Twój przewodnik po zdrowiu

  1. Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
  2. Nie ma informacji, których szukasz? Wyślij pytanie do specjalisty.
Rozpocznij
7 6 6 , 6 9 0

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Depresja: Pytania do specjalistów

Zaświadczenie o depresji - jakie uprawnienia mi się należą?

Mam na imię Karina i jestem z Legnicy. Od dwóch lat się leczę na depresję, a mam ją od 14 roku życia. Teraz mam 19 lat. Lekarz powiedział, że jestem niezdolna do pracy i chce mi wystawić zaświadczenie. Co z tego tytułu mi się należy i ile?
odpowiada 1 ekspert:
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Magdalena Brudzyńska

Jak pomóc przyjaciółce w depresji?

Moja przyjaciółka (17 l.) chyba ma depresję. Ostatnio ma częste wahania nastrojów, najpierw płacze, za godzinę się śmieje. Widuję ja codziennie i zawsze widzę łzy w jej oczach. Sama przyznaje, że jest coś z nią nie tak, ale jej rodzice...

Moja przyjaciółka (17 l.) chyba ma depresję. Ostatnio ma częste wahania nastrojów, najpierw płacze, za godzinę się śmieje. Widuję ja codziennie i zawsze widzę łzy w jej oczach. Sama przyznaje, że jest coś z nią nie tak, ale jej rodzice nie słuchają i nie przejmują się problemem, co też na pewno przyczynia się do jej stanu. Odsuwa od siebie przyjaciół, jedynie mi się zwierza, ale nie wiem, czy mówi mi wszystko. Potrzebuje pomocy, ale nie wiem jak jej pomóc. Gdzie powinnam ją najpierw wysłać? Istnieje także problem finansowy. Proszę o fachowa pomoc.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Magdalena Boniuk
Mgr Magdalena Boniuk

Czy moje problemy to objawy depresji, czy po prostu zwykła słabość?

Witam, mam na imię Kasia i mam 21 lat. Moje problemy zaczęły się już dość dawno, bo w momencie gdy zachorował mój tata na raka jelita grubego - miałam wtedy 13 lat, 2,5 roku później zmarł, miałam wtedy także problemy...

Witam, mam na imię Kasia i mam 21 lat. Moje problemy zaczęły się już dość dawno, bo w momencie gdy zachorował mój tata na raka jelita grubego - miałam wtedy 13 lat, 2,5 roku później zmarł, miałam wtedy także problemy z szkolą, nie miałam ochoty na widywanie się z przyjaciółmi, z rodziną, ale gdy z nimi przebywałam pokazywałam, że jest ze mną wszystko w porządku i nie okazywałam smutku, ale gdy tylko wracałam do domu lub przebywałam sama zaczynało się piekło: płakałam dużo, myślałam o samobójstwie (ale nie mam odwagi na taki ruch), ale zakończyło się na samookaleczeniu przy użyciu cyrkla, nożyczek. Po 6 miesiącach myślałam, że wróciłam do normy, ale gdy rok później okazało się, że moja mama zachorowała na raka szyjki macicy to znów miałam straszne problemy w szkole, problemy z koncentracja, brak chęci na cokolwiek, ale nadal pokazywałam wszystkim dookoła, że nic się nie dzieje i jest okey. Mama jakoś została podleczona do bezpiecznego stopnia choroby i taki spokój był do końca liceum - zdałam maturę, zaczęłam studia, było fajnie. Jednak od maja zeszłego roku mama zaczęła mieć poważne problemy z układem oddechowym, w październiku okazało się, że to prawdopodobnie rak, i to poważny, i od tamtej pory jest fatalnie - tracę często chęci do studiowania (a uwielbiam mój kierunek), przechodzę załamania, ciągle mówię o sobie jako nieudacznicy, niepotrzebnej nikomu, bezwartościowej i na powrót się okaleczam, a najgorsze, że mam przyjaciół, tym razem wiedzą, co się dzieje, ale nie potrafię zrobić tego, o co mnie proszą, czyli wierzyć, że będzie dobrze, nie załamywać się i tego typu sprawy, a to wszystko powoduje, że czuję się jeszcze gorsza i słabsza, jak osoba w ogóle bez przyszłości i bez cna silnej woli. Nie radzę sobie z natłokiem spraw, np. zaliczenia na studiach, obowiązki w domu i tak jak powyżej - znów pokazuję, że jest w porządku ze mną i w ogóle życie jest ekstra, a gdy spotykam się z przyjacielem widzę w jego oczach ból i współczucie, ale jednocześnie chęć pomocy, a ja nie chcę nikomu zaprzątać głowy moimi osobistymi problemami :(. Co ja mam począć? Czy to naprawdę depresja, czy coś innego? Proszę o radę i może jakąś pomoc.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Dlaczego, choć mam przyjaciół, pracę, narzeczonego, myślę, że mam depresję?

Dzień dobry! Piszę do was, bo nie wiem do kogo mam się zwrócić. Nie mogę i nie chcę z nikim o tym porozmawiać, nie wiem czy potrafiłabym się przed kimś otworzyć. Pisząc jest mi łatwiej wyrazić to co czuję, a...

Dzień dobry! Piszę do was, bo nie wiem do kogo mam się zwrócić. Nie mogę i nie chcę z nikim o tym porozmawiać, nie wiem czy potrafiłabym się przed kimś otworzyć. Pisząc jest mi łatwiej wyrazić to co czuję, a czuję, że nie jest ze mną dobrze i boje się, że mam depresję. Mam 27 lat i uważam, że moje życie jest do niczego. Coraz częściej nie mam na nic ochoty, nic mnie nie cieszy, jakby się dało to siedziałabym cały dzień w swoim pokoju i nigdzie nie wychodziła. Nie mam ochoty na towarzystwo, unikam ludzi jak ognia, nie mam ochoty na rozmowy, a jak już odpowiadam to bardzo niegrzecznie i z niechęcią, tak żeby ta osoba mnie zostawiła w spokoju. Mam przyjaciół, ale nie mam ochoty do nich dzwonić, spotykać się, a jak oni dzwonią to nie odbieram telefonu. Mam narzeczonego i w październiku bierzemy ślub, więc z pozoru powinnam się cieszyć i na początku tak było, z entuzjazmem planowaliśmy ten dzień, a teraz jest inaczej, w ogóle nie myślę o tym. Wiem, że przez ze mnie cierpi mój narzeczony, bo odsuwam go od siebie. Nie chcę mi się z nim nawet rozmawiać. Nie chcę żeby mnie dotykał, przytulał a o seksie już nawet nie wspomnę, bo w ogóle go nie ma, kochamy się może raz w miesiącu. Z jednej strony chciałabym, żeby ode mnie odszedł, żeby mnie zostawił,żeby znalazł sobie kogoś z kim będzie szczęśliwy, a z drugiej boję się, że zostanę sama, a tego najbardziej się boję, samotności i wiem, że jak zostanę sama to na pewno zrobię coś głupiego. Boję się swoich myśli. Coraz częściej mówię o śmierci, nie boję się jej i chciałabym żeby coś mi się stało, żebym już umarła, bo moje życie nie ma sensu, nie chcę mi się żyć. Nie myślę o przyszłości, bo mam nadzieje, że długo nie pożyje, więc po co mi ona. Mam nawet myśli samobójcze, i wiem, że nie wahałabym się go popełnić. Życie straciło dla mnie sens. Nie wiem dlaczego tak jest, powinnam się cieszyć, bo mam narzeczonego, rodzinę, przyjaciół, pracę. Będę naprawdę wdzięczna jak dostanę od was radę co mam dalej robić, bo ja nie wiem, i mam nadzieję, że nie będę musiała iść do psychologa, bo nie wiem czy się na to odważę. Pozdrawiam, Maria

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Czy utrata pracy może być przyczyną depresji?

Mój problem polega na tym, że utraciłam pracę po raz kolejny, nigdzie nie mogę zagrzać miejsca, nie mam siły przebicia, coś z zemną jest nie tak. Chyba do niczego się nie nadaję, do żadnej pracy, jestem ofiarą losu - taka...

Mój problem polega na tym, że utraciłam pracę po raz kolejny, nigdzie nie mogę zagrzać miejsca, nie mam siły przebicia, coś z zemną jest nie tak. Chyba do niczego się nie nadaję, do żadnej pracy, jestem ofiarą losu - taka jest prawda. Siedzę w domu i myślę, brak mi motywacji i energii. Cała moja nadzieja na lepsze jutro odeszła… Proszę mi pomóc i poradzić gdzie szukać wsparcia. Boję się podjąć kolejnej pracy, bo nie chcę się skompromitować przed sama sobą i znajomymi, głupio jest mi wychodzić na miasto, bo każdy się pyta o moją pracę, unikam kontaktów. Moje życie to porażka…

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Czy mam depresję, czy to chęć zniszczenia samego siebie i egoizm?

Witam, mam na imię Paweł, mam 24 lata i pochodzę z Grudziądza. Dwa miesiące temu żona wyprowadziła się z naszego małego mieszkania, było ostatnio ciężko, ale dawałem rade aby utrzymać ja i naszego 1,5-rocznego synka. A mimo to żona, z...

Witam, mam na imię Paweł, mam 24 lata i pochodzę z Grudziądza. Dwa miesiące temu żona wyprowadziła się z naszego małego mieszkania, było ostatnio ciężko, ale dawałem rade aby utrzymać ja i naszego 1,5-rocznego synka. A mimo to żona, z dnia na dzień, postanowiła, że jedzie do swojej mamy, nie chciała wrócić - błagałem, prosiłem nic to nie dało. Żona twierdzi, że mnie nienawidzi. Trzy tygodnie temu przeprowadziłem się do Warszawy, aby znaleźć prace, pracy nie mogę znaleźć i kilka dni temu zacząłem myśleć o samobójstwie, kilka razy w życiu próbowałem je popełnić, ale jakoś przeszło, nie leczyłem się, miałem cel w życiu - żonę, dziecko, wszystko się układało, a teraz w jeden dzień wszystko przepadło, a ja nie mogę się podnieść, po prostu nie mogę się od tego uwolnić. Co mam robić, jak postępować? Każdy z mojego otoczenia mówi „będzie dobrze”, „będzie ok”, „ułoży się” - ja tak tego nie widzę. Nie wiem jak inni myślą, ale ja mam po prostu już wszystkiego dość, a zamiast wziąć się w garść to myślę jak stąd odejść. Nie wiem co mam robić, bo tak naprawdę chcę żyć normalnie, ale gdy jestem sam nie potrafię inaczej myśleć. Z góry dziękuję za odpowiedź.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
odpowiada 2 ekspertów:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Apatia, brak chęci do życia - co się ze mną dzieje?

Mam 24 lata, jestem mężczyzną, mieszkam sam, mam nie najgorsza pracę. Spokojnie utrzymuję się na, powiedzmy, przyzwoitym poziomie. Jestem od dwóch lat w stałym związku, bardzo kocham swoją dziewczynę, ale o tym później. Od pewnego czasu tj. około 1,5 roku...

Mam 24 lata, jestem mężczyzną, mieszkam sam, mam nie najgorsza pracę. Spokojnie utrzymuję się na, powiedzmy, przyzwoitym poziomie. Jestem od dwóch lat w stałym związku, bardzo kocham swoją dziewczynę, ale o tym później. Od pewnego czasu tj. około 1,5 roku popadam w stany ogólnej apatii, braku chęci oraz sił do czegokolwiek, Muszę tutaj nadmienić, że wiążę się to z narastającym niezadowoleniem i nieakceptowaniem rzeczywistości otaczającej mnie, negacją prawie wszystkiego (pracy, warunków, swojej postawy - min. pisanie licencjatu 2 lata, widoku z okna itd). Zrzucałem to na lenistwo, ale to chyba nie to - myślę, że to efekt, a nie przyczyna. Takie stany, uczucia, gromadzą się przez ten czas, atakują falami, nie towarzyszą przez cały czas, niestety każda fala wydaje się być intensywniejsza od poprzedniej. W czasie takiego "ataku" zapadam się w siebie odczuwam nieskończoną pustkę, wewnątrz i na zewnątrz, napady takie przytrafiają mi się głównie kiedy jestem sam. Zauważyłem spory spadek swojej aktywności w kontaktach towarzyskich, wiem, że gdybym spotkał się z kimś będąc w nie najlepszej formie byłoby mi lepiej, ale nie chcę tego, paradoksalnie nie chcę tego, co polepszyłoby moje samopoczucie. Takie depresyjne stany są przerywane stanami wręcz euforycznymi - naglę widzę parę różnych dróg dla siebie na przyszłość, różne alternatywy, które miałyby dać mi to, czego pragnę, bycie szczęśliwym, ale nie jest to konkretne - po chwili to mija i mówię sobie, że to na pewno się nie uda, wtedy ponownie "zapadam się w siebie". Ogólnie, chciałbym zmienić swoje życie, neguję większość jego aspektów, ale nie robię zupełnie nic żeby przejść do działania. Dziś, gdy miałem taki stan, pomyślałem sobie, że mogą być to początki choroby ( miewałem już takie myśli wcześniej) więc postanowiłem napisać. Wracając do tematu związku, też trochę pokrzywiona sytuacja z mojej strony. Określiłbym to delikatną obsesją na jej punkcie. Gdy jesteśmy razem z reguły jest świetnie, kiedy kontaktujemy się na odległość często ponosi mnie złość, bywam nie przyjemny, właściwie bez powodu. Jakbym wymagał skupienia uwagi na sobie tylko i wyłącznie. Bywa, że pragnę kontroli, to silniejsze ode mnie. Jestem osobą nerwową, ale często tłamszę takie uczucia jak nerwy czy stres w sobie. W ostatnim okresie nasiliły się nieznacznie uczucia bezcelowości jak i bezsilności, wydaje mi się, że moja sfera emocjonalna jest coraz bardzie wypaczona, silne emocje negatywne (złość, stres, frustracja), na przemian z stanami wręcz euforycznymi, plus apatia, obojętność, wszystko na przemian. Wystarczy już tego, i tak nie opisałem dokładnie tego co odczuwam i pewnie nie odpowiednio rozłożyłem akcenty, liczę na jakiś komentarz.

odpowiada 2 ekspertów:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Czy depresja może tak szybko wracać?

Dwa lata temu miałam stwierdzona ciężką depresję, chodziłam do lekarza, podjęłam pracę, a że pracowałam w firmie internetowej, było tam pełno facetów to szybko podbudowałam się. Teraz mam 23 lata i od 2 miesięcy zaczyna się ze mną dziać...

Dwa lata temu miałam stwierdzona ciężką depresję, chodziłam do lekarza, podjęłam pracę, a że pracowałam w firmie internetowej, było tam pełno facetów to szybko podbudowałam się. Teraz mam 23 lata i od 2 miesięcy zaczyna się ze mną dziać coś dziwnego: ciągle chodzę przybita, nic mi się nie chce, nie potrafię się skupić, o nauce już nie wspomnę (studiuję fizjoterapię), jazda samochodem to dla mnie wielki strach, bo boję się, że nie zareaguję pewnego dnia i się skończy wszystko - a może i lepiej by było? Nie widzę sensu życia, wszystko wydaje mi się bez sensu, nie czuję się wcale potrzebna. Mama już mnie całkiem olała, bo ma nowego faceta, tata od zawsze ma mnie gdzieś i tylko zawsze pod górkę robił i robi dalej. Nie wiem co mam robić, bo z każdym dniem jest gorzej, potrafię się śmiać a w jednej minucie życie ze mnie uchodzi i siedzę i płaczę :(. Co ja mam robić? Ja chcę żyć, jestem młoda, powinnam się bawić, używać życia, a ja nie potrafię, bo ciągle myślę, że wszystkim przeszkadzam i jak wyjdę to tylko się będą śmiać i uwagi robić :(. Ja dłużej już tego nie wytrzymam, nie mam siły z tym walczyć:(. Proszę o pomoc

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Mam kryzys wiary, problemy z dziewczyną i myśli samobójcze, więc jak nie mysleć o bezsensie życia?

Witam, Mam 20 lat. Chodzę do 4 klasy o profilu informatycznym. Już od pewnego czasu mam problemy ze sobą. Strasznie dużo czasu spędzałem przy grach komputerowych i ogólnie przy komputerze. Przez komputer zaniedbałem „rozwój życiowy”, że tak to nazwę. Rówieśnicy...

Witam, Mam 20 lat. Chodzę do 4 klasy o profilu informatycznym. Już od pewnego czasu mam problemy ze sobą. Strasznie dużo czasu spędzałem przy grach komputerowych i ogólnie przy komputerze. Przez komputer zaniedbałem „rozwój życiowy”, że tak to nazwę. Rówieśnicy chodzili na imprezy, grali w piłkę, a ja wolałem komputer. Rodzice wychowali mnie na miłego i wrażliwego chłopaka za co jestem im wdzięczny. Ale mam teraz problemy, bo trudno jest mi się postawić i walczyć o swoje. Pod koniec drugiej klasy zacząłem pisać z dziewczyną. Chodzimy razem do tej samej klasy. Ona mieszka 200 km ode mnie. Mieszka w internacie i przyjeżdża od poniedziałku do piątku. Cieszyłem się z tego, że poznałem jakąś dziewczynę. Że ktoś się mną interesuje. Dobrze mi się z nią rozmawiało. Byłem tym bardzo podekscytowany. Wcześniej nie miałem styczności z dziewczynami, w sensie sam na sam, żebym z kimś chodził. Nie obchodziło mnie to. W Dlatego zacząłem czytać różne artykuły o samodoskonaleniu, pokonywaniu nieśmiałości, o sile umysłu. Chciałem stać się bardziej odważny i pewny siebie. Chciałem jej pokazać, że jestem coś wart. Zacząłem się interesować psychologią. Dożo czytałem różnych artykułów. Dwa tygodnie przed rozpoczęciem 3 klasy pokłóciłem się z nią. W tę noc płakałem jak dziecko. Bałem się że już nigdy ze sobą nie będziemy (jak byłem w gimnazjum to pewna dziewczyna wycięła sobie na nodze inicjały mojego kolegi z klasy, przystojny i ogólnie lubiany przez dziewczyny, jego to nie obchodziło, powiedział że jest nie normalna i tyle). Pociąłem się nożem… a dokładniej wyciąłem sobie pierwszą literę jej imienia (G) na ręce. Byłem strasznie wystraszony. Poszedłem do łazienki, umyłem ranę i założyłem bandaż. Wróciłem do łóżka i zasnąłem. Rano obudziłem się i nie wiedziałem co robić. Myślałem o samobójstwie. Mamie i wszystkim mówiłem, że skaleczyłem się podczas obcinania żywopłotu. Nie wiedziałem co robić. Bałem się, że się wszyscy dowiedzą i będą się śmiać do końca życia ze mnie. Że jestem nieudacznikiem, że jestem Emo. Byłem zrozpaczony. Nie wiedziałem co robić. Siedząc w ubikacji i myśląc o tym wszystkim pomyślałem: „Kogo to obchodzi, to jest moje życie, i tak przecież umrę i nikogo to nie będzie obchodziło? Po co ja się martwię?”. Poczułem się lepiej i że dam sobie radę. Ale tu się dopiero wszystko zaczęło, od „Po co?”. Kilka dni później pogodziłem się z dziewczyną, ale nic jej o tym nie napisałem. Bałem się, że nie będzie ze mną pisać, że nie będzie chciał mnie znać. Przez 2 tygodnie rana się zagoiła, ale została blizna w kształcie litery G. Kupiłem w aptece krem na blizny i smarowałem bliznę. I byłem dobrej myśli. Zaczęła się szkoła. Chciałem zasłonić bliznę zegarkiem na rękę, ale on jej niestety nie zasłaniał. I kilka osób zobaczyło tę bliznę. Jedyne co udało mi się wtedy wykrztusić to: „nieważne” lub „nie twój interes”. Czułem się coraz gorzej. Wiedziałem, że już kilka osób wie i miałem świadomość tego, że to się rozniesie. Na szczęście nic się nie stało. Blizna strasznie powoli się goiła. Z tą dziewczyną układało się jako tako. Nie chciała się ujawnić w klasie, że jesteśmy razem to i ja siedziałem cicho. Byłem nieśmiały i było mi to na rękę. Ale w głębi duszy chciałem wykrzyczeć całemu świtu, że ją kocham. Jednak nie ujawniliśmy się. Z gg przeszliśmy na smsy. I ciągle smsowaliśmy, w szkole i po szkole. Podczas rozmów dowiedziałem się, że chodziła wcześniej już z facetami i poczułem się gorszy. Że jestem łajza i siedzę w domu i nie mam się czym pochwalić. Flirtowaliśmy ze sobą przez cały rok szkolny. Ale nie ujawnialiśmy się przed klasą, że ze sobą piszemy itd. Pewnego dnia powiedziałem jej, że się pociąłem. Napisała mi, że mam do niej nic nie pisać, ale ja się wściekłem i napisałem jej, że jest nie czuła i jak może w ogóle tak do mnie pisać. Nie wierzyła mi wtedy, że się pociąłem. Poszedłem spać, a od następnego dnia znowu pisaliśmy jak zawsze. Jakoś w atmosferze końca roku szkolnego pokazałem jej bliznę na osobności i była zaskoczona. W końcu uwierzyła, że to zrobiłem i pytała mnie dlaczego itd. Nie umiałem odpowiedzieć na to pytanie. Dziś już wiem, że zrobiłem to po to aby zostać zauważony. Pod koniec roku szkolnego znowu się pokłóciliśmy. Nie pamiętam dokładnie o co chodziło. Dowidziałem się wtedy też, że miała cały czas faceta jak ze mną pisała. Czułem się oszukany. Nie pisaliśmy ze sobą całe wakacje. Ustawiała opisy na gg jaki ten jej chłopak jest kochany itd. Ja to olewałem. Pomyślałem: „*** mnie to, bądź sobie z tym swoim chłopakiem”. I tak jakoś przeleciały wakacje. Ja jednak ją nadal kochałem i tęskniłem za nią. Przez wakacje czytałem dużo różnych artykułów. Dużo z nich podważało istnienie Boga w którego i tak słabo wierzyłem. Na początku roku napisała do mnie smsa, ale ją zlałem. Jednak po kilku dniach nie wytrzymałem. Napisałem do niej i pogodziliśmy się. Od tego momentu nasze losy były dość stabilne. Zaczęły się inne problemy. Problemy ze mną w środku. Mam takiego kumpla z którym rozumiem się bez słów. Polecił mi książkę „Kod Leonarda Da Vinci”. Przeczytałem ją i moja wiara w Boga zmalała. Potem przeczytałem „Zaginiony symbol”. I całkowicie straciłem wiarę w Boga. Po przeczytaniu tych książek i artykułów zaczęły się problemy. Nie chodziłem do kościoła i byłem smutny. Czułem, że otaczają mnie sami debile. Czułem się oszukany, przez rodziców i księży. Ale nie było to silne. Jakoś sobie radziłem. Do pewnego momentu. Chyba październik to był. Zachorowałem na grypę. I wtedy wszystko się zaczęło. Przerabialiśmy wtedy lektury o obozach koncentracyjnych. Siedziałem w domu i myślałem o życiu. O tym czy ma sens, po co żyje. Że to nie ma sensu, że o tak umrę. Płakałem. Nie mogłem spać. Modliłem się chociaż nie widziałem sensu w modlitwie. Myślałem o tym co stanie się ze mną po śmierci. Że będzie ciemność. Po co w ogóle to wszystko istnieje. Utraciłem marzenia, nic nie miało sensu, nawet to że śpię, że jem, że wstaje, że w ogóle istnieje. Nie pragnąłem niczego. Żadnej materialnej rzeczy z tego świata. Nie wiedziałem czego chce. Bałem się, że zostanę sam. Zastanawiałem się po co istnieje ten świat i czy w ogóle jest realny. Bałem się jak nigdy. Od tamtego momentu wszystko mi było jedno. Utraciłem jakąkolwiek nadzieje na cokolwiek. Napisałem to wszystko dziewczynie i mnie pocieszała. Powiedziała że będzie lepiej. Rozpłakałem się przy mamie i jej to wszystko opowiedziałem. Mama też mnie pocieszała i mówiła, że będzie dobrze. Tata powiedział, że czym ja się martwię, że jeszcze całe życie przede mną. Dała mi jakieś tabletki na depresję i powiedziała, że ona też miała coś podobnego. Nie mogła spać, dusiła się i że była u psychologa. Byłem także z dziewczyną na spacerze i rozpłakałem się przy niej. Pocieszała mnie. Kilka dni było lepiej. Starałem się o tym nie myśleć. Czasami się udawało czasami nie. Od tamtego momentu ciągle o tym wszystkim myślę. Mamie powiedziałem że mi przeszło żeby się nie martwiała. Ale ja ciągłe mam te myśli. Cokolwiek robię po głowie chodzi mi pytanie po co ja cokolwiek robię, przecież i tak umrę. Życie wydaje mi się tak nierealne, nie umiem tego opisać… Czas wydaje mi się nierealny. Ludzie podstawieni. Jak w teatrze. Czuje jakby wszystko kręciło się wokół mnie. Boje się tego. Nawet zastanawiam się nad tym po co ja to pisze. Niczego innego się nie boje. Od tamtej pory nie czuje strachu do niczego innego i rzadko cokolwiek mnie cieszy. Chciałbym się spotkać z psychologiem, ale się boję. Boję się, że mi nie pomoże. I boję się, że rodzice umrą, że zostanę sam, że sobie nie poradzę, że ja umrę albo zachoruje na jakąś chorobę. A z drugiej strony się tego nie boję, bo krąży w mojej głowie, że przecież i tak umrę :/ Czyję jakbym tracił kontakt z rzeczywistością. Chce znowu normalnie żyć i przejmować się pierdołami, nie myśleć o śmierci i sensie życia. Nie wiem co robić. Im dłużej o tym myślę robię się coraz bardziej smutny. Proszę o pomoc! :(

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Czy tracę siły do życia, bo przyjaciółka próbuje mi je zrujnować?

Tabletki na uspokojenie już nie działają, dlatego też kieruję się o pomoc do psychologa. Mam 17 lat. Niby prowadzę normalny tryb życia, rodzina, chłopak, do którego ostatnio wróciłam po chwilach słabości, jednak nic mnie nie cieszy, odczuwam brak miłości ze...

Tabletki na uspokojenie już nie działają, dlatego też kieruję się o pomoc do psychologa. Mam 17 lat. Niby prowadzę normalny tryb życia, rodzina, chłopak, do którego ostatnio wróciłam po chwilach słabości, jednak nic mnie nie cieszy, odczuwam brak miłości ze strony chłopaka, brak zrozumienia ze strony rodziny. Uważam, że nic mi w życiu nie wyszło. Straciłam przyjaciółkę, która teraz wymyśla różne rzeczy na temat mojego chłopaka bym tylko nie była szczęśliwa. To wszystko ma na mnie ogromny wpływ, działa na mnie tak przytłaczająco, tabletki już nie pomagają, do psychologa udać się nie mogę, gdyż nie mam na to pieniędzy, a także czuję wstyd. Być może jest to sprawa banalna, lecz ma na mnie ogromny wpływ.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Czuję, jakby schodziły ze mnie resztki energii - czy to jest depresja?

Mam problem. Jestem z facetem od 2,5 roku, mam dziecko, lecz nie z nim - mały ma 3 latka, ale od dłuższego czasu mój partner wychodzi sobie i wraca kiedy mu się podoba, twierdzi, że nie jest na policji żeby...

Mam problem. Jestem z facetem od 2,5 roku, mam dziecko, lecz nie z nim - mały ma 3 latka, ale od dłuższego czasu mój partner wychodzi sobie i wraca kiedy mu się podoba, twierdzi, że nie jest na policji żeby mi zdawać raport gdzie idzie, z kim, o której będzie - problem w tym, że już nie pierwszy raz nie wraca 4 dzień, nie odzywa się w ogóle, jego koledzy też go kryją - albo nie odbierają moich tel., albo mówią, że go nie widzieli, a wiem, że on im tak każe mówić, a ma 30 lat. Jestem tak rozbita, że nie potrafię sobie znaleźć miejsca. Z byłym partnerem też nie miałam lekko - wieczne kłótnie o jego używki i bicie mnie. Obecny partner, jak wraca po swoich manewrach, potrafi jeszcze się na mnie wydrzeć i zawalać winę na mnie używając śmiesznych argumentów i jeszcze jest obrażony i tylko polecenia wydaje: zrób to to i tamto. Ja chudnę w oczach - ważę już 45 kg, a mam 166 cm wzrostu, wymiotuję, chociaż nie mam czym, bo nie mogę jeść, wszystko w w buzi mi rośnie, żołądek mnie boli… Biorę tabletki uspakajające na ziołach, chcę się oderwać od myśli, ale nie potrafię - ciągle podświadomość mnie meczy, czasem się boję, że wpadnę w poważną depresję, nie chce mi się nawet z ludźmi rozmawiać, bo w głowie mam coś innego, wszystko mnie drażni, nie mam ochoty nawet herbaty sobie zrobić. Na ogół byłam bardzo uśmiechnięta i pełna życia, a teraz czuję, jakby schodziły ze mnie resztki energii:(. Proszę, pomóżcie mi. Co się ze mną dzieje? Ja nawet już płakać nie potrafię, tak jakby to już rutyna była, po prostu leżę w nocy, spać nie mogę i myślę Bóg wie o czym… Rano znów mały wstaje, a ja nie mam siły oczu trzymać otwartych… Proszę o pomoc. Kasia

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Magdalena Boniuk
Mgr Magdalena Boniuk
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Ja juź chyba nie potrafię się zmienić. Po co żyję?

Kobieta, 24 lata studiuję psychologię, ale nie potrafię sobie poradzić ze sobą. Nie wiem co się ze mną dzieje. Mam wszystkiego dość. Często nie widzę sensu życia - mimo tego, że z zewnątrz wszytko wygląda pięknie, życie jak marzenie (sukcesy...

Kobieta, 24 lata studiuję psychologię, ale nie potrafię sobie poradzić ze sobą. Nie wiem co się ze mną dzieje. Mam wszystkiego dość. Często nie widzę sensu życia - mimo tego, że z zewnątrz wszytko wygląda pięknie, życie jak marzenie (sukcesy na uczelni, stały związek itd.) niekiedy potrafię się zmobilizować i coś zrobić, ale coraz częściej zawalam obowiązki, bo nie znajduję wystarczającej motywacji. Do tego krzyczę na bliskich, oskarżam, prowokuję i codziennie obiecuję sobie, że od niedzieli, od nowego miesiąca, od świąt, od nowego roku, od jutra będę najlepszą córką, siostrą, narzeczoną i codziennie od nowa zauważam, że znów coś robię nie tak. Zaczynam myśleć, że ja już chyba nie potrafię nic zmienić, że do niczego się nie nadaję, że mają rację mówiąc mi przykre rzeczy, np: "jesteś beznadziejna", "jesteś totalną egoistką". Czasami się śmieję, uśmiecham, staram się znaleźć pozytywy, ale mam wrażenie, że coraz częściej się poddaję, nie mam siły walczyć o bycie szczęśliwą. Oskarżam innych o moje złe samopoczucie, że to oni źle się do mnie odnoszą, że to dla nich nic nie znaczę, że mnie nie doceniają. Nie mam myśli samobójczych, ale coraz częściej zastanawiam się po co to wszytko? Po co żyję? Wolałabym się jutro nie obudzić…

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Czy to faktycznie depresja? Czy pojść do lekarza, skoro wydaje mi się, że jest lepiej?

Witam, mam prawie 18 lat, skończę za kilka miesięcy. Od pół roku nie mogę się pozbierać. Raz miewam momenty dobre, a raz złe. W tych dobrych potrafię się uśmiechać, a w tych złych mam ochotę ze sobą skończyć.   Rok...

Witam, mam prawie 18 lat, skończę za kilka miesięcy. Od pół roku nie mogę się pozbierać. Raz miewam momenty dobre, a raz złe. W tych dobrych potrafię się uśmiechać, a w tych złych mam ochotę ze sobą skończyć.   Rok temu pojawiło się u mnie pragnienie śmierci z powodów rodzinnych. Chciałam się zabić, ale nie potrafiłam przebić żył, wtedy pierwszy raz się pocięłam. Po tym nie obchodziło mnie nic. Nic nie chciałam. Przestałam rozmawiać z ludźmi, ale jakoś sobie radziłam. Poznałam chłopaka, który mnie z tego wyciągnął nieświadomie, bo nie powiedziałam mu o pragnieniu śmierci. Odkąd mnie zostawił w wakacje jest coraz gorzej. Na początku opuściłam się w nauce. Siedziałam z książkami, ale i tak z tego nic nie wychodziło. Miałam słaby apetyt, trochę schudłam. W tym czasie miewałam raz lepsze dni, w których potrafiłam się śmiać, a czasami wstawałam z łóżka po południu. Czułam się zmęczona, ale jakoś potrafiłam to ukrywać. W listopadzie powróciłam do samookaleczania. Najpierw sporadycznie, zaczęłam od cyrkla. Potem już to mi nie wystarczało. Zaczęłam ciąć się scyzorykiem. Ten ból mnie uspokajał, a ta krew to jak otulenie. Zerwałam kontakt z moim byłym ok. 2 miesiące temu. Przez to zaczęłam coraz częściej się okaleczać i doszły problemy ze snem, z zasypianiem - zasypiam po ok. 1,5 h, budzę się w nocy, ostatnio raz kolo rana, ale potem czasami nie nie mogę zasnąć. Różnie bywa. Odkąd się tnę zaczęłam miewać myśli samobójcze, raz chciałam na noc wziąć sporo tabletek, ale nie byłam pewna, czy to mnie zabije więc na 4 tabletkach się skończyło. Nie chciałam obudzić się w szpitalu. Chciałam być pewna, że mi się uda. Teraz czuję się trochę lepiej, choć często dopada mnie uczucie smutku bez przyczyny. Idąc ulicą, jadąc tramwajem, oglądając telewizję mam wrażenie, że zaraz buchnę płaczem. Jestem zmęczona, mimo że wstaję czasami koło południa. Korzystałam z pomocy psychologa szkolnego. Stanęło na tym, że pójdę do psychiatry. Czy jest sens tam iść, skoro teraz czuję się trochę lepiej?Czy na pierwszej wizycie dostanę jakieś antydepresanty? Ile wizyt musiałabym przejść prywatnych, by się wyleczyć?

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Jak mam wytrzymać to, że z wypłaty zostaje mi 80 złotych?

Moja sytuacja finansowa się pogorszyła. Mamy dziecko, 3-latka i zostaje z mojej i tyko mojej wypłaty 80 zł. Co mam zrobić? Moim zadaniem jest skończyć to, ale dziecko... - nie mam szans nic więcej zapewnić. Ludzie!
odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Czy mam depresję, jesli w wieku 12 lat tracę sens życia, mam zawroty głowy, lęk i nie mam apetytu?

Mam 12 lat i jestem dziewczynką. Ostatnio stałam się strasznie płaczliwa. Mam również zawroty głowy, lęk i bardzo mały apetyt. Nie wiem co mam zrobić. Trące sens życia. Czytałam, że to są objawy depresji, ale mam to dopiero od kilku dni.
odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Jak sobie poradzić ze skutkami załamania nerwowego?

Witam, mam 28 lat. Do tej pory nie miałem najmniejszych problemów. Studiowałem w innym mieście więc przywykłem do odosobnienia od rodziny (z resztą nigdy nie było to dla mnie problemem - jestem typem samotnika). Miałem mnóstwo znajomych. Studia ukończyłem bez...

Witam, mam 28 lat. Do tej pory nie miałem najmniejszych problemów. Studiowałem w innym mieście więc przywykłem do odosobnienia od rodziny (z resztą nigdy nie było to dla mnie problemem - jestem typem samotnika). Miałem mnóstwo znajomych. Studia ukończyłem bez żadnych problemów, nawet na dwóch kierunkach. Miałem wspaniałą dziewczynę, z którą planowaliśmy wspólną przyszłość. Swoją karierę zawodową chciałem związać z uczelnią i do tego dążyłem od zawsze. Dostałem szansę ukończenia doktoratu na zagranicznej uczelni. Od momentu wyjazdu wszystko się posypało.   Z przyczyn niezależnych ode mnie nie mogłem ukończyć doktoratu. Po miesiącu zostawiła mnie dziewczyna. Nie mogłem wrócić do kraju ze względu na gigantyczny kredyt, który zaciągnąłem by móc opłacić uczelnię. Obecnie mieszkam tu i pracuję by odrobić dług. Nie potrafię się pogodzić ze świadomością, że moja kariera zawodowa nie będzie związana z uczelnią. W pracy nie potrafię się odnaleźć. Nie potrafię zaakceptować, że przez moją zachłanność (prestiż po ukończeniu angielskiej uczelni) straciłem wszystko. Za późno też na karierę naukową w kraju. Staram się znaleźć jakąś pracę w Polsce by móc wrócić (znienawidziłem ten kraj - wszystko mnie denerwuje), lecz niestety bezskutecznie. Gwoździem do "trumny" była wiadomość, że moja dziewczyna znalazła sobie kogoś innego (do tej pory wierzyłem, że uda mi się uratować nasz związek). Nie potrafię się pogodzić ze świadomością, że mogłem bardziej ratować ten związek i że moje życie mogło wyglądać inaczej. Straciłem sens życia i chęć do życia. W mojej głowie poza miliardem innych myśli - pojawiają się myśli samobójcze. Nie mam sił ani ochoty na nic. Cały czas jestem przygnębiony i zrezygnowany. Nie uśmiechałem się chyba od ponad roku. Mam napady złości na samego siebie i cały świat. Próbowałem rozmawiać z przyjaciółmi lecz nic mi to nie pomogło. Nie wiem co mam zrobić ze swoim życiem, które nie tak miało wyglądać. Nie potrafię tego zaakceptować.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Jak sprawić, żeby moja egzystencja nie była tak okrutna i bolesna?

Mam 15 lat i rozwalone życie. Zazdroszczę innym tego, że dane im było życie. Trudno mi jest w ogóle opisać to co się ze mną od dłuższego czasu dzieje, ale spróbuję, bo możliwe, że to jedyny ratunek. Te uczucia się...

Mam 15 lat i rozwalone życie. Zazdroszczę innym tego, że dane im było życie. Trudno mi jest w ogóle opisać to co się ze mną od dłuższego czasu dzieje, ale spróbuję, bo możliwe, że to jedyny ratunek. Te uczucia się nasilają i nie dają mi żyć, m.in. dostaję ataku paniki i rozpaczy, myśli nad którymi nie jestem w stanie zapanować klują mnie boleśnie w głowę. Chce mi się krzyczeć i rozwalić wszystko w domu, zrobić coś sobie. Często przygnębienie i inne bezlitosne emocje potrafią tak się we mnie werznąć, że można powiedzieć, że przyciskają mnie do łóżka, do podłogi, do jakiegoś kąta i nie pozwalają się ruszyć. Każda rzecz o której pomyśle powoduje we mnie nowe wybuchy płaczu. Czuję się kompletnie bezsilna, czuję, że jeżeli czegoś nie zrobię to zwariuję z nieustannego bólu i lęku przed wszystkim, co czuję. Boję się dosłownie wszystkiego: boję się ludzi, latania samolotem, pająków, psów, pływania statkami, śpię przy zapalonym świetle, bo boję się ciemności, horrorów, ciasnych pomieszczeń, nowych miejsc i kiedy jestem sama w domu to myślę, że zaraz ktoś się włamie, boję się, że moja babcia umrze i zostanę sama z tym domem. Te uczucia towarzysza mi codziennie, a ja zadaję sobie pytanie jak to jest, że mogę wytrzymywać takie natężenie paraliżującego bólu na całym ciele. Przez nie i przez silne zestresowanie połączone z szaleńczym biciem serca nie mogę w ogóle spać. Od koleżanek w szkole nie raz słyszę, że poruszam się w zwolnionym tempie, że się ślamazarzę, że ciągle jestem smutna. Bardzo często, nawet w szkole, jestem w takim stanie, że nie mogę wyciągnąć zeszytów z książki z utkwionym wzrokiem w ławkę, w ogóle niereagując na to, że nauczycielka się bulwersuje, że nic nie robię. Wszyscy myślą, że ja jestem leniwa i że nie chcę się uczyć, a ja po prostu nie mogę nic zrobić. Co mnie dobija jeszcze bardziej. Przestałam słuchać muzyki, co było jednym z moich ulubionych zajęć, przestałam rysować, chociaż to było moje największe hobby. Zazwyczaj chowam twarz w dłoniach i zamykam się w łazience. Chce mi się wrzeszczeć żeby ktoś mi pomógł, ale jak i dokładnie w czym? Mój ojciec nie mieszka ze mną od dawna, a moja mama nigdy się mną za bardzo nie interesowała, poza tym rzadko przychodzi w ogóle do domu. Właściwie to wychowała mnie babcia. Mój brat cale życie mi powtarzał, że jestem od niego we wszystkim gorsza, chociaż jestem o rok starsza, że nie mam znajomych. Czasami zdarza się, że moja mama widzi w jakim jestem stanie. Wtedy słyszę, że „to taki okres w życiu”, „dziecko ma zły dzień”, „nie przejmuj się tym tak” - myśli, że płaczę przez oceny, czy jakieś inne bzdury, które w żadnym wypadku nie są powodem cierpienia jakie odczuwam, tylko je nasilają. Czasem nawet ludzie mi mówią: „rozumiem cię” - wtedy chce mi się śmiać i płakać na raz. Jak mogą mnie rozumieć, skoro sama tego nie rozumiem, jak mogą mnie rozumieć, skoro nie potrafię im tego wytłumaczyć? Wtedy zdaję sobie z tego sprawę, że nikt kto nie przeżył takiej męczarni nigdy nie będzie w stanie sobie nawet wyobrazić jak ja się czuję. Jak to jest myśleć kilka razy dziennie o śmierci, wręcz marząc o niej, prosząc o nią, uważając ją za jedyne wyjście - ratunek, jak to jest mieć wszystko zaplanowane, w każdej chwili wisząc na włosku tak strasznego życia? Ciągle myślę, że nie nie było mi pisane życie, że już nic się nie da zrobić, że chce umrzeć. Dlaczego wszyscy maja podejście typu „skoro nie próbuję się zabić, to znaczy, że nie jest tak źle? Marzę o śmierci, czy to nie wystarcza?! Takie życie jest gorsze niż śmierć! Nie próbuję się zabić, bo sama bym nie umiała, bo to jest kolejna rzecz, której się boję zrobić sama. Kolejna rzecz, która mnie trzyma przy życiu to rodzina. Kocham ich, nawet jeśli ich nienawidzę, a oni maja mnie gdzieś. Chociaż ludzie codziennie mnie ranią, ja nie mogę tego robić. Nie pozwalają mi na to okrutnie bolesne wyrzuty sumienia, które sprawiają, że gardzę sobą jeszcze bardziej i mam ochotę napluć sobie w twarz. Nigdy nie krzywdzę ludzi, dobieram zawsze słowa bardzo starannie, bo myślę o tym jak ja się czuję kiedy oni mnie ranią. Ale wiem, że pewnego dnia będę musiała się odważyć. Pytanie tylko -jak długo można to wytrzymać ? Dlaczego nikt nie widzi co się ze mną dzieje? Dlaczego nikt nie może mi pomóc?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Czuję się beznadziejnie - czy możliwe, że to depresja?

Witam, Mam piętnaście lat i jestem kobietą. Jedynaczką. Choć słowo "dziewczyna" lub "nastolatka" pewnie byłoby tu bardziej adekwatne. Z góry przepraszam za ten wywód. Będę wdzięczna, jeśli ktokolwiek zechce to przeczytać i odpowiedzieć. Jeśli jednak nie - nic nie szkodzi....

Witam, Mam piętnaście lat i jestem kobietą. Jedynaczką. Choć słowo "dziewczyna" lub "nastolatka" pewnie byłoby tu bardziej adekwatne. Z góry przepraszam za ten wywód. Będę wdzięczna, jeśli ktokolwiek zechce to przeczytać i odpowiedzieć. Jeśli jednak nie - nic nie szkodzi. Prawdę mówiąc nie bardzo wiem, od czego by zacząć. Jest wiele rzeczy, które chciałabym tu poruszyć. Wszystkie jednak sprowadzają się do jednego - mojego długotrwałego złego samopoczucia. Mówiąc "długotrwałe" nie mam na myśli dwóch tygodni, czy nawet miesiąca. Stany nagle ogarniającego smutku i wręcz ciągłego poczucia beznadziejności ciągną się z dłuższymi lub krótszymi przerwami od pierwszych klas szkoły podstawowej. Ale może spróbuję streścić całą historię, z której może coś wyniknie. Byłam radosnym i wrażliwym na cudze nieszczęście dzieckiem. Tak przynajmniej twierdzą moi rodzice. Nie mnie oceniać, jakim byłam i jestem człowiekiem. Pamiętam tylko, że mój pierwszy kontakt z rówieśnikami był dla mnie istnym szokiem. Kiedy miałam cztery lata rodzice postanowili się przeprowadzić. Nie dotknęło mnie to zbytnio - nie pamiętam, żebym w dawnym miejscu zamieszkania miała przyjaciół. Paradoksalnie najbardziej cierpiałam z powodu rozstania z ogromnym, starym drzewem rosnącym na podwórku. Teraz nie rozumiem tego uczucia, ale wtedy było ono dla mnie czymś naprawdę wyjątkowym. Poszłam do przedostatniej grupy przedszkola. I tam przekonałam się, jak trudno jest być "nowym". Na domiar złego różniłam się od rówieśników. Nienawidziłam uwielbianej i katowanej godzinami zabawy w dom. Jak to mawia teraz moja koleżanka, byłam "patologicznym ojcem, który wychodził do pracy, zaczynał rysować przy biurku i nie wracał na noc do domu". Nie byłam lubiana i bardzo mocno to odczuwałam. Od prymitywnych dziecięcych przezwisk, przez wytykanie mi mojej inności (byłam dosyć pulchna i nosiłam spodnie, a to dla dzieciaków wystarczyło, żeby obwiniać mnie za całe zło świata), aż do sporadycznej przemocy fizycznej (popchnięcia, walnięcia klockami i inne tego typu bzdety). Prawa, głosu nie miałam. Wszyscy utwierdzali mnie w przekonaniu, że jestem nikim, a ja przyznawałam im rację. Nauczycielki jakby nic nie zauważały. A ja nie mówiłam, bo myślałam, że tak jest dobrze. Bo nie wyobrażałam sobie, żeby bez powodu sprawiać komuś jakąkolwiek przykrość. Tak zostałam wychowana (moi rodzice to wspaniali ludzie, przykład idealnego małżeństwa). Do szkoły podstawowej poszłam wewnętrznie "skulona". Z resztą moja zewnętrzna postawa oddawała mój stan psychiczny - nadzwyczaj wyrośnięta, zgarbiona dziewczynka z nieświadomym niczego spojrzeniem. W Świętego Mikołaja wierzyłam najdłużej ze znanych mi rówieśników ;). Moja nowa klasa była idealną kontynuacją przedszkola. Znalazła się grupka "fajnych, ładnych i mądrych" osób, które pogłębiały moje przekonanie, że jestem gruba, brzydka, głupia i niepotrzebna. Jeszcze gorzej było, kiedy okazało się, że świetnie się uczę i ładnie rysuję. Znalazłam tam też co prawda przyjaciółkę, na którą do dzisiaj mogę liczyć o każdej porze dnia i nocy. Ale miałam już mocno zakodowane, że jestem gorsza od całej reszty społeczeństwa. Próbowałam się dopasować. Na siłę zmieniać swój styl. Chciałam, żeby ta popularna w szkole grupa zauważyła mnie. Robiłam wszystko, żeby im się przypodobać. A raczej starałam się. Bo nigdy nie wytrzymałam z tym dłużej niż miesiąc - to po prostu nie był mój świat. Często byłam samotna pomimo towarzystwa... To uczucie idealnie odzwierciedla wiersz E. A. Poe "Samotny". Obecnie jestem w gimnazjum. Nie mogę narzekać, bo trafiłam na wspaniałą klasę. Metale, emo, rasta i "popularni" trzymają się w niej razem. Jest dla mnie pewnego rodzaju przystanią. Mogę w spokoju zastanowić się nad swoim życiem, nie obarczając się nowymi problemami. Jednak mimo braku widocznych powodów do smutku, często chodzę przygnębiona. Czasem płaczę. Nie lubię obarczać innych moimi problemami. Wolę słuchać, niż mówić. Nie chcę sprawiać przykrości rodzicom, bo więcej dla mnie zrobić nie mogli. Koledzy zarzucają mi, że bardzo mało się uśmiecham. Ale jak mogę się uśmiechać, kiedy nie odczuwam radości? Dobija mnie trochę fakt, że wszystkie moje koleżanki przeżyły już swoją pierwszą miłość lub zauroczenie... A mnie nikt nie chce. Co prawda raz byłam zauroczona (zakochana?) w chłopaku starszym ode mnie o 9 lat, którego praktycznie w ogóle nie znałam. Do tej pory nie wiem, na jakiej podstawie nie mogłam zapomnieć o nim przez ponad rok (do dzisiaj czasem o nim myślę). Trochę źle czuję się w tym świecie. Nie umiem się odnaleźć. Za dużo zła. Ludzie cierpią, płaczą, niszczą się nawzajem. To częsty temat moich przemyśleń. Równie często rozmyślam o śmierci. Od razu uspokajam - nie są to myśli samobójcze. Raczej filozoficzno-religijne rozważania. Życie to dar. Tylko nie wiem, jak mogłabym go wykorzystać... A śmierć jest dla mnie zamglona, skąpana w ciepłym blasku słońca. Przepraszam za te metafory, taki już tok mojego rozumowania. Bardzo przenośmy i chaotyczny. Wracając do głównego problemu: obiektywnie rzecz biorąc do brzydkich nie należę. W znaczeniu - nie mam asymetrycznej twarzy, odstających uszu, wybrakowanych zębów. Zapewne gdybym miała inny charakter, mogłabym samozwańczo mianować się Miss Świata, jak to robi wiele moich koleżanek. Ja jednak nie potrafię i nie sądzę, żeby było to dobre. Nie wierzę w swoją urodę, w swoje umiejętności, w swoją rzekomą "inteligencję". "Samotna wśród ludzi" - to idealne określenie. Nie mam planów na przyszłość, nie mam wykształtowanych marzeń. Z doradztwa zawodowego wyszło jedno, wielkie NIC. Dosłownie. Mój wynik to "brak jakichkolwiek preferencji zawodowych", co zgadza się z moimi odczuciami. Znajomi zazdroszczą mi ocen. Co z tego, że dobrze się uczę, skoro nie mam pojęcia, co z tym zrobić? Mogłabym robić wszystko, na co bym się uparła. Ale ja nie wiem, co sprawiałoby mi radość. Nie mam pojęcia. Jest tyle rzeczy, które uwielbiam. Nauka, sztuka... A wszystko tak od siebie różne. I z żadnego nie potrafię zrezygnować. Ja tylko chciałabym być szczęśliwa. Robiłam sobie kilka testów na depresję. Wszystkie wyszły pozytywnie. Ba. "Zaawansowana depresja" - taki nagłówek w większości przypadków pojawiał się po kliknięciu przycisku "rozwiąż". Wiem, że takich internetowych diagnoz nie powinno się brać do końca na poważnie. Nie mam wielu objawów "zaawansowanej depresji". Kocham życie, mimo że jest mi źle, bo wiem, że zawsze mogło być gorzej. Staram się patrzeć na przyszłość optymistycznie, choć często mam wrażenie, że nie odnajdę się w tym świecie. Nie odnajduję się w swoim otoczeniu. Czasem starsze koleżanki mówią, że przy mnie czują się głupio, jak dzieci. To dość zabawne z mojej perspektywy, zwłaszcza, że ja ich tak nie odbieram :). Po tej rozwlekłej autobiografii, która z założenia miała być "skróconym opisem sytuacji", nasuwa się dręczące mnie do bardzo dawna pytanie. To problemy psychiczne, czy ja już po prostu mam taki charakter?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Depresja, czy okres dojrzewania?

Witam, mam przyjaciółkę, jest w wieku 16 lat, obecnie chodzi do 1 klasy szkoły średniej. Pod koniec gimnazjum, koło czerwca, coś się zaczęło z nią dziać. Tak nagle pojawiły się stany lękowe, myśli samobójcze, a na dodatek miała już...

Witam, mam przyjaciółkę, jest w wieku 16 lat, obecnie chodzi do 1 klasy szkoły średniej. Pod koniec gimnazjum, koło czerwca, coś się zaczęło z nią dziać. Tak nagle pojawiły się stany lękowe, myśli samobójcze, a na dodatek miała już 3 próby samobójcze. Często izoluje się od świata, a także rodziców jak i innych ludzi. Zawsze była zadowolona z życia, uśmiechnięta. Ale od pewnego czasu zauważyłam, że mało się odzywa, jest przygnębiona, smutna. Coraz rzadziej rozmawia z rodzicami i rówieśnikami.   Wiem, że ma niską samoocenę i nie akceptuje siebie. Ciągle wydaje jej się, że jest oceniana przez ludzi i źle się z tym czuje. Często te myśli samobójcze powracają, jakiś czas jest spokój, w miarę w porządku, ale po miesiącu znowu się zaczyna. Nie wiem co mam robić. Nie wiem co się ostatnio z nią dzieje. Rzadko kiedy, tzn. coraz mniej się odzywa, izoluje się w pokoju, nie odbiera telefonów. Ostatnio bywa agresywna wobec innych. Gdy powiedziałam jej o wizycie u psychologa, odmówiła i powiedziała, że nigdy tam nie pójdzie. Próbowałam już ją różnymi sposobami namówić, ale bez skutku. Powiedziała, że nie pójdzie i koniec. Ona potrafi postawić na swoim i zazwyczaj bardzo trudno ją na coś namówić na co nie ma ochoty. Nie mam już do tego powoli siły. Czy to jakaś choroba czy okres dojrzewania ? Proszę o szybką odpowiedz, z góry dziękuję. Pozdrawiam

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Patronaty