwie nie tyle coś zostawiła, tylko zmieniła. Po prostu przestałem ćpać amfetaminę, ale po paru dniach zauważyłem, że trzeźwość mi się nie podoba. Nie potrafiłem wtedy tego wytłumaczyć - po prostu czułem wielką chęć odurzenia się w jakikolwiek sposób, więc zacząłem znowu palić, bo amfetaminy miałem już dość. Jak przestałem przez parę dni czułem się jak trup i bardzo chorowałem, a jak już znowu zaczałem palić - to nie tak jak wtedy. Całkowicie zmieniła się też moj filozofia na temat palenia. Wcześniej paliłem żeby się śmiać, żeby rozmawiać, że znajomymi itp., a od tamtego momentu paliłem żeby nie być trzeźwym i to mnie w sumie trochę przerażało, ale nie chciałem nic z tym robić. Stawałem się coraz bardziej obojętny w stosunku do otaczajacego mnie świata i takie rzeczy jak przyjaciele, rodzina, znajomy byli dla mnie po prostu szansą na naćpanie się. Jak już zacząłem kraść z domu (wtedy odkryłem, że jestem wybornym kłamcą i na początku mnie to przeraziło, ale później zacząłem czerpać z tego satysfakcję) na poczatku drobne sumki,  10 - 20 - 50 zł to miałem na 1 dzień, czasem komuś postawiłem, to ten ktoś się odwdzięczył. Jak nie miałem jak ukraść to jakoś wkręcałem się do znajomych, którzy mają zamiar ćpać albo pożyczałem pieniądze na ćpanie. Już wtedy to przejęło nade mna kontrolę, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Nie wiem, może nie chciałem przyjąć do wiadomości, że jestem uzależniony? Ale mniejsza z tym. Jesteśmy już przy Sylwestrze, mam za soba już większe doświadczenie w ćpaniu, parę nowych doświadczeń - na Sylwestra oczywiście należycie się zaopatrzyłem. Nie będę Wam pisac o wszystkim, bo i tak pewnie napisałem za dużo, ale chcę żeby obcy, który to czyta, mógł możliwie najlepiej zrozumieć przez co przechodziłem. Więc jestesmy przy Sylwestrze, jestem już nacpany, i rozmawiam z dziewczyna która bardzo mi się podoba, znamy się już od dłuższego czasu itp., nie byliśmy oficjalnie razem, ale poważne rozmowy, przytulanie się, całowanie itp., mamy już za sobą. Nie pamiętam dokładnie jak to było, ale w trakcie normalnej rozmowy przytuliłem się do niej i wtedy mnie zatkało - z bliżej mi nieznanych powodów zaczęła na mnie wrzeszczeć, że co ja robię itp., więc ja, jako że byłem już dosyć mocno naćpany (wtedy pierwszy raz zjadłem tyle ecstasy), poczułem się tak jakby odrzucony i po prostu sobie poszedłem parę kroków dalej, do kogoś innego. Los chciał, że trafiłem na dziewczynę której się podobałem, a że ja byłem naćpany, ona pijana, jakoś się do siebie zbliżyliśmy, zaczeliśmy się przytulać i w ogóle, ale z tym mniejsza. W skrocie - z tą dziewczyną chciałem być, ale jednocześnie coś mnie w niej odpychało. Nie wiem co to było, ale po prostu coś jakby blokowalo wszelkie uczucia, które chciałem do niej poczuć, bo chciałem kochać i być kochanym, ale nam nie wyszło - zerwałem z nią, bo nie miało sensu być z kimś, kto jest ci obojętny, nie było mi głupio dlatego, że ona cierpiała, tylko denerwowałem się, bo nie udało mi się być szczęśliwym. Ale wtedy byłem już taki troche "wyprany z uczuć". Najgorsze jest to, że zauważyłem, że jak chcę - potrafię doskonale udawać pewne uczucia, takie jak smutek, żal, radość, zmieszanie, itp., a jak już połączyłem to z kłamstwem odkryłem, że potrafią wprowadzać ludzi w błąd i operować słowami w taki sposób, aby oni myśleli o mnie i o innych tak, jak chcę. I baaaaardzo mi się to spodobało. Kiedy zmuszałem ludzi do nieświadomego wykonywania moich poleceń czułem coś dziwnego, czułem chorą satysfakcję, czułem, że jestem lepszy, ale nie myślałem o tym co czuję, bo byłem zafascynowany odkrytymi w sobie talentami. Wtedy zacząłem już kraść. Nie kradłem już "drobnych". Jak kradlem to wszystko co znalazlem. I teraz nie mówiłem nikomu, że biorę amfetaminę - to robiłem po cichu, bez żadnych świadków, bo dużo znajomych nie chciało, żebym to robił, włożyli dużo trudu w namówienie mnie, żebym przestał ostatnim razem, a po drugie - jak ćpam sam, nie muszę się z nikim dzielić, czyli mam więcej dla siebie. Nie miałem żadnych skrupułów, nie dręczyły mnie żadne wyrzuty sumienia, tylko byłem z siebie kure*sko zadowolony, że potrafię kraść duże kwoty, a do tego rozgrywać to wszystko tak, żeby nikt mnie nie podejrzewał, bo przed rodziną grałem kochajacego synka Mamusi - uczciwy, czuły, słowny - jednym słowem - przykładny. Ja wiedziałem, że nie powinienem tak robić, ale mimo tego robilem to, bo doszedłem do wniosku, że uczciwość może i jest dobrą cechą, ale ja jako "manipulator" podobałem się sobie samemu o wiele bardziej. Byłem silny, robiłem to, co postanowiłem nie zważając na cierpienie innych i czułem się z tym świetnie. Nie raz, nie dwa, sprawiałem komuś cierpienie po prostu rozmawiając z nim, bo to już zaczynało być obsesją - analizowanie zachowań wszystkich dookoła, wymyślenia strategii jak trafić do poszczególnych ludzi, jakie tematy mogę poruszyć aby wywołać u nich poczucie winy/smutek/złość czy inne tego typu uczucia i jak później zrobić pożytek z wywołanego u nich uczucia. To było dla mnie boskie! Czułem się w czymś dobry, wiedziałem, że nawet jak to jest podłe to robiłem to dalej, bo w końcu ja byłem silniejszy! W końcu ja, może i nie przemocą (brzydzę się przemocą, nigdy nie używałem jej dopóki nie musiałem się bronić) tylko metodami bardziej wysublimowanymi -  traktowałem to jak sztuke - zacząłem wprowadzać ludzi w błąd, zaczałem nimi manipulować, żeby doskonalić się w tym, uczyć się jeszcze więcej. Zauważałem co robię nie tak, kiedy np. zamiast wywołać u kogoś smutek - dołowałem go, analizowałem swoje "techniki", poprawiałem błędy, ale w końcu w tym całym zamieszaniu, ciągłym udawaniu kogoś, kim nie jestem, zacząłem się tym nudzic… Zdecydowałem się w końcu zdjąć tę maskę i razem ze wszystkimi innymi wrzucić je gdzieś tam głęboko w świadomość i zapomnieć o nich na jakiś czas, dopóki nie będą mi potrzebne,  ale kiedy już odkryłem "drogę na skróty" do sprawiania, żeby ludzie myśleli o mnie tak, jak chcę, żeby robili dla mnie to, co chcę, bo ja jestem taki biedny, taki pokrzywdzony, to nie chciałem znowu meczyć się tak jak kiedyś żeby zdobyć pieniądze, ale najbardziej bolało mnie jedno - czułem, że coś jest nie tak. To nie był brak narkotyków, bo ćpałem dalej, tylko coś innego. To było uczucie, że tak naprawdę nie chcę być taki jak byłem - zwyczajny, skoro mogę sprawiać pozory kogolwiek innego. Jak już zaczynałem grać, mogłem się odnaleźć w każdej sytuacjii. Nie byłem taki nieporadny jak kiedyś - z każdej sytuacji znajdowałem wyjscie i to przeważnie takie, że wychodziłem na tym dobrze. Nie dałem sobą pomiatać, nie dałem się okłamywać, bo potrafiłem rozpoznać kłamstwo, ale nie zawsze przyznawałem się do tego, bo najlepszym sposobem na manipulowanie kłamcami lub innymi drobniejszymi manipulantami jest świadome dawanie się zmanipulować, bo wtedy "przeciwnik" popada w samozachwyt, jak to mu się udało mnie zrobić w konia - nie ma pojęcia, że to on jest tym przegranym. Bardzo dobrą taktyką było też dawanie się przylapać na kłamstwach. Wtedy w umyslach innych pojawiała się informacja: on nie umie kłamać, więc nawet nie podejrzewali mnie o moją dwu-, trzy-, czterolicowość. Nawet nie przeszło im przez myśl, że mogę być taką szmatą, a to jeszcze bardziej dodawało mi pewności siebie i utwierdzało w przekonaniu, że postepując tak jak postepowałem - robię lepiej, dla siebie oczywiście, bo przestałem się już przejmować szczęściem innych - to bylo niewygodne. Oczywiście odgrywałem uczuciowego, żeby utrzymać to wszystko w tajemnicy. Tak właśnie przeżyłem pół roku mojego życia (z ktorego bardzo mało pamiętam, oprócz ważniejszych wydarzeń) - ćpajac i okłamując wszystkich dookoła, tym samym siebie, bo czasem jednak gdzieś tam z głębi mnie krzyczał do mnie rozsądek, żebym zaczął odkręcać to, co zrobiłem, póki nie jest za późno. Czułem już efekty ćpania, czułem je już bardzo dawno, ale nie przeszkadzały mi one - wręcz przeciwnie. Paranoja (wiem, że to ważne, ale zapomniałem wspomnieć - jestem paranoikiem) pomagała mi w rozgryzaniu kłamstw innych, czasem moje podejrzenia były bezpodstawne, ale czasami trafiałem w dziesiątkę. Potem już znudziło mi się ciągłe dbanie o to, żeby Matka nie dowiedziała się, że ćpam. Miałem wiele ważniejszych zajęć na głowie. Ze szkoły w tamtym okresie nie pamiętam nic. Przez te 6 miesięcy czułem się trochę jak obserwator w swoim własnym ciele, czasami dalej się tak czuję, ale to nie jest takie jak wtedy i teraz potrafię sobie z tym radzić. Z tych 6 miesiecy zapamiętałem bardzo wyraźnie kilka rzeczy, ale tylko ta jedna może być istotna: zerwałem z dziewczyną, która mnie kochała, mówiąc jej, że nic do niej nie czułem i śmiejąc jej się w twarz kiedy zobaczyłem, że płacze. Zauważyłem, że tracę nad sobą kontrolę - właściwie już jej nie mam, nie mam wpływu na moje zachowania, nie potrafię nic zmienić. Przez te nieprzespane noce (nie wiem czy wiecie, ale po amfetaminie sa problemy ze snem, a w takich ilościach w jakich ja ją zażywałem, spałem bardzo malo, bo wolałem już w ogóle nie spać. Jak udało mi się na chwilę przysnąć, zaraz budziłem się przerażony, panicznie się bałem, nawet nie wiem czego, miewałem myśli samobójcze, ale nie byłem na tyle odważny by to zrobić) w ciagłym dążeniu do zrozumienia zachowań innych ludzi przestałem rozumieć siebie. Zapomniałem w ogóle jaki ja, ten prawdziwy ja, jestem, nie potrafiłem przestać okłamywać wszystkich - dalej udawałem smutek, radość i inne uczucia, żeby sprawić pozory przed samym sobą, że potrafię czuć emocje. Jedyne co czułem, to złość na samego siebie. Właściwie na potwora, którym się stałem zapominając o tym, że ludźmi podobnymi sobie gardziłem, zapominając o tym, że kiedyś byłem dobry, ale otoczenie wymagało tej zmiany - nie żałuję tego, bo bardzo wiele zrozumiałem, ale do tego jeszcze dojdę Więc w sumie do sedna - bo taki mam problem, a to wszystko miało wam mniej więcej uświadomić jak trudno było mi się zmienić. A więc poznałem pewną dziewczynę. Już od początku naszej znajomości nie traktowałem jej jak każdej innej. Fakt, zwodziłem ją, sprawiałem pozory, ale jedno mnie zaskoczyło - czasem bywałem z nią szczery, bo czasem nie chciałem kłamać i to mnie zszokowało. Nie ma co opisywać jak się ze soba zeszliśmy i w ogóle, więc przejdę do problemu. Zakochałem się kiedy byłem pewien, że nie potrafię czuć nic innego oprócz złości, zakochałem się. Przestałem myśleć o tym jak będzie najlepiej dla mnie, zacząłem myśleć, jak będzie najlepiej dla niej, ale zacząłem o tym myśleć obsesyjnie wręcz i bardzo dużo rzeczy nie pasowało mi w jej zachowaniu, ale milczałem, bo nie chciałem wywoływać niepotrzebnych sporów, bo i tak kłóciliśmy się dużo. Wydaje mi się, że zadecydowało o tym, że zakochałem się to, że ona też miała za soba poważne problemy - o tym nie będę mowić tak szczegółowo, bo nie mam prawa - mogę powiedzieć tylko, że przez 2 lata była w depresji. Kocham ją, życie bym dla niej oddał, nie ma nikogo ani niczego co byłoby chociaż w połowie tak ważne jak ona. Nie potrafiłem jej już zwodzić, nie potrafiłem okłamywać, nie potrafiłem przy niej stwarzać pozorów, ale ja sam wiem jak łatwo można wykorzystać uczucia takie jak miłość… Bałem się jej zaufać, bo nie ufałem nikomu. Jak w końcu udało mi się jej zaufać to zrobiła coć, przez co na jakiś czas całkowicie straciłem wiarę, że kiedyś trafię na kogoś kto nie wykorzysta tego, że ufam, że poświęcam się dla naszego dobra. Dla niej przestałem palić marihuanę, ale nie mogę skończyć z narkotykami całkowicie, raz na zawsze, bo w tym związku to ja się poświęcam bardziej, to ja daję więcej od siebie, to ja się bardziej staram. Tak jak ją traktowałem tylko jedną dziewczynę - moją pierwszą miłość lub zauroczenie. Właściwie tą dziewczynę, ktorą aktualnie kocham traktuje lepiej, traktuje ją najlepiej, traktuje ją lepiej niż siebie… Nie wiem czy słusznie zrobiłem, ale wybaczyłem jej to co mi zrobiła, bo ją kocham i nie wyobrażam sobie życia bez niej, ale to bolało, ale nawet to, że bolało ma swoje dobre strony - wiem, że znowu zaczynam czuć, znowu zamieniam się w kogoś kto czuje, a nie tylko udaje, ale czuję, że tym razem, to ja będę tym odrzuconym w zwiazku. Za te wszystkie dziewczyny, z którymi tak postępowałem ona będzie zadośćuczynieniem, ale póki jest cień szansy, że będziemy szczęśliwi, że będziemy razem - chcę z nią być, tylko że kłótnie między nami, wyglądają tak, że ona wyładowuje na mnie złość nie przebierając w słowa, a ja nie potrafię jej odpowiedzieć nic oprócz uspakajania jej - nawet kiedy wiem, że ona nie ma racji przemilczę to, bo nie chcę się z nią kłócić, nie chcę jej ranić tak, jak ona rani mnie. Ja wiem, że mogłbym to zrobić, ale nie potrafię! Ja wiem, że ona też ma coś nie tak z psychiką, bo czasem jej zachowania nie są do końca normalne, ale ja ją kocham i chcę jej pomóc tak samo jak ona pomogła mnie!Z nią przeżyłem najpiękniejsze i najgorsze chwile mojego życia. A więc podsumowując mój problem jest taki: jak już dzięki niej znowu zacząłem czuć ja nie wiem czy chcę czuć, bo ona mnie rani, a ja nie potrafię. Potrafię tylko zacisnąć zęby, poczekać, aż się uspokoi i wtedy udawać, że wszystko OK. Muszę znosić jej bezpodstawne napady złości, muszę znosić to co ona mówi, a to boli, bo w parę minut z tej dziewczyny, którą kocham potrafi zmienić się w kogoś zupełnie innego - jakby przeciwieństwo tej dziewczyny, którą kocham. Zastanawiałem się już nad tym, czy to może być rozdwojenie jaźni i moim zdaniem ona bardzo pasuje do tego opisu. Proszę o jakiekolwiek wskazówki, które mogłyby mi pomóc. Jak są jeszcze ludzie bezinteresowni to do was właśnie się zwracam - pomóżcie mi w to uwierzyć. Ja chcę, ale czasami brak mi sił. Jak cokolwiek będzie niezrozumiałe - pisać w tym temacie, postaram się to wytłumaczyć.
odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka

Czy temu chłopakowi jeszcze na mnie zależy? Co ja mam robić?

To pytanie jest głupie, ale jednak nie mogę dalej tego w sobie trzymać. Mam 13 lat. Wyda się, że mało a jednak nie czuję się jak jakaś głupia trzynastolatka. Mój kolega zerwał z dziewczyną, bo go zdradzała. W...

To pytanie jest głupie, ale jednak nie mogę dalej tego w sobie trzymać. Mam 13 lat. Wyda się, że mało a jednak nie czuję się jak jakaś głupia trzynastolatka. Mój kolega zerwał z dziewczyną, bo go zdradzała. W ten sam dzień poszliśmy do parku razem. Objął mnie, trzymał za rękę, przytulił. Kilka dni później spotkaliśmy się na grillu u naszego wspólnego przyjaciela. Wtedy pierwszy raz mnie pocałował. Było wspaniale, po prostu jak w bajce. Leżeliśmy razem na trawie.

Kilka dni później równiez na grillu było tak samo. Lecz do czasu. Jego kolega zaczął jakoś nagle się do mnie dobierać i on to widział. Przepraszałam go. Wtedy on złapał mnie za ręce i powiedział, że wybacza. Później zrobił coś po to, żebym była zazdrosna - mój przyjaciel mi powiedział - jednak to nie jest istotne co zrobił, ważne jest to dlaczego, a tego nie wiem. Znowu zaczęliśmy pisać, było fajnie, a on nagle napisał, żebym sobie dała spokój, bo jestem za młoda. To tylko 3 lata różnicy. Czy to dużo?

Poszliśmy porozmawiać i powiedział, że przemyśli to wszystko. Mówił, że możemy być razem. Później żebyśmy zaczęli wszystko od początku i spotkali się. Odpisałam mu że z chęcią. On już po tym nic nie odpisał. Więc napisałam mu coś w stylu: "Jesteś? Co z tobą?" a on odpisał "Nie ma mnie". Później zadzwoniła do mnie jakaś dziewczyna z jego telefonu, która była z nim na plaży. Mówiła, że on jest pijany i pozwolił jej dzwonić. Właściwie to sporo dni już nie mam z nim kontaktu. Nie umiem zapomnieć, to bardzo boli. Proszę pomóżcie ;(

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Nie mogę przestać płakać. Czy to depresja?

Witam mam 22 lata i wielki problem. Nie mogę się pozbyc płaczu bez powodu. Nigdy tego nie miałam. Od dwoch lat pracuję i mieszkam w Niemczech, mam bardzo dobrze płatną pracę, mieszkanie i kochającego mężczyznę, możnaby powidzieć, że mam wszystko,...

Witam mam 22 lata i wielki problem. Nie mogę się pozbyc płaczu bez powodu. Nigdy tego nie miałam. Od dwoch lat pracuję i mieszkam w Niemczech, mam bardzo dobrze płatną pracę, mieszkanie i kochającego mężczyznę, możnaby powidzieć, że mam wszystko, a jednak mam problem.

Od 3 tygodni chce mi się płakać bez powodu - byłam wtedy na urlopie w Bułgarii, tam to się zaczęło. Chciałam uciec do domu, bałam się wszystkiego co mnie tam otaczało. Po tygodniu przyjechałam do rodziców do Polski, tam znowu to samo - strach i brak chęci do powrotu do pracy. Nie wiem co się ze mna dzieje. W pracy płaczę, bo czuję, że nie chcę tu być, wszędzie czuję się źle, nie mogę znaleźć sobie zajęcia, żeby o tym nie myśleć. Bardzo mnie wspiera mój chłopak i siostra, która każdego dnia do mnie dzwoni. Nie mam apetytu, najchętniej bym schowała się pod łóżko... Nie wiem czy to choroba, czy jakis wymysł.

Dużo się w moim życiu ostatnio wydarzyło - 2 m-ce temu urodził się mój brat i bardzo zachorował, potem niespodziewane oświadczyny chłopaka, nieplanowany urlop w Bułgarii - nie wiem czy to przejdzie samo, czy powinnam skorzystać z pomocy lekarza? Bardzo proszę o pomoc i radę. Z góry dziękuję, Edyta.

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Pod górkę mam jak Syzyf. Jak poradzić sobie z bezsilnością?

Witam. Nie wiem co się ze mną dzieje, czuję się pozbawiona jakichkolwiek uczuć, czuję, że zagubiłam się bezpowrotnie. Nic nie czuję, nawet bólu. Wszystko mi jest obojętne, nic mnie nie obchodzi. Był dziś u mnie Karol i sytuacja była ta...

Witam. Nie wiem co się ze mną dzieje, czuję się pozbawiona jakichkolwiek uczuć, czuję, że zagubiłam się bezpowrotnie. Nic nie czuję, nawet bólu. Wszystko mi jest obojętne, nic mnie nie obchodzi.

Był dziś u mnie Karol i sytuacja była ta sama - sam mnie przytulił, opiekował się, czy on to robi z miłości czy z litości? Kiedy mnie przytula, pyta się mnie czy mnie to nie rani, a ja mu odpowiadam, że nie, bo czuję się dziwnie, czuję się jakbym była duchem pozbawionym uczuć. Miłość do niego mnie zabija, a ja nawet nie umiem się bronić… Boję się, że przyjdzie taki moment, że nie wytrzymam i nikt mnie nie powstrzyma przed odebraniem sobie życia.

Nie chcę iść do psychologa, bo nie chcę z nikim w cztery oczy rozmawiać, zacznę płakać, wpadnę w histerię, tak jest zawsze. Czuję, że odchodzę. Brak mi sił na wszystko. Udaję przed Karolem, że jest OK, bo nie chcę mu powiedzieć prawdy, boję się. Czuję, że nikt mnie nie rozumie, powiem coś, czego potem żałuję i znów jestem agresywna. Każdy mi mówi, że będzie dobrze, ale jak? On był dla mnie wszystkim i w pewnym momencie odebrano mi wszystko, jak mam żyć?! Nie mogę, męczę się już tu, chciałabym umrzeć, byle to było bezbolesne, bo i tak zbyt bardzo cierpię.

Mam już nawet list pożegnalny do niego, ale ja będę za nim tęsknić, źle mi bez niego.Jak mam mu powiedzieć prawdę, żeby się nie odwrócił ode mnie? Przecież ludzie wybaczają sobie gorsze rzeczy i są razem, kochają się, dlaczego tak u mnie nie może być? Ciągle w życiu mam pod górkę, jak ten Syzyf…

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Już sama nie wiem… Jak mam normalnie żyć?

Mam na imię Kinga, mam 22 lata i mam pewien problem: ciągle jestem jakaś nerwowa, mam ostatnio jakieś dziwne objawy -  zgagę, mdłości, mam super przemianę materii i tyję - myślałam, że jestem w ciąży, ale zrobiłam test... Mam na imię Kinga, mam 22 lata i mam pewien problem: ciągle jestem jakaś nerwowa, mam ostatnio jakieś dziwne objawy -  zgagę, mdłości, mam super przemianę materii i tyję - myślałam, że jestem w ciąży, ale zrobiłam test i nie jestem. Mój mąż ciągle narzeka na mnie, bo ja ciągle albo krytykuję siebie, albo jego. Jest to dosyć irytujące, bo najpierw go krytykuję, potem zaczynamy sie kłócić, a potem ja płaczę i wmawiam mu, że on mnie nie kocha, że jestem brzydka i w ogóle… Już mnie to męczy, bo bardzo go kocham. Ciągle jestem zadrosna. Niech mi ktoś pomoże! Ciągle się o coś obwiniam, krytykuję - nie da się już z tym żyć! Pozdrawiam.
odpowiada 1 ekspert:
Mgr Małgorzata Wierzbicka
Mgr Małgorzata Wierzbicka

To zwykłe napady złości czy coś więcej?

Wpisuję się na tej strone po raz kolejny. Moim kolejnym powodem jest to, że cały czas coś ze mną jest nie tak. Często mam podejrzenia jakiejś choroby - czy to przepuklina czy wyrostek, ale jednak po wizycie u lekarza...

Wpisuję się na tej strone po raz kolejny. Moim kolejnym powodem jest to, że cały czas coś ze mną jest nie tak.

Często mam podejrzenia jakiejś choroby - czy to przepuklina czy wyrostek, ale jednak po wizycie u lekarza okazuje się, że nic mi nie jest.  Mieszkam w Anglii, jednak jak mieszkalam w Polsce lekarze stwierdzili u mnie dystonię - tutaj w UK jej nie wykryli. Każda sytuacja, która mnie denerwuje, doprowadza do ataku w sensie, że nie mogę oddychać i nie mogę się uspokoić.

Czy to mogą być skutki nerwicy? Mam 16 lat i jednak się obawiam, że to może być coś poważniejszego, niż zwykłe napady złości

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Uważam, że brat związał się z nieodpowiednią kobietą. Czy powinnam w to ingerować?

Witam, mam 42 lat. Dużo w życiu przeszłam: rodziców straciłam gdy miałam 20 lat, starszy brat choruje na schizofrenię. Ale jakoś było. Wyszłam za mąż, urodziłam córeczkę. I nów cios. Okazało się, że jest niesłysząca. Ale powoli się ułożyło. Poszła...

Witam, mam 42 lat. Dużo w życiu przeszłam: rodziców straciłam gdy miałam 20 lat, starszy brat choruje na schizofrenię. Ale jakoś było. Wyszłam za mąż, urodziłam córeczkę. I nów cios. Okazało się, że jest niesłysząca. Ale powoli się ułożyło. Poszła do przedszkola, szkoły. Teraz ma 18 lat. Jest ładną, miłą, kochaną dziewczyną. Ma chłopaka, zdała prawo jazdy. Jest zaradna i wszędzie jej pełno. Ale w moim życiu spokój długo nie może gościć.

Brat do tej pory mieszkał sam na wsi, z naszą pomocą radził sobie dość dobrze. My mieszkamy i pracujemy w mieście. 3 lata temu poznał i zaprzyjaźnił się z kobietą. Nawet się ucieszyłam. Jakoś tam było, choć ona nie jest sympatyczna i pracowita. Mój brat to bardo dobry człowiek. Mimo swojej choroby i pobytach w szpitalu chciał mnie odciążyć i być samodzielny. Problem w tym, że cała moja rodzina uważa, że ta kobieta go wykorzystuje - to on musi gotować, sprzątać, prać. Ona pracuje na nocki w piekarni. OK, rozumiem - musi się wyspać, ale ona jest ciągle zła, naburmuszona, mówi, że nie ma zdrowia i brat wszytko robi.

Ale to nic - wszyscy mi mówią, że wyciąga od niego pieniądze. A on, że nie - że ona też robi zakupy, daje na paliwo czy inne. Ja już bym coś z tym zrobiła, ale nie chcę skrzywdzić brata, bo teraz jest w szpitalu i on dzwoni do niej, ona go odwiedza, przywozi jedzenie. Mój mąż nie cierpi tej kobiety. Ciągle się o nich kłócimy. Mam dość. Brat nie chce stracić jej i nas, rodziny. Przecież on nie wyjdzie z tego szpitala jak będziemy wszyscy się kłócić.

Ja już nie wiem co mam o tym myśleć. Od 2 tygodni jestem zagubiona, zmęczona tą sytuacja. Wszyscy w okół żądają ode mnie rozwiązania. Brat chce z nią być. Mąż mówi, że nie będzie jeździł na wieś i pomagał obym ludziom. Jeszcze teściowa - owszem dużo mi pomogła, ale teraz jest za synem. Moja rodzina się nie chce wtrąc. Proszę o radę. Jestem załamana. Anonimowa U.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Czy jestem wariatką?

Jestem kobietą, mam 20 lat. Wychowałam się w przeciętnej, polskiej rodzinie. Z przykrością stwierdzam, że jako dziecko byłam ofiarą przemocy słownej i fizycznej ze strony zakompleksionych rodziców. Mój ojciec jest znerwicowanym człowiekiem, podobno dziadek bił go systematycznie czerpiąc z tego...

Jestem kobietą, mam 20 lat. Wychowałam się w przeciętnej, polskiej rodzinie. Z przykrością stwierdzam, że jako dziecko byłam ofiarą przemocy słownej i fizycznej ze strony zakompleksionych rodziców.

Mój ojciec jest znerwicowanym człowiekiem, podobno dziadek bił go systematycznie czerpiąc z tego chorą satysfakcję. Matka "zajada" stres, co doprowadziło ją do otyłości i cukrzycy. Staram się wręcz wmówić sobie, że im przebaczyłam, byleby odzyskać spokój umysłu. Działa to dosłownie na chwilę, po kilka razy dziennie powracają do mnie obrazy z przeszłości, łzy same napływają mi do oczu, czuję się ciągle tym bezbronnym dzieckiem, które łajane jest za to, że za głośno śpiewało, śmiało się. W takich momentach szczerze nienawidzę ludzi, którzy dali mi życie.

Odkąd pamiętam czułam się trochę inna od reszty otaczających mnie ludzi, mój tok myślenia mnie niepokoił, ale z początku uważałam, że to po prostu cały świat oszalał. Z czasem musiałam już sobie wmawiać, że jestem normalna, zaczęłam medytować i trochę to pomagało. W wieku 10 lat zaczęłam nakładać na siebie ogromne ilości kolorowych kosmetyków, chociaż zdawałam sobie sprawę, że może mi to tylko zaszkodzić, teraz zresztą moja cera jest w opłakanym stanie.

Kiedy miałam lat 14 sięgnęłam po papierosy (rzuciłam dzięki medytacji kilka dni temu), marihuanę, lubiłam też się upijać i chodzić na wagary. Później doszło obżarstwo, jedzenie wydawało mi się jedyną przyjemnością w życiu. Nienawidziłam siebie zajadając się całymi dniami. Żeby bez wysiłku zrzucić tłuszcz zaczęłam brać amfetaminę, później ciężko było przestać pomimo, że prawie zniknęłam. Zażywałam ją, systematycznie, w ciągach z kilkudniowymi przerwami, trochę ponad rok. Aktualnie nie biorę od dwóch miesięcy i nie zamierzam, spaliłam za sobą przysłowiowe mosty na wszelki wypadek, jakby naszła mnie ochota na powrót do tego środowiska.

Potrzebuję pomocy jedynie w zrozumieniu co mi dokładnie jest, jednak przeraża mnie wizja wizyty u psychiatry, diagnozy jakiejś dziwnej przypadłości, późniejszego traktowania mnie przez innych jak wariata. Ciężko mi podjąć jakąkolwiek decyzję, boję się myśleć o przyszłości. Nie wierzę w siebie, w pracy często umniejszam swoim zdolnościom, po czym okazuje się, że mogłabym osiągnąć więcej. Czuję kilka razy dziennie smutek bez powodu, napady gniewu i nienawiści, nad którymi z trudem panuję w miejscach publicznych, w domu zaś nawet się nie staram tego robić.

W pracy postanawiam sobie np., że postaram się ograniczyć słodycze, ale kiedy wracam do domu i nie czuję już tej presji społeczeństwa do bycia idealnym, zjadam tyle słodyczy ile jestem w stanie pomieścić, aż do bólu żołądka. Dobrze wiem jeszcze przed pierwszym kęsem, że będę z siebie niezadowolona, jeśli to wszystko zjem, ale to mnie nie powstrzymuje - teoretycznie wiem, ale nie potrafię sobie przypomnieć jak to jest mieć poczucie winy.

Najbardziej mnie męczy jednak to, że ja bardzo rzadko czuję się tak naprawdę sobą, przez większość czasu jestem jakąś tam X, którą inni nazywają imieniem nadanym jej przez dwójkę żałosnych ludzi i która na tą "nazwę" odruchowo reaguje. Odczuwam po kilka razy dziennie prawdziwy szok patrząc na własne dłonie, czy odbicie w lustrze. Poza tym mój umysł podsuwa mi również codziennie po naście razy scenariusze, w których moje zdrowie jest złe, a nawet wizje, że popełniam samobójstwo, jednak odrzucam to bez wahania.

Ciężko jest walczyć z własnym umysłem, to bardzo boli. Bardzo proszę o jakąkolwiek poradę, ocenę mojej sytuacji. Przeraża mnie sama myśl, że coś ze mną nie tak.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Przeżyłam śmierć siostry i ciągle wyobrażam sobie swoją. Kto może mi pomóc?

Mam 14 lat, jestem zwykłą dziewczyną z małej miejscowości. Gdy miałam 8 lat zmarła moja starsza siostra, była chora, jednak nikt nie spodziewał się jej śmierci. Dokładnie nie wiemy co jej było. Bardzo trudno mi o tym pisać, mimo...

Mam 14 lat, jestem zwykłą dziewczyną z małej miejscowości. Gdy miałam 8 lat zmarła moja starsza siostra, była chora, jednak nikt nie spodziewał się jej śmierci. Dokładnie nie wiemy co jej było. Bardzo trudno mi o tym pisać, mimo że minęło już tyle lat.

Z powodu tej traumy stałam się dość wrażliwa i to strasznie mi "przeszkadza"(?). Funkcjonuje jak normalna nastolatka, chodzę na spacery, mam wielu znajomych, dobrze mi idzie w szkole, jednak jeśli zdarzają się momenty, że jest mi źle, np. rodzice się kłócą, czy jakiś zawód miłosny czy kłótnia z przyjaciółką to od razu "łapie" mnie czarny nastrój. Mam tendencję do użalania się nad sobą. Czasami nawet się okaleczam, gdy jest mi źle. Co jakiś czas mam myśli samobójcze, jednak nigdy nie potrafię tego zrobić. Myśl, że rodzice utracili by kolejną córkę mnie przeraża. Na pewno by mnie znienawidzili, albo coś by im się stało, a tego bym nie chciała.

Parę lat temu urodził mi się siostra. Bardzo ją kocham, ale to jeszcze małe dziecko. Rodzice powiedzieli jej o starszej siostrze, natomiast gdy ona (młodsza) o niej mówi, to mam ochotę zepchnąć ją ze schodów. Jak to małe dzieci próbuje mi wmówić, że z nią rozmawia, albo że ona wróci. Wpadam w gniew w takich momentach. Udaje mi się opanować, jednak prawie za każdym razem płaczę i mam ochotę sobie coś zrobić. Byłam parę razy u psychologa jednak nigdy mu tego nie mówiłam. Może nie potrafię o tym mówić. Zamykam się. Od śmierci siostry stałam się bardzo poważna, nie potrafię "wyluzować" jak to mówią moi znajomi.

Kiedyś nawet twierdziłam, że tak jak moja siostra umrę 13 dni po 8. urodzinach mojej młodszej siostry. To tak realnie się składało w całość.… Miałabym 18 lat i to byłby sylwester. Snując dalsze wyobrażenia widziałam siebie na jakiejś imprezie, a później pod kołami samochodu czy coś. Czy da się wyleczyć z tej nadwrażliwości? Tak myśląc bez emocji to nie chciałabym zrobić sobie krzywdy, ani moim bliskim. Jeżeli powiem o tym rodzicom to zaczną się martwić, nie wiem czy to potrzebne.

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Pocieszenia szukam w używkach. Czy przegrałam już życie?

Ja wiem, że to musi być nudne, czytać tyle razy podobne historie jak moje. Więc z góry przepraszam. Jestem nastolatką. Co jest moim największym problemem? Chyba odchudzanie. Odchudzam się od ponad roku. Wszystko toczy się wokół jedzenia. Kalorie,...

Ja wiem, że to musi być nudne, czytać tyle razy podobne historie jak moje. Więc z góry przepraszam. Jestem nastolatką. Co jest moim największym problemem? Chyba odchudzanie. Odchudzam się od ponad roku. Wszystko toczy się wokół jedzenia. Kalorie, wartości odżywcze, ile, co, za dużo, za mało.

Uświadomiłam sobie, że nie potrafię usiąść do normalnego posiłku i jeść. Nie potrafię jeść, od tak sobie, jak kiedyś. Jak wszyscy normalni ludzie. I wciąż jestem gruba. Już nawet przestałam miesiączkować, to tak jakbym przestała być kobietą. Okaleczam się. Wiem, że to żałosne. Najbardziej obrzydliwe mam przez to nogi. Uda są całe w bliznach. Wielkich, różowych czasem sinych. I wiem, że zostaną mi do końca życia. Niektórzy to robią, bo lubią ból. A dla mnie to forma kary. Kiedy zrobię coś, czego jak mi się wydaje nie powinnam robić. I nie mam nad tym kontroli. Czasem przez to wszystko szukam "pocieszenia" w używkach. Nielegalnych. I nie robię tego, bo to lubię, tylko dlatego, żeby oderwać się od rzeczywistości.

Może powinnam powiedzieć o tym komuś. Rodzicom? Tylko, że tu znów muszę się rozpisać. Ojciec jest byłym alkoholikiem. Nie chce pisać o tym co przeżywałam kiedy byłam mała, kiedy pił. Przez to moja matka miała depresję. Nie było kolorowo. Potem ojciec przestał pić, za to wpadł w depresję, a matka zaczęła robić mu wyrzuty, że zniszczył jej życie i nasza rodzina jest największym błędem jaki popełniła. Tak jest do teraz. Nie wiem czy się rozwiodą, czy nie. Mało mnie to obchodzi. Ale wiem, że moje "problemy" ich raczej nie obchodzą. Nie mam koleżanek, z rodzeństwem nie mam dobrego kontaktu. Więc napisałam tu.

I wracając do pytania: czy ja już przegrałam życie? Nienawidzę siebie, swojego ciała. Nie chce mi się wstawać, nie mam na nic siły. Nawet jak schudnę to i tak nigdy nie będę mogła pokazać się w krótkich spodenkach. Żyje pod maską. Dobrze ucząca się, wzorowa córka. Próbowałam się już raz zabić, ale sama ocknęłam się po kilku godzinach. Nawet tego nie potrafię. I nie wiem, czy próbować drugi raz? Bo jaki sens ma dalsze życie?

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Jak wyciszyć złe emocje?

Witam serdecznie. Pisałam już do państwa z historią "On mnie chyba już nie kocha" - przybliżając wątek, była ona o bolesnym rozstaniu po 4 latach i powrocie po pół roku z jego przygodami. Dodam, że mamy 3-letniego synka. Od tego...

Witam serdecznie. Pisałam już do państwa z historią "On mnie chyba już nie kocha" - przybliżając wątek, była ona o bolesnym rozstaniu po 4 latach i powrocie po pół roku z jego przygodami.

Dodam, że mamy 3-letniego synka. Od tego czasu minął ponad rok, było wiele kłótni, rozmów i niby od tego czasu chłopak mnie nie zawiódł, ale wracając do problemu - od tego czasu nawiedzają mnie często koszmary, że się rozchodzimy, że kłócimy, a niby jest spokojnie. Jesteśmy dla siebie czuli i w ogóle, a w nocy znów atak snów. Budzę się przerażona strachem i silnym bólem głowy.

Czy te silne emocje da się jakoś wyciszyć? Nie chcę się już bać, nie chcę płakać! Co ma być to niech będzie, chcę być silniejsza! Czy może pomoże mi psychoterapeuta?

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Dlaczego się wszystkim tak bardzo przejmuję?

Witam! Na początku powiem, że jestem chłopakiem i mam 13 lat. Od razu mówię, że mam bardzo słabą psychikę - jeśli coś się dzieje z mojej winy lub stała się jakaś błahostka, to od razu płaczę. Szybko się czymś zamartwiam...

Witam! Na początku powiem, że jestem chłopakiem i mam 13 lat. Od razu mówię, że mam bardzo słabą psychikę - jeśli coś się dzieje z mojej winy lub stała się jakaś błahostka, to od razu płaczę. Szybko się czymś zamartwiam i to mnie dręczy - nie mogę spokojnie żyć, bo zawsze coś mnie dręczy. Czy ktoś wie jak temu zaradzić?

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska
Patronaty