Twój przewodnik po zdrowiu

Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
Rozpocznij
7 6 7 , 2 0 1

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Problemy psychologiczne: Pytania do specjalistów

Co oznacza drżenie rąk i problemy z oddychaniem?

Witam! Moje problemy ze zdrowiem zaczęły się 2 lata temu. Brak pracy, napięta sytuacja w domu, aż pewnego dnia zauważyłem, że trzęsą mi się ręce. Zrobiłem badania tarczycy, wszystkie wyniki krwi, próby wątrobowe, przewodnictwo nerwowe i wszystkie wyniki są...

Witam! Moje problemy ze zdrowiem zaczęły się 2 lata temu. Brak pracy, napięta sytuacja w domu, aż pewnego dnia zauważyłem, że trzęsą mi się ręce. Zrobiłem badania tarczycy, wszystkie wyniki krwi, próby wątrobowe, przewodnictwo nerwowe i wszystkie wyniki są w normie. Przez ten czas troszkę przyzwyczaiłem się do tego drżenia, ale ostatnio zaczęło się nasilać, uniemożliwiając mi normalną pracę. Do tego doszły problemy z lekkim bólem w klatce piersiowej, który bardziej odczuwam jako duszność i problem z nabraniem powietrza. Od zawsze byłem osobą impulsywną i nerwową, ale ostatnio z każdej błahej sprawy robię wielką aferę. Zastanawiam się, w którą stronę pójść w celu zdiagnozowania problemu, czy jest to problem kardiologiczny, czy może psychologiczny? Pozdrawiam.

odpowiada 3 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś
mgr Magdalena Rachubińska
mgr Magdalena Rachubińska

Co oznaczają huśtawki nastrojów i brak pewności siebie?

Witam! Moja wiadomość zapewne wyjdzie długa, jednak chcę zawrzeć w niej wszystkie istotne informacje. Mam 15 lat. Ostatnio czuję się jakbym popadła w depresję. Nie akceptuję siebie, uważam się za gorszą od innych, nieustannie porównuję siebie do innych. Mam wielkie...

Witam! Moja wiadomość zapewne wyjdzie długa, jednak chcę zawrzeć w niej wszystkie istotne informacje. Mam 15 lat. Ostatnio czuję się jakbym popadła w depresję. Nie akceptuję siebie, uważam się za gorszą od innych, nieustannie porównuję siebie do innych. Mam wielkie huśtawki nastroju - potrafię w szkole śmiać się, a potem w domu płakać. To jest naprawdę męczące. Jestem osobą raczej cichą, nieśmiałą, spokojną - w moim typie nie jest wydzieranie się i różne głośne zabawy - takie coś tylko w gronie kilku znajomych. Wszystko bardzo mocno przeżywam, nawet najgłupsze rzeczy jak odpowiedź przy tablicy - potrafię spalić cegłę, głos mi się łamie, ręce trzęsą. A przecież w głowie wiem, że to nic strasznego, że umiem, że będzie dobrze - jednak moje ciało reaguje inaczej.

Opowiadając w wielkim skrócie - wszystko zaczęło się od pierwszej klasy, zakochałam się w koledze z klasy. Całą pierwszą klasę wodziłam za nim wzrokiem i rozmyślałam. Jednak zdałam sobie sprawę, że to bez sensu, gdyż on był zakochany w innej i wyżalał mi się, że ona go nie chce. Potem wakacje, nie widzieliśmy się całe dwa miesiące, myślałam, że przeszło. Od drugiej klasy wszystko wróciło ze zdwojoną siłą, z tym że przez ten rok nasze relacje były dużo lepsze - często razem żartowaliśmy i gadaliśmy, widać było, że mu się podobam. Byłam szczęśliwa, chętnie chodziłam do szkoły, bo siedzieliśmy w ławkach obok siebie, więc wygłupialiśmy się itp. Potem kolejne wakacje, przerwa. I teraz mamy trzecią klasę, a ja nadal nie potrafię się z tego wyleczyć. Jednak od tego roku on siedzi z innymi koleżankami, non stop widzę jak on na moich oczach podrywa inne dziewczyny, albo podchodzi do mnie i rzuca tekstami typu Madzia mi pożyczyła to, Karolinka tamto, Olcia co innego, więc nie ruszaj. Naprawdę mocno to przeżywam, gdy powie do mnie coś miłego, jestem w skowronkach, jednak gdy godzinę później widzę jego zaloty, to zbiera mi się na płacz. Na koniec drugiej klasy też pokłóciłam się z przyjaciółkami, wina była wspólna. Teraz jestem sama. Nie wiem, skąd to się bierze. Nie chcę, by wiedział o moich uczuciach, gdyż jest zbyt niedojrzały, wyśmiałby mnie. Nie chciałabym też związku z nim, bo to typ podrywacza. Codziennie katuję się i rozmyślam, dlaczego jestem taką idiotką, która zakochała się w pierwszym lepszym lovelasie i nie potrafi wybić go sobie z głowy? Zorientowałam się, że on przejął kontrolę nad moim życiem. Nie potrafię się na niczym innym skupić tylko na rozmyślaniu, dlaczego zrobił to, dlaczego tamto, jest jedynym powodem, dla którego zwlekam się rano z łóżka do szkoły, bo może sobie pogadamy. Nie potrafię się przez to zmobilizować do solidniejszej nauki, gdyż jak zbiera mi się na płacz, to jest to pierwsza rzecz, którą mam ochotę rzucić w ścianę.

To wszystko sprowadza się do tego, że uważam się za idiotkę, mam obniżone poczucie własnej wartości, że jestem gorsza od innych (jakbym nie była, to gadałby ze mną, a nie z innymi, miałabym przyjaciół), mam wrażenie, że jestem nienormalna - bo kto normalny zawraca sobie głowę taką totalną bzdurą? Do tego nie mam przyjaciół - 7 koleżanek w klasie, z którymi poza lekcjami nie mam kontaktu i to by było na tyle. Przez moje zaniżone poczucie wartości i huśtawki nastroju, plus niemoc patrzenia na tego chłopaka jestem smutna i zła, nie potrafię śmiać się z innymi, sama siebie pogrążam. Błędne koło. Dodam, że jestem sama z tym problemem. Tata nie na takie rozmowy, mamie wstydzę się powiedzieć i nie mam ochoty. Nikogo bliskiego więcej nie mam. Rozważałam jakąś terapię u psychologa, która pomogłaby mi się z nim uporać oraz może jakoś bardziej otworzyć na środowisko? (Jestem zbyt zamknięta w sobie, nie potrafię żartować i śmiać się z innymi, wychodzę na ponuraka, mimo iż naprawdę taka nie jestem!). Jednak nie potrafię powiedzieć rodzicom o tych problemach!

I jeszcze jedna rzecz, nie wiem czy przydatna - w dzieciństwie byłam u psychologa, gdyż miałam napady lęku, bałam się, że w nocy będzie pożar, coś się zawali, nieustannie nasłuchiwałam, sprawdzałam wszystko. Miałam wtedy około ośmiu lat i pamiętam, że lekarz powiedział, że na poziome intelektualnym (rozumowanie, byłam bardzo zdolna w szkole) jestem na poziomie jedenastolatka. Jednak na poziomie emocjonalnym plasuję się na poziomie czterolatka. Po jakimś czasie te wszystkie lęki mi przeszły. Tak więc podsumowując, zależy mi na odpowiedziach na dwa pytania - jak się pozbyć tego chłopaka oraz jak przezwyciężyć swój lęk przy występach przed innymi, jak się otworzyć? Czy potrzebny psycholog?

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Przemoc psychiczna w szkole

Witam, jestem uczniem pierwszej klasy liceum (15 lat, w tym roku 16) i chciałbym się wypytać o bardzo mnie nurtujący problem. Mam problem z adaptacją w klasie. Dostałem się do najlepszego liceum w powiecie i dołączyłem do klasy, która wymagała...

Witam, jestem uczniem pierwszej klasy liceum (15 lat, w tym roku 16) i chciałbym się wypytać o bardzo mnie nurtujący problem. Mam problem z adaptacją w klasie. Dostałem się do najlepszego liceum w powiecie i dołączyłem do klasy, która wymagała najmniej punktów, ale nie przewidziałem konsekwencji, że nawet w najlepszej szkole są czarne owce, które uprzykrzają życie. Przez pierwsze 3 tygodnie było dobrze, klasa mi nie dokuczała, integrowałem się dobrze z większością. Lecz czar wspaniałej klasy prysł. Wyjechałem z większością klasy na wycieczkę integracyjną, na której od początku elita klasy w postaci 4 osób uwzięła się na mnie. Rzucali we mnie szyszkami, ironicznie o mnie mówili itp. Dochodziła noc (wycieczka była 2-dniowa) i już myślałem, że będzie spokój, poszliśmy do schroniska do swoich pokojów i nawet, nawet był spokój, oni nie dogryzali mi jakoś specjalnie, gadałem z innymi osobami z klasy, było fajnie. Następnego dnia już nic mi nie robili, tylko co jakiś czas gnębili kogoś innego, ale rzadko. Ja każdą sytuację, w której byłem oblegany przez nich ignorowałem i się czasami śmiałem razem z nimi, by nie dać poznać po sobie, że jestem oburzony, ani żeby ich nie zdenerwować.

Poniedziałek, kolejny dzień szkoły, kolejny dzień w stresie, czy mnie nie zgnębią. I się nie myliłem, zaczęli znowu. Wtorek podobnie i dzisiaj było najspokojniej, plecak mi tylko zabrali, ale niedaleko. Tak więc ogólnie opowiedziałem moją historię. Teraz może opiszę moją taktykę obrony, a pan/pani oceni, czy będzie ona dobra, czy zła i wprowadzi pani odpowiednie zmiany. W szkole staram się przy nich nie uciekać, trochę pogadać, na jakieś ironiczne słowa o mnie odpowiadać z uśmiechem, przykład: Ale ty silny jesteś, chyba ty ćwiczysz na siłowni, bo ja tak silny to nie jestem. A ja odpowiadam: A no widzisz, ćwiczyło się nieraz mięśnie rąk. Oczywiście z uśmiechem odpowiadam. Nie staram się ich unikać, uciekać od nich, bo jeszcze wyczują, że się ich boję. Tak więc mam nadzieję, że wystarczająco opisałem swój problem i liczę na odpowiedź na właściwie te pytania: Czy z czasem przestaną się oni niemiło wobec mnie zachowywać i wyrosną z tego? Czy moja taktyka opisana wyżej będzie skuteczna? Czy jeżeli oni będą mnie ciągle gnębić, to koledzy, z którymi gadam odwrócą się ode mnie po czasie? No i oczywiście prosiłbym o ogólne rozpatrzenie i opisanie mojego problemu. Pozdrawiam.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Magdalena Brudzyńska

Czuję się samotny, chociaż znam wielu ludzi

Cześć. Nie wiem, czy to odpowiednie miejsce i czy ktoś ma zamiar to w ogóle przeczytać, ale mam ochotę się po prostu wygadać, a że nie mam komu, bo czuję się samotny, to po prostu piszę tutaj. Mam dopiero 18... Cześć. Nie wiem, czy to odpowiednie miejsce i czy ktoś ma zamiar to w ogóle przeczytać, ale mam ochotę się po prostu wygadać, a że nie mam komu, bo czuję się samotny, to po prostu piszę tutaj. Mam dopiero 18 lat i nie wiem, po co żyję, nie wiem dla kogo żyję, nie wiem nawet kim jestem. Mój problem zaczął się w momencie, gdy nagle przeniosłem się do innej szkoły. Była to czwarta klasa podstawówki - tak, byłem wtedy jeszcze dzieckiem, a i tak mam wrażenie, jakby to działo się wczoraj. Od tego czasu czuję się samotny. Wtedy wszystko wydawało mi się jeszcze takie proste. W szkole miałem same "A", byłem wzorowym uczniem. Wracając do domu uśmiech pchał mi się na usta, bo nie miałem pojęcia, że życie może być dla mnie tak trudne. Już na początku roku w nowej szkole powoli zaczynało przybywać mi problemów. Czułem się samotny, jak odrzutek, kujon, od którego każdy przepisywał zadania domowe (bo tak rzeczywiście było) itd. Ja jednak dalej uczyłem się "na medal". Pod koniec czwartej klasy poznałem bliżej pewnego znajomego z klasy. Był to typ cwaniaczka, którego wszyscy w klasie uwielbiali i szanowali. Zawsze potrafił rzucić fajnym żartem, rozśmieszyć, ale potrafił być też poważny, a wtedy każdy siedział zlękniony. Tak - spodobało mi się to. On, niewiadomo dlaczego, zaczął wyciągać mnie na przechadzki do miasta, traktował mnie jak przyjaciela, którym później się stałem. Dzisiaj wiem, że trzymał się ze mną dla pieniędzy. W ten czas moim rodzicom powodziło się, a ja byłem "radosnym dzieckiem bogatych starych". On natomiast pochodził z biednej rodziny - ojciec alkoholik bił matkę itd. Tak naprawdę zaczął mnie wychowywać na nowo - poznałem inny świat. Zaprowadzał mnie do swoich koleżanek, poznawałem nowych ludzi - było na serio fajnie, czułem się jak "ktoś". Co prawda wiedziałem, że to on jest tutaj "alphą", ale nie było to dla mnie problemem. Szanowałem go ponad wszystko. Od tego momentu w szkole zacząłem radzić sobie coraz gorzej. Zamiast świadectw z paskiem miałem coraz niższe średnie, aż do dzisiaj, gdzie co roku ledwo udaje mi się uniknąć komisa. Przyszedł czas na kolejną zmianę szkoły. Nasze drogi niestety rozeszły się - ja poszedłem do prywaciarza (jego w żadnym wypadku nie było na to stać). Już na początku roku poczułem, jakbym stracił "część siebie", znów poczułem się samotny. Mimo to starałem się być taki, jakim nauczył mnie dawny przyjaciel z podstawówki. Do końca pierwszej klasy myślałem, że wszystko się ułoży - ba! Byłem pewien, że już się ułożyło. Niewiadomo czemu, nagle stałem się totalnym pośmiewiskiem klasy. Praktycznie każdego dnia przed snem płakałem po kilka godzin, bo nie byłem już w stanie tego znieść. Czułem się samotny. Naśmiewano się ze mnie - poczynając od wyglądu, aż po chamskie zagrywki typu - oni coś zniszczyli, a winę zrzucali na mnie, pluli mi na plecy, przyklejali kartki z napisem "kopnij mnie", wyrzucali plecak, piórnik (praktycznie wszystko) przez okno itp. Na moje nieszczęście, każdy nauczyciel, nawet dyrektor im wierzył. Byłem bezradny. Czekałem aż to wszystko się skończy, aż pójdę do nowej szkoły i tam zacznę wszystko od nowa. Próbowałem sobie odebrać życie - przysięgam - nie raz. Nigdy jednak nie starczyło mi odwagi, nawet na głupie powieszenie się. Zawsze rozbeczałem się jak małe dziecko i kładłem do łóżka, zawijając się w kołdrę. Nawet teraz, gdy to piszę, to płaczę jak głupi. Pod koniec drugiej klasy, dzięki znajomemu z dzieciństwa (z ulicy), z którym zawsze grałem w piłkę poznałem nowego kumpla. I tak trzymaliśmy się we trzech (ja co prawda byłem zwykłym kolegą, bo to oni się przyjaźnili, ale sam fakt posiadania kumpla był już dla mnie czymś). Starałem się, żeby to, co dzieje się w szkole, nigdy nie wyszło na jaw. Bałem się, że oni też zaczną się ze mnie naśmiewać. Wszystko było jednak dobrze. Znowu, chociaż przez pół dnia, czułem się jak dawniej - w podstawówce (poniekąd miałem nadzieję, że także zostanę ich przyjacielem; potrzebowałem tego, tak samo jak potrzebuje tego teraz). Zaczęły się pierwsze używki. Zacząłem konkretnie palić fajki, pić i w międzyczasie brać narkotyki (nigdy nie nazywałem tego tak oficjalnie - bałem się). To było fajne, bo dzięki temu uciekałem od rzeczywistości. W międzyczasie zacząłem dowiadywać się o problemach w domu. O tym, że ojciec znowu pije (robił to jeszcze przed moim urodzeniem, ale podobno "dla mnie" przestał), o tym, że nazaciągał masę długów na firmę, że nie jesteśmy w stanie wszystkiego spłacić w takim czasie, jak należy i wielu innych rzeczach. To trwa do dzisiaj. W końcu gimnazjum dobiegło końca. Poszedłem do nowej szkoły. Od samego początku powiedziałem sobie, że nigdy więcej nie dam się poniżyć. Nikt nie miał prawa tego zrobić, choćby za cenę krwi. Tak też się stało. Już na początku roku pobiłem się z kolegą z klasy, który sądził, że ławka, na której siedzę należy do niego. Na moje szczęście wygrałem te walkę (nie umiem się bić, po prostu mam ponad 190 cm i dużo łatwiej było mi go sięgnąć). W ten sam dzień w domu żałowałem całej tej sytuacji. Zrobiło mi się go żal. Przyszedł jednak drugi dzień. Po szkole rozszedł się filmik, jak to ja go nie pobiłem, czego mu nie zrobiłem. Zaczęto mnie szanować, a mi tak się to wszystko spodobało, że kompletnie się zapomniałem. Zacząłem traktować wszystkich z góry. Obrażałem kogo tylko szło i co najgorsze - bawiło mnie to. Potrafiłem nasmarkać na chusteczkę i wetrzeć ją komuś w twarz. Ba! Robiłem dużo gorsze rzeczy, ale nie chcę o tym pisać, bo strasznie mi za to głupio. Zacząłem robić to, co robiono mi w gimnazjum - a nawet więcej. Przyszła druga klasa i po trochu się "ogarnąłem", ale tylko z tego względu, że koledzy, z którymi robiłem te "żarty" powtarzali klasę. Dzięki temu dostałem chwilę na zastanowienie się i dotarło do mnie, co im wszystkim narobiłem. Chciałem przestać, ale gdy tego nie robiłem, czułem, że zaczynam być coraz mniej szanowany, lubiany. W ogóle zacząłem stawać się niezauważalny. To trwa do dzisiaj, tylko jest coraz gorzej. Codziennie jestem innym człowiekiem - raz gnębię innych (już bez jakiejkolwiek "radości"), raz zgrywam najlepszego przyjaciela, raz jestem idealnym uczniem, a raz kłócę się z nauczycielami jak ze swoimi rówieśnikami. Codziennie jestem inny i to mnie przeraża. Co gorsza, wydaję mi się, że żadne z moich "ja" nie odpowiada rówieśnikom. Nie wiem, jaki chcę być, bo tak naprawdę, gdy na koniec dnia wylatuję z tego całego "biegu" i mogę wszystko przemyśleć, to dochodzę do wniosku, że jaki bym nie był, to i tak zawsze czuję się gorszy od reszty. Zamiast być sobą, próbuję dostosować się do innych, być jak oni, ale mi to nie wychodzi. Nic nie daje mi satysfakcji, przez co sam wybijam się z rytmu i coraz bardziej odchodzę na bok. Co najgorsze, mam wrażenie, że tracę nad wszystkim kontrolę. Klasa i nawet znajomi spoza szkoły zaczynają mnie odpychać. Nie chcę tego, nie chcę samotności, ale gdy tak sobie myślę, to zrobiłbym dokładnie to samo. Nigdy nie chciałbym poznać takiego człowieka, jakim jestem ja. Tylko nie mówcie mi, żebym był sobą, bo ja nie wiem, kim jestem. Brakuje mi kogoś, z kim mógłbym usiąść i komu mógłbym się wygadać - wiem... to, że nie mam takiej osoby, to tylko i wyłącznie moja wina, ale nie wiem, jak temu zaradzić. Tak naprawdę, nie wiem, czego oczekuję pisząc to. Chciałbym po prostu zacząć wszystko od nowa. Poznać przyjaciela, o którego nie musiałbym codziennie walczyć. Chciałbym na chwilę przestać gonić za wszystkim. Mam wrażenie, że jestem inny od reszty. Jest mi bardzo ciężko. To wszystko mnie przerasta i znowu nie chce mi się żyć. Przepraszam, jeśli to co napisałem, może być nie do końca zrozumiałe. Pisałem na bieżąco to, co czuję.
odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Ból nóg u dziecka w nocy

Mam kłopot z synkiem. Ma 5,5 roku. Pierwsze opisane zdarzenie miało miejsce około pół roku temu i znów się pojawiło. Synek jest pogodnym przedszkolakiem. Chętnie chodzi do przedszkola. Nie wydarzyło się w naszym życiu nic co mogłoby wywołać w nim... Mam kłopot z synkiem. Ma 5,5 roku. Pierwsze opisane zdarzenie miało miejsce około pół roku temu i znów się pojawiło. Synek jest pogodnym przedszkolakiem. Chętnie chodzi do przedszkola. Nie wydarzyło się w naszym życiu nic co mogłoby wywołać w nim lęki, nie ogląda koszmarnych bajek ani nie przesiaduje przed komputerem. Często skarży się na ból nóg i pokazuje na przednią część łydki. Gdy zgłosiłam ból nóg u dziecka lekarzowi, prosił, aby obserwować czy nie zaczyna utykać i że może to być związane ze wzrostem kości. Syn nie jest dzieckiem, które rośnie intensywniej niż inne. Należy do średnich dzieci. Od jakiegoś czasu po zaśnięciu, spokojnym, budził się z płaczem przechodzącym w krzykliwy płacz i drżenie i napinał się, gdy go tuliłam, aby uspokoić. Sprawiał wrażenie wybudzonego. Nie odpowiadał jednak na żadne pytania.Trwało to kilka minut - 5-10. Wyciszony natychmiast zasypiał. Zdarzyło się to przez kilka nocy z rzędu. Potem okazało się, że ma zapalenie ucha. Wytłumaczyłam sobie to zachowanie ewentualnym bólem ucha. Minęło około pół roku i znów się zdarzyło. Już 4 raz w przeciągu 7 dni syn budzi się z płaczem. Ściska mnie jak miś koala i trzęsąc się, napinając, płacze krzykliwie. Jak pytam czy mnie słyszy, kiwa główką, otwarte ma oczka, jak proszę, aby na mnie popatrzył to reaguje, ale tuli się kurczliwie i płacze jakby go coś bolało. Gdy pytam dlaczego płacze, to nic nie odpowiada. Sugestie sprowadzają się do tego, że mówi po uspokojeniu się, że nóżka go boli, że ucho, że brzuszek. Ostatnio, nie mogąc go uspokoić, potrząsnęłam nim trochę i krzyknęłam, ale to nic nie zmieniło. Rano budzi się jakby nigdy nic. Czy możliwe, aby powróciły w tym wieku kolki, które miewał do 4 lat? Czy ból nóg u dziecka może być tak silny? Dodam, że ostatnio był przeziębiony (gardło). Może infekcje powodują ból nóg u dziecka? Dzisiaj byłam na kontroli uszu i lekarz stwierdził, że nic nie widzi, że uszka nie powinny go boleć. A wieczorem znów płakał. Dodam, że ból nóg u dziecka zdarza się po około 1-2 godzinach od zaśnięcia. Co ja mogę zrobić, aby znaleźć przyczynę bólu nóg u dziecka, aby mógł spokojnie spać? Proszę o pomoc.
odpowiada 2 ekspertów:
Lek. Joanna Gładczak
Lek. Joanna Gładczak
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Brak akceptacji środowiska szkolnego przy próbach nawiązywania kontaktu

Nigdy w szkole nie należałam do osób, którymi inni się interesowali, koledzy mnie lekceważyli, nauczyciele wyśmiewali moją nieśmiałość i krytykowali moje odsuwanie się na bok klasy. Zawsze czułam się jak pasożyt, który zawadza społeczeństwu. Jednakże gdy poszłam do liceum postanowiłam...

Nigdy w szkole nie należałam do osób, którymi inni się interesowali, koledzy mnie lekceważyli, nauczyciele wyśmiewali moją nieśmiałość i krytykowali moje odsuwanie się na bok klasy. Zawsze czułam się jak pasożyt, który zawadza społeczeństwu. Jednakże gdy poszłam do liceum postanowiłam się przełamać, zrozumiałam, że po prostu zbyt nieufnie podchodziłam do innych i bojąc się odrzucenia unikałam kontaktu z ludźmi. Tak więc mówiłam każdej napotkanej osobie z klasy cześć, gdy szliśmy do szkoły, na przerwie zwyczajnie pytałam, co słychać, jak tam po wywiadówce, nie było to jakieś nachalne, zwyczajnie próbowałam nawiązać kontakt z różnymi osobami. Podchodziłam także do kilku klasowych grupek jak gawędzili sobie na przerwach i włączałam się w rozmowę, coś tam żartowałam itp., nie wydawało mi się, żeby moje zachowanie odbiegało jakoś od normy no może poza tym, że byłam trochę spięta co być może inni wyczuwali. W każdym razie albo grupa nie zwracała uwagi na moje słowa i kontynuowała dalej rozmowę, albo kwitowali moje słowa czymś w stylu aha, yy. I dalej zachowywali się jakby mnie nie było, jakbym była osobą, która przeszkadza im w rozmowie.

Dodam jeszcze, że na niemiecki chodzę z dziewczyną i chłopakiem z klasy, normalnie te poszczególne grupki z różnych klas rozmawiają ze sobą, uczą się słówek itp., a ja nie mam odwagi mieszać się do nich, natomiast ta dwójka ode mnie z klasy udaje, że mnie nie ma. Nie wychodzi to raczej ode mnie, bo jak mówię im cześć, na co oni oczywiście nie odpowiadają, pytałam też kilka razy co u ciebie itp., ale reakcja była zawsze w stylu nic i dalej byli pochłonięci rozmową ze sobą. Gdy ćwiczymy dialogi na lekcji oni też robią to tylko ze sobą, na mnie nie zwracają uwagi. Obecnie to już nie problem, bo przeniosłam się do dziewczyny, która siedziała sama, ale zastanawiam się, co jest we mnie takiego, co denerwuje innych, że po prostu traktują mnie jak powietrze albo się podśmiewają.

Wyglądam raczej zwyczajnie, mam średnią budowę ciała, myję się, nie śmierdzę na pewno, moje ciuchy to przeważnie jakieś bluzy, dżinsy itp, czasem założę coś bardziej ekstrawaganckiego, ale mój wygląd jakoś bardzo się nie wyróżnia, twarz też mam raczej ładną, często uśmiecham się do ludzi. Mam w klasie 3 koleżanki, ale one są ze mną tylko dlatego, że one u innych też nie wzbudzają szczególnego entuzjazmu w grupie. Naprawdę nie wiem co ze mną jest nie tak, nie jestem jakimś psychopatą, lubię muzykę, mam w miarę dobre oceny, w towarzystwie chętnie żartuję, fakt, że w obcym gronie mam opory przed otworzeniem się, ale tak jak wcześniej pisałam staram się jak mogę, jednakże jeśli nie spotykam się z żadną zachętą do kontynuowania znajomości, to czuję się, jakbym się narzucała.

Dziewczyny najczęściej odzywają się do mnie na WF, żeby rzucić uwagę w stylu ej ty, rusz się w końcu a wówczas ej, ty nie mieszaj się w grę, daj szansę lepszym. To już 3 miesiąc w tym środowisku, a ja ciągle czuję się jak niepotrzebny intruz, poza tymi 3 koleżankami odzywają się do mnie tylko sympatyczne dziewczyny, ale poza tym zawsze reakcją na moją obecność jest unik. Dlaczego tak się dzieje? Nie obgaduję tych ludzi, nie jestem jakąś fałszywą osobą. Boję się przede wszystkim nie samotności w szkole, lecz tego, że ciężko mi funkcjonować wśród ludzi, skoro mnie tak nienawidzą, Jeśli chodzi o rodzinę, to mówią mi, że jestem w porządku osobą, ale oni nie powiedzą mi o co chodzi. Jak sobie z tym poradzić?

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Brak apetytu i niechęć do jedzenia a stres

Witam! Mam 23 lata. Mój problem polega na tym, że nie wiem czemu odczuwam duży problem z jedzeniem przy dziewczynie, ewentualnie w dużym skupisku ludzi, najczęściej, których nie znam lub których mam poznać. Do tego zauważyłem, że jestem osobą raczej...

Witam! Mam 23 lata. Mój problem polega na tym, że nie wiem czemu odczuwam duży problem z jedzeniem przy dziewczynie, ewentualnie w dużym skupisku ludzi, najczęściej, których nie znam lub których mam poznać. Do tego zauważyłem, że jestem osobą raczej mocno się stresującą byle jakimi rzeczami. Na przykład dowiaduję się, że dziewczyna idzie się spotkać ze swoim kumplem, o tym wiem, że jej nie podrywa ani nic, a i tak się denerwuję i automatycznie opada mi apetyt. Właśnie u mnie jest tak, że stres czy sytuacja stresująca jest powiązana z apetytem. Od dawna to miałem, już jako nastolatek bałem się jeść w szkole, bo myślałem, że nie dam rady zjeść i się skompromituję. Głównie to na tym polegało. Przy pierwszej dziewczynie też bałem się jeść. Kiedyś dochodziło do tego, że nawet w domu bałem się jeść obiad z rodzicami i strasznie się stresowałem, co powodowało, że miałem napchany brzuch i ledwo jadłem. Musiałem też dużo popijać, bo łatwiej wtedy jedzenie przechodzi przez gardło. Z wiekiem problem malał. Ze znajomymi, których znałem nie miałem problemów, zwłaszcza z najlepszymi kumplami. Potem na wyjazdach też było okej, radziłem sobie, zwłaszcza jak piłem alkoholu dużo na wyjazdach to problem nie miał już znaczenia. Z kolejnymi dziewczynami było w miarę okej.

Może problem się pojawia jak spodziewałem się pójścia do restauracji itd. to myślałem ciągle o tym, że nie zjem tego co zamówię i wymyślałem często bóle żołądka lub inne dolegliwości. Moja ostatnia dziewczyna w ogóle mnie nie stresowała i jadłem u niej normalnie i w jej obecności. Problem się odnowił od kiedy jestem z obecną. Ma ona dość silny charakter i na początku znajomości nie miałem problemów, by z nią jeść. Jednak jak mi mówiła „dojedz to” albo „a co zostawiasz na talerzu” mój lęk rósł stopniowo. Po roku znajomości wyjechałem z nią i jej znajomymi na wyjazd i tam jeszcze spokojnie jadłem z nimi, chyba że się z nią pokłóciłem, to nic nie mogłem zjeść, bo byłem wściekły. Dodam, że jesteśmy ze sobą już prawie 2 lata. Jednak teraz jest źle, bo jak tylko pomyślę, by u niej zjeść, to łapie mnie jakaś blokada. Na przykład ostatnio pojechaliśmy na imprezę rodzinną. Przez 4 tygodnie myślałem o tym, że będę jadł z nią i jej rodziną, że wypada zjeść jak należy. Tworzyłem sobie takie rzeczy w głowie. Stworzyłem historyjkę, że mnie brzuch boli i mam jakieś kłopoty żołądkowe, w co uwierzyli wszyscy. Dziewczyna mówi, że jem mało, a ja się przy niej po prostu hamuję, kiedyś troszkę sobie z tego żartowała, teraz na to już nie zwraca uwagi i wiem, że w ogóle mnie nie ciśnie w żaden sposób. Jak mi mówi o tym, że słyszała o takiej czy innej restauracji, to mówi, że tam byłoby smacznie itd., a ja tylko przytakuję, bo nawet przez myśl mi nie przechodzi, by gdzieś pójść zjeść. Najlepsze jest to, że jak już zjem obiad mimo wcześniejszego strachu to czuję się wspaniale, że dałem radę itd., że może już koniec problemu. Tylko jak znowu się o coś wkurzę lub zestresuję, to jakby już nie jestem taki pewny.

Na pewno odpada rozmowa z nią na ten temat, bo po 1, co ona by sobie pomyślała o mnie, zresztą to wcale nie znaczy, że się stresuję jak z nią zawsze jestem, tylko że to jedzenie jakoś mnie blokuje. Często jeździmy na działkę, raz na miesiąc. Jak ją po raz pierwszy wziąłem, to myślałem tylko o jedzeniu itd. Jak raz zjadłem obiad, który zrobiła, to poczułem się super. I potem to przeszło i czułem się bardzo dobrze przez 2 tygodnie. Potem się chyba pokłóciliśmy i to jakoś samo wróciło. Teraz jak jeździmy mam zawsze taki problem, mimo że mnie w żaden sposób nie „krępuje” ani nic. A jak zjem obiad, to i tak myślę, że innym razem może nie dam rady. Zawsze mam wodę, by popijać, jak nie będę mógł zjeść. Czasami biorę kęsa, zjem trochę i coś pomyślę, że jeszcze tylko do zjedzenia i stresuję się niepotrzebnie, a to tylko pogarsza. Jak jem sam lub z rodziną, to na luzie jem i nawet jak jestem zapchany, to jem mnóstwo.

Generalnie dużo się stresuję o byle bzdetki, ale to jest tak, że u mnie stres=brak apetytu. Największy problem z jedzeniem mam jak mam jeść z dziewczyną i nieznajomymi. To myślę o tym dużo wcześniej. Chyba najlepiej jak się dowiem nagle o tym, że gdzieś mamy iść zjeść, bo nie mam czasu, by spowodować, że mój brzuch jest troszkę rozstrojony. Z drugiej strony jest to jak jakiś szok, który przechodzi przez ciało. Jak wypiję alkohol, to jest o wiele lepiej. Ze znajomymi i rodziną nie ma problemów z jedzeniem. Chyba że np. dziewczyna zadzwoni, a jesteśmy pokłóceni. Jak idę na imprezę, to nie mogę nic zjeść wcześniej, potem jak wypiję i mam dobry humor, to mogę jeść ile wlezie. Generalnie jestem osobą dobrze zbudowaną, jem dużo na co dzień. Chodzę na siłownię i trenuję. Dużo jem wieczorami, rano mało, bo nie mogę w siebie wepchnąć nic. Jak idę z dziewczyną na miasto, to raczej nic z nią nie jem, ona zje sobie naleśnika, a ja mówię, że w domu jadłem. Potem wracam do domu i już jem ile wlezie, jakbym sobie odbijał stracony czas. Dodam, że nie lubię jeść z dziewczyną, bo nie po to się z nią idę spotkać. Wolę się poprzytulać, ale to nie w tym sęk chyba. Proszę o pomoc, bo mnie to bardzo denerwuje!

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci?

Mam dziesięcioletniego syna i nie wiem jak mam mu wytłumaczyć, śni mu się moja zmarła córka i płacze, że jej nie widział i jej nigdy nie zobaczy. Jak mu to wytłumaczyć?
odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Seksomnia

Mam problemy podczas snu. Śni mi się bardzo często, że się z kimś kocham. Wydaję takie same odgłosy jakbym naprawdę uprawiała seks. Jestem mężatką od 14 lat i bardzo nam to przeszkadza. Mąż nie może w nocy spać, bo...

Mam problemy podczas snu. Śni mi się bardzo często, że się z kimś kocham. Wydaję takie same odgłosy jakbym naprawdę uprawiała seks. Jestem mężatką od 14 lat i bardzo nam to przeszkadza. Mąż nie może w nocy spać, bo go moje odgłosy budzą. W związku u nas wszystko w porządku, nie wiem, co mam robić, gdzie się zgłosić, bo to się nasila. Nie mogę przez to normalnie pracować, chodzę i cały czas o tym myślę.

odpowiada 2 ekspertów:
Lek. Joanna Gładczak
Lek. Joanna Gładczak
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Wpływ gwałtu na życie seksualne

Mam 23 lata. Od pół roku mieszkam z moim facetem. Na co dzień wszystko układa się nam świetnie. Czuję się kochana, doceniana, piękna... Nauczyłam się kochać samą siebie. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Jedyny problem jaki mamy jest taki, że...

Mam 23 lata. Od pół roku mieszkam z moim facetem. Na co dzień wszystko układa się nam świetnie. Czuję się kochana, doceniana, piękna... Nauczyłam się kochać samą siebie. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Jedyny problem jaki mamy jest taki, że seks przestał sprawiać mi przyjemność. Nie sprawiają mi przyjemności pieszczoty, nie mówiąc już o samym seksie. W ciągu dnia okazujemy sobie bardzo dużo czułości w postaci pocałunków czy przytulania. Mam nawet ochotę na seks, tylko jak przychodzi co do czego, to głowa ma ochotę, a ciało nie, a potem to nawet myśleć nie mogę, bo są już tak negatywne. Wtedy czuję nienawiść do siebie, że tak myślę.

Przy poprzednich związkach nie zdarzały mi się takie rzeczy i seks to była najprzyjemniejsza rzecz pod słońcem. Chociaż był jeden problem z seksem już w moim życiu pomimo młodego wieku, z którym nie potrafiłam sobie poradzić. Po uzyskaniu pełnoletności pojechałam do pracy za granicę, żeby osłuchać się i nauczyć się do matury, dobrze mówić po angielsku, która wtedy była najważniejsza, żeby się dostać na wymarzone studia. Wszystko przed wyjazdem było zapięte na ostatni guzik. Miałam gdzie mieszkać - u znajomych rodziców, była załatwiona praca. Tuż przed samym wyjazdem okazało się, że nie ma pracy ani mieszkania, a bilety już kupione z oszczędności małolata. Odezwała się znajoma ojca z Londynu, która zaproponowała nocleg przez 4 tygodnie. Pomyślałam, znajdę pracę, potem mieszkanie, 3 miesiące zleci, zarobię coś i będę mogła pomóc finansowo mamie. Na miejscu z 4 tygodni zrobiły się 2, z pracą jeszcze krucho. W mieście naiwna, młoda pytałam innych Polaków czy nie mają miejsca albo pokoju do wynajęcia i znaleźli się tacy. Dom, dwa małżeństwa, jakiś facet i jeden wolny pokój dla mnie. Dobra, powiedziałam, że biorę. Miałam z tym gościem mieszkać parę dni, potem miał się wyprowadzić i miałam mieć pokój. Dostałam swoje łóżko, potem łóżko też mi zabrał wraz z godnością i szacunkiem do siebie, kiedy mnie zgwałcił.

Po powrocie do kraju brzydziłam się moim mężczyzną. Pół roku problemy z seksem, niby rozumiał, ale przez kolejne 3 lata w kłótniach mu uciekało parę niemiłych słów i obelg. Myślałam - będę silna, dam radę. Nikt o tym nie wiedział prócz przyjaciółki i faceta, nie chodziłam do specjalisty. Miałam ważniejsze sprawy na głowie, bo przez kolejne 5 lat mój ojciec rozpijał się coraz bardziej, sajgon w domu to mało, a wraz z nim wstyd i siniaki. Ucieczka ze swoich problemów w problemy ojca wydawała mi się ratunkiem, bo w głębi duszy z niczym sobie nie dawałam rady, a na zewnątrz piękny pancerzyk i nikt by nic nie mógł złego powiedzieć, bo zawsze z uśmiechem na twarzy. No i znalazłam mężczyznę, przy którym dosięgam nieba i nie potrafię cieszyć się wszystkim, pewnie to co się wydarzyło miało na to wpływ, że nie potrafię całej siebie mu oddać.

Przypomniało mi się, że na początku z seksem z aktualnym partnerem, po długim okresie kiedy nie było nikogo, było krucho, ale dobrze. Potem jak grom z jasnego nieba spadły wspomnienia. W trakcie seksu potrafiłam znaleźć w sobie tyle nienawiści do siebie, że co ja zrobiłam i że byłam taka głupia, że musiałam uciekać z łóżka. Bałam się, że zrobię coś złego partnerowi. Zdarzało mi się też w trakcie odsunąć się i popaść w tak skrajne emocje, że nie mogłam przez bardzo długo przestać płakać. Partner wie i wiedział o wszystkim, ale też nie radzi sobie z tym wszystkim, jak i ja. Proszę o pomoc.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Kompleks niższości, zaburzenia samooceny i problemy w kontaktach z innymi

Jestem dwudziestoletnią dziewczyną. Moim problemem w relacjach z ludźmi jest to, że prędzej czy później praktycznie ze strony każdej osoby, z którą zawarłam jakąś bliższą znajomość, spotykam się z lekceważeniem i protekcjonalnością. W całym moim dotychczasowym życiu mogłabym na palcach...

Jestem dwudziestoletnią dziewczyną. Moim problemem w relacjach z ludźmi jest to, że prędzej czy później praktycznie ze strony każdej osoby, z którą zawarłam jakąś bliższą znajomość, spotykam się z lekceważeniem i protekcjonalnością. W całym moim dotychczasowym życiu mogłabym na palcach jednej ręki policzyć tych, ze strony których nie doświadczyłam czegoś takiego. Uważam się za osobę bardzo wrażliwą i dość czułą na krytykę, obawiam się nie tyle tego, że ktoś pomyśli o mnie coś złego, bo nie mam problemów z 'wewnętrzną' samooceną, bardziej obawiam się np. bycia nie w porządku wobec kogoś, bardzo boję się sytuacji, gdy mogłabym kogoś skrzywdzić, może dlatego, że sama często byłam w roli ofiary.

Właściwie to uważam się za inteligentniejszą od większości ludzi, których spotykam i nie czuję się od innych gorsza wewnątrz, jednak na zewnątrz zachowuję się jakby tak było, jestem nieśmiała i mam wrażenie, że ta moja nieśmiałość jakoś innych irytuje. Staram się być zawsze dla wszystkich miła, być może zbyt bardzo widoczny jest jakiś mój kompleks niższości. Po pewnym czasie praktycznie każdy zaczyna tę swoją przewagę nade mną wykorzystywać. Kiedy wówczas usiłuję okazać niezadowolenie i zademonstrować, że nie toleruję określonego sposobu traktowania mnie, często wywiązuje się z tego konflikt, bo dana osoba już się nauczyła, że wobec mnie można sobie na dużo pozwolić, i takie walczenie ze mną staje się dla kogoś rozrywką. Ten problem jest dla mnie wyjątkowo ciężki, ponieważ nie spotkałam nigdy nikogo, kto miałby podobny kłopot. Tak łatwe wchodzenie w konflikty bez żadnej winy z mojej strony jest czym naprawdę koszmarnym.

Jestem pewna, że ze swojej strony jestem wobec innych w porządku, jednak nawet osoby, które poznały mnie bliżej, przed którymi się otworzyłam i które poznały mnie od tej innej strony, po której jestem zupełnie swobodna, naprawdę normalna, rozmowna, wesoła i dowcipna, po pewnym czasie odsuwają się ode mnie, zwykle w sposób bardzo dla mnie przykry. Rozumiem, że spotyka się różnych ludzi i niektórymi nie warto się przejmować, ale ten sam schemat powtarza się w 85% moich znajomości. Czy to możliwe, by sam mój kompleks niższości tak na ludzi oddziaływał? Nie chciałabym na siłę udawać pewniejszej siebie, śmielszej, takiej, 'z którą lepiej nie zaczynać', bo chyba jak każdy chciałabym być szanowana po prostu za to, jaka jestem, szczególnie że - raz jeszcze podkreślam - jestem pewna, że nie ma po mojej stronie żadnej świadomej, obiektywnej winy. Jakie mogą być przyczyny mojego problemu? Czy w mojej sytuacji konieczna jest wizyta u psychologa? I czy faktycznie psycholog może mi pomóc coś w moim życiu zmienić?

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Wpływ przemocy w rodzinie na dziecko

Witam, zacznę od tego, że pilnie potrzebuję pomocy specjalisty, a z racji, że mieszkam w małej miejscowości nie mam możliwości na bieżąco konsultować się z psychologiem. Pochodzę z rodziny, w której królowała przemoc ze strony jednego z rodziców, tj. ojca....

Witam, zacznę od tego, że pilnie potrzebuję pomocy specjalisty, a z racji, że mieszkam w małej miejscowości nie mam możliwości na bieżąco konsultować się z psychologiem. Pochodzę z rodziny, w której królowała przemoc ze strony jednego z rodziców, tj. ojca. Ojciec był tyranem znęcającym się psychicznie i fizycznie nade mną i moją rodziną. Matka próbowała z nim walczyć, ale bez większego rezultatu. Ojciec katował mnie fizycznie i zastraszał, doprowadzając do takiej nerwicy, że bałam się oddychać w jego obecności. Pamiętam, gdy miałam 3 latka, a on z furią potrząsał mną, trzymając w powietrzu za włosy i krzyczał, bo nie poukładałam książeczek na podłodze. Pamiętam ten potworny ból cebulek i paniczny strach. Kiedy chciał się podrapać po nosie i podnosił rękę, ja kuliłam się ze strachu, oczekując razów. I tak przez ponad dziesięć lat.

Dzisiaj mam 27 lat, mam męża, dwóch synów - 2- i 5-letniego i zauważyłam, że w sytuacjach stresujących ogarnia mnie złość, która przeradza się w furię i nie wiem jak ją rozładować. Zaczęłam obserwować z paniką, że krzyczę i biję swojego starszego syna, kiedy coś zrobi źle. Po 2-3 minutach wściekłość opada i przerażona płaczę, pytając siebie: co ty najlepszego zrobiłaś? Wyrzuty sumienia zjadają mnie od środka, myślałam nawet, żeby się zabić, bo zamieniam się we własnego ojca. Boję się, panicznie się boję, bo nie chcę krzywdzić własnych dzieci. Jestem potworem. Dodatkowo ciągle jestem zmęczona, rozdrażniona, łatwo wybucham, choć mam wsparcie w kochającym mężu. Mam dosyć swojego życia i siebie samej. Błagam, pomóżcie. Co zrobić, żeby się zmienić i być dobrym człowiekiem?

odpowiada 3 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Marek Lisowski
Mgr Marek Lisowski
Mgr Dawid Karol Kołodziej
Mgr Dawid Karol Kołodziej

Bójki w małżeństwie i wyzwiska

Żyję w związku 15 lat. Na początku sama pracowałam ogromnie ciężko na utrzymanie rodziny, poświeciłam szkołę. Utrzymywałam męża, dziecko i moją mamę przez pół roku, gdyż odeszła od mojego brutalnego ojca i zamieszkała z nami bez środków do życia. Rodzice...

Żyję w związku 15 lat. Na początku sama pracowałam ogromnie ciężko na utrzymanie rodziny, poświeciłam szkołę. Utrzymywałam męża, dziecko i moją mamę przez pół roku, gdyż odeszła od mojego brutalnego ojca i zamieszkała z nami bez środków do życia. Rodzice mojego męża to patologia totalna, dno zupełne. Wyprowadziliśmy się od nich, gdyż sami nas wyrzucili. Ja miałam 18 lat, mąż 17. Przeszliśmy bardzo trudną i ciężką drogę bez niczego! Dziś mąż jest kierowcą tira i pracuje w transporcie międzynarodowym. Do wszystkiego doszliśmy sami! Głównym pociągowym byłam ja. Kłóciliśmy się wiele razy, z powodu jego rodziny, jego zachowania, ale nigdy mnie nie uderzył. Ja jego natomiast tak, lecz miałam powód. Nie wytrzymywałam tego co robił. Zachowywał się jak bachor i okropnie. Nigdy nie zrobiłabym tego bez powodu. Za wszystko przepraszał, bo miał trudny i skomplikowany charakter, wiedział o tym, a poza tym nic nie posiadał i z domu nic dobrego nie wyniósł. Ale pycha mu chyba strzeliła do głowy.

Teraz jest zarozumiały i bezwzględny. Nieustępliwy, obraża mnie, wyzywa, a za strzała oddaje! Nie wiem co robić. Ja teraz nie pracuję, ponieważ wychowuję 2 małych dzieci. Najstarsza córka ma 15 lat. Nigdy nie ma go w domu, bo ma taką pracę. Ale mnie prześladuje przeszłość i jego zachowanie. Nie wytrzymuję tego tym bardziej, że w jego rodzinie dzieje się źle, a ja sama również z ich powodu wycierpiałam. Jego bratowa po 2 latach małżeństwa wzięła rozwód z jego bratem, gdyż znęcał się nad nią. Teraz grozi, że ją zabije. To i wiele spraw mnie przerasta. Potrzebuję wsparcia, pomocy i zrozumienia, a nie dołowania mnie. A on tylko to robi. Co mam robić, nie wiem? Wiele razy doszło do bójki między nami. Jestem z tym sama i nie wiem, gdzie szukać pomocy. Wyciszyć się nie potrafię. U nas nie ma dobrych ośrodków, gdzie mogłabym się udać. Proszę o pomoc.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Marek Lisowski
Mgr Marek Lisowski

Problem z adaptacją w nowej szkole - co mam zrobić?

Witam. Mam 16 lat i właśnie zaczęłam liceum. Jest to najlepsze liceum w Łomży i są tu naprawdę duże wymagania. Uczą się tu bardzo zdolne osoby (oczywiście nie wszyscy, ale większość), panuje tu duża rywalizacja, m.in. o oceny. Wybrałam profil...

Witam. Mam 16 lat i właśnie zaczęłam liceum. Jest to najlepsze liceum w Łomży i są tu naprawdę duże wymagania. Uczą się tu bardzo zdolne osoby (oczywiście nie wszyscy, ale większość), panuje tu duża rywalizacja, m.in. o oceny. Wybrałam profil biologiczno-chemiczny, żeby zostać lekarzem, chociaż nie jestem tego pewna. Chciałam zadowolić rodziców, aby byli ze mnie dumni, ale przeraża mnie ogrom nauki i materiału, jaki trzeba tu opanować. Nie jestem pewna, czy chcę pójść na jakieś poważne studia, na których trzeba będzie się dużo uczyć. Na początku byłam w klasie B u nauczycielki z chemii, o której chodzą różne pogłoski. Moja bliska koleżanka była w klasie A (ten sam profil) i chciała się do mnie przepisać, ale u mnie było aż 36 osób i nie mogła. U niej było 31 osób, więc ja mogłam się przepisać, chociaż mam uraz do przepisywania się. W pierwszej klasie gimnazjum byłam w innej szkole, a w drugiej i trzeciej klasie w drugiej szkole (bo w tej pierwszej szkole miałam okropną klasę). Byłam nowa w klasie, szkole, czułam się zagubiona, ale później się oswoiłam. Dlatego chciałam unikać przepisywania się, ale jednak się do niej przepisałam - pomimo że powinnam już być bardziej odpowiedzialna i nie zmieniać klasy ze względu na koleżankę! Jednak myślałam, że wszystko będzie dobrze. Było w miarę ok, dopóki na pierwszej chemii nauczycielka spytała się mnie, czemu uciekłam z jej klasy. Powiedziałam, że chciałam być w klasie z koleżanką, a ona nie mogła się tam dopisać. Wszyscy na mnie patrzyli. Czułam się okropnie, tak jak w gimnazjum. Znów byłam tą, co się przepisała. Płakałam na przerwie, koleżanki mnie pocieszały, mówiły, że to żaden problem, że ona zaraz o tym zapomni. Po tygodniu przestraszyłam się materiału z różnych przedmiotów i chciałam się przenieść do innej szkoły. Wzięłam papiery (dyrektor bardzo długo mnie przekonywał, żebym tego nie robiła) i następnego dnia miałam iść do drugiej szkoły, ale całą noc o tym wszystkim myślałam. Rodzice byli przygnębieni, pokładali we mnie duże nadzieje i się zawiedli. Nie mogłam im tego zrobić. Następnego dnia poszłam do dyrektora i poprosiłam o drugą szansę. Od razu się zgodził i powiedział, że zrobiłabym życiowy błąd rezygnując z tej szkoły bez walki. Poleciałam wesoła na lekcje. Jednak zaczął mi nie pasować profil biologiczno-chemiczny. Stwierdziłam, że nie chcę iść na medycynę czy coś w tym kierunku. Poszłam do dyrektora, żeby przepisał mnie do ogólnej klasy, żebym jeszcze mogła się zastanowić, co chcę robić. Ale nie było już tam miejsc. Było miejsce w społeczno-prawnej. Powiedziałam, że się zastanowię. Poszłam po weekendzie i powiedziałam, że chcę do klasy społeczno-prawnej (to było bez zgody taty). Latałam za dyrektorem cały dzień na kilku przerwach i wreszcie mnie przepisał. Było ładnie i pięknie, myślałam, że wreszcie będzie dobrze. Po tygodniu spędzonym w tej klasie przestraszyłam się tego, co zrobiłam. Przecież rodzice tak chcieli, żebym była lekarzem, byłam do tego nastawiona odkąd zdecydowałam się na tę szkołę. Poszłam z tatą do dyrektora, żebym mogła wrócić do klasy biologiczno-chemicznej. Czułam się upokorzona, lekkomyślna, niezdecydowana. Żałowałam tamtych pochopnych decyzji. Przepisał mnie, ale czuję, że już mam u niego złą opinię i u innych w klasie, u nauczycielki z chemii. Wczoraj była chemia i mówiła do mnie: "Co ty wyczyniasz? Najpierw przepisujesz się z mojej klasy, później do społeczno-prawnej i wracasz do tej? Uciekasz przede mną?". A przecież nie uciekam, chcę mieć z nią chemię, bo jest dobrą nauczycielką, tylko wcześniej miałam chwilę słabości i wahania. Ciągle czuję strach. Zrobiłam złe wrażenie na samym początku. Koleżanki mnie uspokajają i mówią, że lepiej, że przepisałam się teraz, a nie później, bo miałabym zaległości. Tak bardzo chciałabym cofnąć czas i zostać w tej klasie, co byłam na początku. Nie być wiecznie spięta. Nie być zauważoną w taki zły sposób. Tamta klasa jest taka fajna i zgrana, mają świetną prezentację na ślubowanie. Tak żałuję mojej decyzji. Co ja narobiłam? Rodzice mnie pocieszają, mówią, że to minie. Ale ja ciągle się denerwuję i żałuję. Źle sypiam, non stop myślę o szkole, nie potrafię się wyluzować. Gdy rano wstaję, czuję się okropnie, że muszę iść do szkoły, panicznie się boję. Jak mam się pozbyć tego stresu? Gdy wracam do domu, to wiem, że muszę zaraz się uczyć, bo tyle tego jest. Nie mam prawie w ogóle czasu na przyjemności. Czuję, że robię coś złego, jak nie jestem przed książkami. Tęsknię za podstawówką i gimnazjum. Wtedy miałam czas na wszystko. Życie było takie proste i lekkie. A teraz ciągła, ciężka praca. Boję się tego. Nie wiem, czy to jest właśnie to, co chcę w życiu robić. Przecież powinno się być szczęśliwym. A ja czuję się jak więzień. Czuję, że źle zrobiłam, idąc do tej szkoły. Wszyscy mówią, że dobrze zrobiłam, bo dostanę się na studia, jakie będę chciała. Może powinnam pójść do zwykłego liceum, a nie do takiego elitarnego? Jeszcze bardziej przeraża mnie fakt, że już raczej nie mogę się przenieść, bo już tak namieszałam. Mówię sobie, że dam radę, skończę tę szkołę, ale jednocześnie bardzo się boję. Zwłaszcza dlatego, że wywołałam takie zamieszanie, że mam złą opinię u dyrektora i nauczycielki chemii. Boję się, że będę dostawała u niej złe oceny i będzie mówiła, że dobrze zrobiłam, że odeszłam z jej klasy. A chciałabym się dobrze uczyć, mieć dobre oceny. Tylko czuję, że brakuje mi chęci i zdolności. Tak się boję. Proszę o pomoc. Nie wiem, co mam robić.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Niepełnosprawność a samotność

Mam problem. Jestem osobą niepełnosprawną i mam problemy (a może ich nie mam). Wszystkie weekendy spędzam w domu, nie chodzę ze znajomymi na imprezy, czasem zostanę zaproszony na jakieś urodziny lub inną posiadówkę, ale dzieje się to raz na 2...

Mam problem. Jestem osobą niepełnosprawną i mam problemy (a może ich nie mam). Wszystkie weekendy spędzam w domu, nie chodzę ze znajomymi na imprezy, czasem zostanę zaproszony na jakieś urodziny lub inną posiadówkę, ale dzieje się to raz na 2 lub 3 miesiące. Znajomi też rzadko się do mnie odzywają. Zazwyczaj to ja muszę wykonać telefon, jeśli chcę z kimś porozmawiać. Większość czasu spędzam w domu, nie mogę ich do siebie zaprosić, cierpię przez to. Czuję, że nikogo nie obchodzę. Nie wiem, może przesadzam, ale jestem strasznie zagubiony. Co mam zrobić? Czy nie oceniam tej sytuacji źle, czy nie przesadzam? Jeśli jest to moja wina, mojego charakteru, to proszę o jakieś rady. Jak mam łatwiej nawiązywać kontakty i przyciągać do siebie ludzi? Proszę o pomoc.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Syndrom jelita nadwrażliwego i objawy psychosomatyczne jako reakcja na stres

Witam serdecznie, mam 31 lat i od zawsze miałem problemy ze stresem, jednak uciążliwe objawy nasiliły się w przeciągu ostatnich 2 lat. Zaczęło się od problemów jelitowych, okropne bóle, biegunki, nudności itp. Przez 1,5 roku zadręczałem się na śmierć...

Witam serdecznie, mam 31 lat i od zawsze miałem problemy ze stresem, jednak uciążliwe objawy nasiliły się w przeciągu ostatnich 2 lat. Zaczęło się od problemów jelitowych, okropne bóle, biegunki, nudności itp. Przez 1,5 roku zadręczałem się na śmierć tym, że mogę mieć raka jelita. Przestałem się ruszać, wychodzić gdziekolwiek, w pracy ciągle na zwolnieniu lekarskim, tylko sofa i tv, przytyłem 10 kg (wzrost 175, waga 88, a było 76). Po zrobieniu badań (krew, usg, kolonoskopia) okazało się, że wszystko jest w porządku i stwierdzono syndrom jelita nadwrażliwego, jednak kiedy ten okropny stres w końcu ze mnie zszedł, pojawiły się zawroty głowy, kołatania serca, problemy z oddychaniem, wysoki puls, dziwne drętwienia na twarzy i głowie, szumy i piski w uszach. Kiedy na przykład wstaję do pozycji stojącej, często słyszę szum, jakby krew dopływała do głowy. I wpadłem w kolejną panikę, bo nie wiem, co się ze mną dzieje. Obecnie jestem pod kontrolą lekarską. Miałem robione pełne badanie krwi, tarczycę i wszystko ok. Ekg też jest ok, ciśnieniomierz na 24 h też nie pokazał odchyleń od normy. Lekarz upiera się, że to nerwy, a ja ciągle myślę o rakach, guzach itp. Czy to jest jakaś odpowiedź mojego organizmu na ten okropny stres, na jaki wystawiłem się przez ostatnie lata, czy to nerwica?

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Objawy chronicznego zmęczenia

Witam. Od kilku lat mam problemy zdrowotne. Zaczęło się po urodzeniu córeczki, kiedy to przez cztery lata nie przespałam ani jednej nocy, ciągle byłam senna, słaba i wyczerpana. Teraz córeczka ma już 7 lat, a ja dalej źle się czuję....

Witam. Od kilku lat mam problemy zdrowotne. Zaczęło się po urodzeniu córeczki, kiedy to przez cztery lata nie przespałam ani jednej nocy, ciągle byłam senna, słaba i wyczerpana. Teraz córeczka ma już 7 lat, a ja dalej źle się czuję. Sądzę, że dorobiłam się chronicznego zmęczenia, ale lekarz bagatelizuje moje problemy. Dostałam skierowanie na podstawowe badania. Robię je co rok, ostatnio w czerwcu. Wszystkie są w porządku. Często mam problemy z żołądkiem, więc poszłam prywatnie na gastroskopię w ubiegłym roku, która wykazała jedynie refluks żółciowy. Z tej strony raz jest lepiej, raz gorzej. W momentach gorszych biorę leki typu M***, ale tylko sporadycznie. Mam też wypadanie płatka, zdiagnozowane 13 lat temu (obecnie mam 33). Jestem pod kontrolą lekarza, mam stałego kardiologa, do którego co pewien czas chodzę. Niby jest wszystko ok, mam jedynie pojedyncze skurcze dodatkowe nadkomorowe, zdiagnozowane badaniem Holtera, ale zawsze je miałam. Biorę magnez z zalecenia kardiologa.

Niepokoi mnie to moje ciągłe zmęczenie, senność, bóle mięśni, wyczerpanie. Ostatnio bóle mięśni bardzo się nasiliły, do tego czuję, że jestem bardzo słaba. Po każdym wysiłku mięśnie bolą mnie jeszcze bardziej. Mam je tak słabe, że aż mi drżą, gdy cokolwiek robię. Córeczka poszła do pierwszej klasy. Chciałabym pójść już do pracy, której poszukuję, ale czuję, że w takim stanie nie dam rady. Czy to rzeczywiście tylko zmęczenie? Rozumiem, że każdy bywa zmęczony, ale to zmęczenie mnie zabija. Czytałam dużo o fibromialgii, bo mam bardzo rozległe i głębokie bóle mięśni. Może to jest przyczyna? Byłam już u neurologa (w marcu), ale że pani doktor miała mnóstwo pacjentów, to mnie po prostu zignorowała, gdy wspomniałam o tych okropnych bólach mięśni i ogólnym wyczerpaniu. Gdzie powinnam się jeszcze udać? Jakie badania mogłabym jeszcze zrobić? A może jakieś suplementy mogłabym przyjmować? Biorę magnez, kupiłam też sobie taki lek M***, który niby pomaga w fibromialgii, ale nie widzę poprawy. Myślałam o żeń-szeniu, mleczku pszczelim. A może przyczyna jest inna, a nie tylko zmęczenie? Może to jakaś choroba mięśni, choroba reumatyczna? Jak uporać się z takim samopoczuciem, bo coraz trudniej jest żyć w takim stanie. Dziękuję.

odpowiada 2 ekspertów:
Lek. Magdalena Szymańska
Lek. Magdalena Szymańska
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Bicie metodą zwrócenia na siebie uwagi

Witam! Od około roku jestem ze swoją kobietą. Ja mam 22 lata, moja kobieta 18. Jak sama zaznacza, ma problemy z wyrażaniem emocji. Ostatnio była taka sytuacja, że zaczęła mnie okładać pięściami (lekko), gdy spałem (mieliśmy drobną sprzeczkę przed snem)....

Witam! Od około roku jestem ze swoją kobietą. Ja mam 22 lata, moja kobieta 18. Jak sama zaznacza, ma problemy z wyrażaniem emocji. Ostatnio była taka sytuacja, że zaczęła mnie okładać pięściami (lekko), gdy spałem (mieliśmy drobną sprzeczkę przed snem). Uspokoiłem ją, chyba przytulając (sam nie pamiętam) i położyłem się spać. Co jakiś czas mnie uderzała w rękę/tułów (lekko, żebym nie spał). Powtarzałem jej co jakiś czas, żeby tego nie robiła. Potem mówiłem, żeby przestała, bo mnie to boli (mały ból, w końcu to kobieta i nie uderza silnie). Dalej bez zmian, więc dodałem, że jej oddam. Parę razy uderzyła (jedno uderzenie co parę sekund, nie seria), więc jej oddałem w ramię (mocniej niż ona, jednak słabo jak na faceta). Znowu parę razy uderzyła mnie, ja jej raz oddałem, itd. Coraz mocniej jej oddawałem, aż w końcu przestała i zasnąłem (ona zresztą też).

Do dzisiaj ma pretensje, że ją zbiłem (próba manipulacji i dominacji z jej strony?). Osobiście uważam to, że to oddanie i nie widzę w tym swojej winy. Nie widzę nic złego w odpowiadaniu na przemoc przemocą (nawet sporo silniej). Natomiast zupełnie nie toleruję agresji, jak w jej wypadku. Jedynie jako forma obrony przed agresją innej osoby. Próbujemy rozwiązać jakoś tą sprawę, ale ona oskarża mnie o to, że ją zbiłem i że to niedopuszczalne, bo ona jest kobietą i jest słabsza. Ja nie widzę nic złego w uderzeniu kobiety, czy osoby słabszej, jeżeli to ONA ZACZYNA. W ogóle nie widzę różnicy między słabszym, a silniejszym. Ważne, kto zaczyna. Nie uznaję poglądu - Kobiet się nie bije. Uważam, że nie bije się nikogo ze względu na nic, chyba że ta osoba zaczyna pierwsza. Następnego dnia powiedziała mi, że próbowała zwrócić na siebie moją uwagę, bo ją olewam i chciała, żebym ją przytulił.

Przypomniało mi się, że mieliśmy kiedyś podobną sytuacją i z niewiadomego powodu ją wtedy przytuliłem. Nie wiem, czemu, kiedyś to zrobiłem, osobiście uważam za patologiczne bicie kogoś, by zwrócić na siebie uwagę. Własnemu (przyszłemu, jeszcze nie mam :) ) dziecku bym nie oddał, tylko tłumaczył, że nie wolno innych bić. Moja kobieta dzieckiem już nie jest, więc nie widzę nic złego w tym, że jej po jakimś czasie oddawałem (w końcu dało to efekt, kiedy rozmowa wcześniej nie dała). Nie wyobrażam sobie, żeby nasze dziecko w przyszłości biło innych, by zwrócić na siebie uwagę. To chyba patologiczne. Również nie chciałby, żeby ona kiedykolwiek uderzyła moje (nasze) dziecko, z jakiegokolwiek powodu. Teraz mówi, że by tak nie zrobiła, że w ogóle potępia przemoc, ale o swoim zachowaniu w stosunku do mnie uważa, że jak najbardziej miało uzasadnienie (olewanie jej). Tylko co, jeżeli w stosunku do dziecka, też będzie miała powód? Ja powód miałem, ale ja jej oddałem, odpowiedziałem na przemoc przemocą. Pewnie dało się to inaczej, lepiej, rozwiązać, ale nie uważam, że złą decyzję podjąłem. Może powinienem? Jestem ofiarą przemocy, czy też ja stosuję przemoc (co też powoli mi moja kobieta wmawia)? Jeżeli to ja jestem ofiarą przemocy, to jestem manipulowany (mowa o wmawianiu przemocy) świadomie, czy to jakaś reakcja obronna jej psychiki? Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale wolę napisać więcej dla pełnego obrazu sytuacji :).

Moja kobieta od jakiegoś czasu chyba wpędza mnie w kompleksy i obniża moje poczucie własnej wartości (pewność siebie) tym biciem i mówieniem jaki to jestem niski (jestem 10 cm niższy od niej, ale to jej kompleksy [nie moje, lubię swój wzrost] i jej to przeszkadza, więc wolałbym słuchać, jaka to ona jest wysoka, nie jaki to ja jestem niski). Dodam, że dziewczyna była bita przez ojca w przeszłości. Ja zresztą też (kiedyś to było bardziej akceptowalne niż teraz), ale wiedziałem, że to za np. złe oceny. Ona za nic, albo za błahe rzeczy. Interesuję się trochę psychologią, jeżeli chodzi o komunikację z innymi osobami, ale przeanalizować tej sytuacji nie potrafię. Czytałem jedynie parę artykułów na temat przemocy, w dodatku nie potrafię spojrzeć na to obiektywnie. Nie jestem osobą impulsywną, uważam że dobrze panuję nad emocjami. Tamtej nocy też panowałem, mimo że byłem zły, bo takie zachowanie (uniemożliwianie snu) uznaję za terroryzm :). Moja kobieta wtedy nic nie mówiła, nie próbowała powiedzieć co chce/co myśli, a jedynie uderzała. Bardzo prosiłbym o odpowiedź na wszystkie zawarte przeze mnie pytania (również o manipulacji) :).

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Marek Lisowski
Mgr Marek Lisowski

Fascynacja tatuażami i satanizmem oraz słaby kontakt z rówieśnikami

Mam 17 lat. Moje dzieciństwo nie było zbyt łatwe. Ojciec pił, w domu były częste kłótnie, jednak to minęło mniej więcej jak miałem 13 lat. Często zastanawiam się, czy moje dziwne zachowanie ma coś z tym wspólnego, czy po prostu...

Mam 17 lat. Moje dzieciństwo nie było zbyt łatwe. Ojciec pił, w domu były częste kłótnie, jednak to minęło mniej więcej jak miałem 13 lat. Często zastanawiam się, czy moje dziwne zachowanie ma coś z tym wspólnego, czy po prostu taki jestem. A więc zacznę od tego, że strasznie podoba mi się życie więzienne, często w myślach wcielam się w różne tego typu postacie, np. że kogoś pobiłem, jestem w więzieniu itp. Mam także dziwne zainteresowania, czyli np. podoba mi się wiara satanistyczna, kolczyki i tatuaże. Po prostu marzę o tym, żeby moje ciało było całe pokryte tatuażami. Nie wiem czemu, ale często mam dziwne myśli, lubię także czasami siedzieć sam tylko z moimi myślami. Jakbym odłączał się od teraźniejszości. Nie potrafię być taki wesoły jak moi rówieśnicy, mam słaby kontakt z innymi osobami, głównie z dziewczynami (nie mam pojęcia czemu). Nie jestem osobą towarzyską. Czasami zastanawiam się, czy to jakieś zaburzenia. Moja rodzina jest dobra, religijna, każdy kończy liceum, idzie na studia, tylko ja taki inny jestem. Często mam myśli, że nie pasuję do tej rodziny i dziwnie się z nią czuję.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jak zaakceptować swój wygląd?

Mam poważny problem z zaakceptowaniem swojego wyglądu. Mam 19 lat, a wyglądam jak dziecko, ludzie najczęściej oceniają mnie na 16 lat. Może to głupie, ale przez to czuję jakbym intelektualnie też była na poziomie 16latki. Nie podoba mi się we...

Mam poważny problem z zaakceptowaniem swojego wyglądu. Mam 19 lat, a wyglądam jak dziecko, ludzie najczęściej oceniają mnie na 16 lat. Może to głupie, ale przez to czuję jakbym intelektualnie też była na poziomie 16latki. Nie podoba mi się we mnie kompletnie nic, nie widzę zalet, które mogłabym uwydatnić. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że kiedy patrzę w lustro to wpadam w panikę i zaczynam płakać, ponieważ moja osobowość i charakter kompletnie nie pasują do wyglądu. Na co dzień kreuję sobie jakiś obraz siebie i kiedy spojrzę w lustro to doznaję szoku, bo nie poznaję osoby, którą widzę. W dodatku nie potrafię siebie zaakceptować, gdyż nie wiem jak wyglądam. Ja widzę siebie inaczej niż inni, poza tym na każdym zdjęciu wyglądam inaczej i moi znajomi też to widzą. Przez to mam bardzo niskie poczucie własnej wartości i czuję się przez ludzi odrzucana, nie potrafię się odnaleźć w żadnym towarzystwie. Dodam, że chodziłam już do psychologa, ale niewiele mi pomógł. Bardzo roszę o pomoc.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej
Patronaty