Twój przewodnik po zdrowiu

Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
Rozpocznij
7 6 7 , 2 0 1

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Psychoterapia: Pytania do specjalistów

Bierne palenie marihuany

Witam, nurtuje mnie pytanie. Jak może wpływać na osobę, która nigdy nie paliła marihuany, jej zapach? Mieszkam w akademiku, mam 22 lata. Jak wiadomo ściany są cienkie, wszystko słychać. Mój sąsiad za ściany, myślę, że mogę stwierdzić, że jest...

Witam, nurtuje mnie pytanie. Jak może wpływać na osobę, która nigdy nie paliła marihuany, jej zapach? Mieszkam w akademiku, mam 22 lata. Jak wiadomo ściany są cienkie, wszystko słychać. Mój sąsiad za ściany, myślę, że mogę stwierdzić, że jest nałogowym palaczem. Codziennie na korytarzu czuć zapach maryśki. Od jakiegoś czasu wyczuwam ten zapach u siebie w pokoju. Dodam, że od dłuższego czasu mam częste bóle głowy oraz problemy z koncentracja, po wizycie u lekarza zalecił p****. Szukając przyczyny tych objawów, aby poczynić kroki, dopiero dzisiaj przyszedł mi na myśl pomysł, że może są to bierne skutki uczestniczenia w paleniu. Proszę o odpowiedź, bo może doszukuję się problemu, gdzie go nie ma. Jeżeli moje przypuszczenia są prawdziwe, jak to może wpływać na mój organizm oraz zachowanie? Pozdrawiam

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Magdalena Kowalska
Lek. Magdalena Kowalska

Jak sobie poradzić po trudnym dzieciństwie?

Witam. Mam na imię Magda i mam 21 lat. Piszę, bo już sama sobie z sobą nie radzę, a na wizytę na żywo nie mam odwagi. Od jakiegoś czasu, hmm... tak mniej więcej od 13 roku życia, mam takie napady...

Witam. Mam na imię Magda i mam 21 lat. Piszę, bo już sama sobie z sobą nie radzę, a na wizytę na żywo nie mam odwagi. Od jakiegoś czasu, hmm... tak mniej więcej od 13 roku życia, mam takie napady depresji, tzn. nie było to ciągłe, to trwa tak mniej więcej 2-3 miesiące i na krótki czas znika, ale ostatnio to trwa ponad pół roku i już nie mam siły. A tak naprawdę to wszystko zaczęło się od zerówki, wtedy w domu zaczęło się źle dziać. Moja mama, niestety, ale do najcierpliwszych nie należy, i od kiedy pamiętam, zawsze o jakieś bzdety dostawałam po głowie, ale od zerówki do tak ok. 17 r.ż nie było dnia bez awantury, bicia i krzyków (dużo razy tak, że leciała mi krew z nosa). Najgorzej było w gimnazjum. Mój plan dnia wyglądał tak: szkoła, dom, obiad, po obiedzie szłam spać (oczywiście mówiłam, że się uczę), potem kolacja i znowu spać, i wtedy było w miarę spokojnie. Strasznie się jej bałam i do tej pory, gdy na weekendy wracam do domu, to gdy wchodzi do mojego pokoju, cała drętwieję, zwłaszcza jak ma zły dzień. Dużo razy tłukła talerze, rzucała np. ketchupem, po czym na mnie się wyżywała, że poplamiła nim firanki itp. głupoty :) Moje kontakty ze światem zewnętrznym też szczelnie ograniczała, mogłam wychodzić, dopóki nie sprawiało mi to za dużej przyjemności. Tak było, gdy wstąpiłam do harcerstwa, gdy zobaczyła, że czekam na piątek, gdy na 4 h będę mogła wyrwać się do normalnych ludzi, od razu ograniczała mi wyjścia i był zakaz. To się skończyło, gdy wyjechałam na studia do Warszawy, ale gdy wracałam na ferie, wakacje nie obywało się bez awantur. Dobrze, że chociaż już nie bije. I mimo że wyrwałam się stamtąd, to i tak chyba zdziczałam, a od pół roku to w ogóle nie mam ochoty wychodzić z domu, a już w ogóle o spotkaniach z ludźmi nie ma mowy, odrzuca mnie... Nie wiem, co jeszcze dodać, nie da się całego życia w jednym mailu opisać. Bardzo proszę o pomoc :(

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Bertrand Janota
Lek. Bertrand Janota

Mam już dość

Witam, mój mąż pracuje w systemie 4 zmianowym, co wolne to on pije. Zaczęłam się od niego odsuwać. Poświęcam się tylko dzieciom, mam dwoje dzieci. A jego nienawidzę, ponieważ jak jest pijany to się czepia, wyzywa mnie i robi mi...

Witam, mój mąż pracuje w systemie 4 zmianowym, co wolne to on pije. Zaczęłam się od niego odsuwać. Poświęcam się tylko dzieciom, mam dwoje dzieci. A jego nienawidzę, ponieważ jak jest pijany to się czepia, wyzywa mnie i robi mi awantury. Ja mam już dość. Proszę o pomoc! Co mam robić, bo rozstać się, to najprostsze. Przeprowadzałam z nim wiele rozmów, ale to nic nie pomaga, dalej jest tak samo. Tylko po każdej rozmowie słyszę już tak nie będzie, zmienię się itd. Jest tylko coraz gorzej.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd

Czy narkotyki potrafią zmienić chemię mózgu, czy po prostu jestem głupia?

Witam! Zauważyłam ostatnio, że nie funkcjonuję normalnie. Wolniej myślę i czasami się łapię na tym, że mówię (wbrew swojej logice) totalne bzdury. Nie potrafię zupełnie tego kontrolować, dzieje się tak, że uświadamiam sobie dopiero po fakcie co plotę i jestem...

Witam! Zauważyłam ostatnio, że nie funkcjonuję normalnie. Wolniej myślę i czasami się łapię na tym, że mówię (wbrew swojej logice) totalne bzdury. Nie potrafię zupełnie tego kontrolować, dzieje się tak, że uświadamiam sobie dopiero po fakcie co plotę i jestem wtedy bardzo zażenowana, trudno mi to odkręcić, zwłaszcza w gronie znajomych, tzn. to co mi się wyrywa z ust, nie jest bardzo dramatyczne, bardziej głupie i nienawiązujące do rozmowy, jakby dysfunkcja logicznego myślenia. To jest świeże i dla mnie zdumiewające... Chce zaznaczyć, że kiedy to się dzieje, nie jestem pod wpływem używek, nie wiem, czy to ma znaczenie, ale palę papierosy, piję kawę max 2 razy dziennie. Czy środki psychoaktywne mogą wpływać w takim stopniu na układ nerwowy? Brałam narkotyki (od kilku miesięcy nic) - pochodne ekstazy, LSD, kokaina. Przez to też borykam się z zaburzeniami osobowości i przewlekłą depresją (nie biorę żadnych antydepresantów, bo się boję). Nie wiem jak sobie poukładać i wytłumaczyć nowy objaw. Zastanawiam się, czy to może być guz mózgu. Czy narkotyki potrafią zmienić chemię mózgu, czy po prostu jestem głupia?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Sawrina Stopyra
Mgr Sawrina Stopyra

Jak zapomnieć?

Witam! Mam problem, z którym sobie nie radzę. Mam 26 lat, a od 4 lat spotykałam się z chłopakiem. To był trudny związek dla mnie. On jest alkoholikiem. Od samego początku wiedziałam, że on pije, ale myślałam, że nie...

Witam! Mam problem, z którym sobie nie radzę. Mam 26 lat, a od 4 lat spotykałam się z chłopakiem. To był trudny związek dla mnie. On jest alkoholikiem. Od samego początku wiedziałam, że on pije, ale myślałam, że nie są to duże ilości. Zaplanowaliśmy ślub i im bliżej było do ślubu, to on więcej pił, a ja coraz bardziej się bałam. Na 1,5 tygodnia przed odwołałam wszystko. On prosił, bym tego nie robiła, ale ja nie miałam siły, by z nim być. Poszedł na leczenie, starał się, ale trwało to chwilę. Potem zaś zaczął pić. Wiele razy schodziliśmy się, rozchodziliśmy. Potem lekarz psychiatra stwierdził, że on ma depresję. Gdy brał leki, to nie pił, ale brał je krótko i chyba wtedy, kiedy mu się chciało. Ale nie pił i między nami się ułożyło. Zdecydowaliśmy się ponownie na ślub. Ale on zaczął pić. I wesele odwołałam. Wiem już, że on się nie zmieni, że stara się przez chwilę, a potem zaś to olewa i jest źle. Wiem, że on mnie kocha. Ja jego też, ale widzę, że on nie radzi sobie sam ze sobą. On jest też DDA. Miał chodzić na terapię, ale się jej nie podjął. Ciężko mi zapomnieć o nim, bo ciągle martwię się o niego. Jest mi go tak bardzo żal. Jak mam sobie pomóc? Czy mogę jakoś mu pomóc, czy powinnam go zostawić w spokoju? Przepraszam, za chaotyczność mojego listu, ale nie umiem tych 4 lat opisać w krótkim liście. Codziennie płaczę i bardzo tęsknię za nim. Mam żal do siebie, że tyle razy mnie zawiódł, a ja mimo to mu wierzyłam. Mieliśmy tyle planów, a alkohol zabrał nam wszystko. Jak mam dalej żyć? Proszę o odpowiedź. Dominika

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

W jaki sposób można wpłynąć na męża alkoholika?

Witam. Piszę tu po raz pierwszy i przyznam, że nie jest mi łatwo. Z mężem znamy się od 6 lat, od prawie roku jesteśmy małżeństwem, 2 lata mieszkamy razem i powiem szczerze, że to wszystko już dawno mnie przerosło. Kiedyś...

Witam. Piszę tu po raz pierwszy i przyznam, że nie jest mi łatwo. Z mężem znamy się od 6 lat, od prawie roku jesteśmy małżeństwem, 2 lata mieszkamy razem i powiem szczerze, że to wszystko już dawno mnie przerosło. Kiedyś jak się spotykaliśmy bywały "sytuacje awaryjne", gdzie małżonek zapił, musiałam się nim opiekować i tak dalej, wtedy pomyślałam sobie, że za wszelką cenę postaram się mu pomóc. On nie jest złym człowiekiem, tylko alkohol go zmienia i niszczy wszystko co ma. Przez swoje picie stracił wiele. Swego czasu rozstaliśmy się poniekąd z tego powodu, a właściwie skutku jego picia. Kiedy próbował mnie odzyskać (a może ja jego), to wydawało mi się, że naprawdę będzie inaczej, że będzie normalnie, lecz od czasu ślubu jest z dnia na dzień gorzej, myślę że on zdaje sobie z tego sprawę, tylko nie umie sobie z tym poradzić.

W pewnym momencie przy moich namowach, tłumaczeniach, sam stwierdził, że pora coś z tym zrobić. Zgłosił się do AA. Na początku się naprawdę ucieszyłam, przez 2 tygodnie był trzeźwy i nam się układało, ale teraz jest dokładnie to samo, może z tą małą różnicą, że chętnie jeździ na meetingi i nadal pije. Nadal pije, kłamie, włóczy się nawet nie wiem gdzie, jeździ po pijanemu, zapiera się w pień i nie ma pracy, a ja już naprawdę opadam z sił i nam tego wszystkiego dosyć. Nie wiem jak mu pomóc, jak pomóc naszemu małżeństwu, jak pomóc samej sobie? Dodam, że ja mam 22 lata, a mój mąż 26. Bardzo proszę o jakąś wskazówkę, aby móc wyjść z tego labiryntu pijaństwa.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Jak pomóc partnerowi alkoholikowi?

Mam 27 lat, od 3 lat spotykam się ze starszym od siebie mężczyzną, który jest alkoholikiem. W tym czasie wielokrotnie byłam świadkiem zarówno okresów trzeźwości (głównie za sprawą implantów), jak i upokarzających ciągów picia do nieprzytomności. Na początku tego...

Mam 27 lat, od 3 lat spotykam się ze starszym od siebie mężczyzną, który jest alkoholikiem. W tym czasie wielokrotnie byłam świadkiem zarówno okresów trzeźwości (głównie za sprawą implantów), jak i upokarzających ciągów picia do nieprzytomności. Na początku tego roku, po naszym kolejnym już rozstaniu, on zdecydował się pójść na terapię dzienną. Wytrzymał tydzień, potem jeszcze 2 tygodnie bez picia, a potem powoli, dzień za dniem, wrócił do starych przyzwyczajeń. W międzyczasie pogłębiły się problemy w jego firmie, zaczął też zauważać częściej pojawiające się kłopoty ze zdrowiem. Mimo to nadal zaprzecza, pomimo świadomości własnej choroby, że alkohol jest czymś negatywnym w jego życiu! Faktycznie, w okresach trzeźwości jest aktywny, lubi sport, podróże, osiągnął wiele w życiu zawodowym. Jednocześnie, czego nie muszę tłumaczyć, wiele stracił, ale neguje, jakoby miało to związek z alkoholem.

Zdaję sobie sprawę z tego, że najrozsądniejszym dla mnie rozwiązaniem jest uciekać gdzie pieprz rośnie, ale jest to osoba, na której bardzo mi zależy i której chciałabym pomóc. Byłabym wdzięczna za jakiekolwiek wskazówki, zwłaszcza do kogo kompetentnego, oprócz ośrodka terapii dziennej, można się udać po pomoc. Słusznym będzie zaznaczyć, że mój partner chodził do dwóch tutejszych terapeutów; obydwu wodził za nos i nic nie osiągnęli.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Stowarzyszenia, grupy wsparcia, samopomocy, organizacje charytatywne itp. chcące wspierać osoby chore, w tym dotknięte zaburzeniami lękowymi - gdzie ich szukać?

W zamieszczonym w portalu artykule pt. „Nerwice - rokowanie i powikłania”, piszecie Państwo w punkcie zatytułowanym Wpływ nerwic na życie społeczne i finanse pacjenta: „Osoby cierpiące z powodu zaburzeń lękowych bardzo często są postrzegane jako, w pewnym stopniu, nieprzystosowane...

W zamieszczonym w portalu artykule pt. „Nerwice - rokowanie i powikłania”, piszecie Państwo w punkcie zatytułowanym Wpływ nerwic na życie społeczne i finanse pacjenta: „Osoby cierpiące z powodu zaburzeń lękowych bardzo często są postrzegane jako, w pewnym stopniu, nieprzystosowane do życia w społeczeństwie (...) Wiążąca się z tym niemożność zdobycia bądź też trudność w zdobywaniu środków do życia powoduje, że często osoby takie borykają się z problemami finansowymi bądź też, mimo woli, są zależne od innych w tej kwestii (...). Dlatego też powstają liczne stowarzyszenia, grupy wsparcia, samopomocy, organizacje charytatywne itp. chcące wspierać osoby chore, w tym dotknięte zaburzeniami lękowymi. Ważne, by każdy miał świadomość istnienia takich organizacji i choć w pewnym stopniu umiał odpowiednio pokierować chorą osobę – czy to do lekarza, czy psychologa, czy też innych ludzi umiejących pomóc.” Czy moglibyście Państwo zamieścić adresy lub nazwy stowarzyszeń czy organizacji pomagających ludziom chorym na zaburzenia lękowe? Wiem, że mogę sobie poszukać w Internecie sama, ale to wbrew pozorom nie takie proste :), a internetowe portale "wspierające" czasem potrafią wprowadzić w stan całkowitej rozpaczy, bezradności i braku nadziei...

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Jan Karol Cichecki
Lek. Jan Karol Cichecki
Dotyczy: Psychoterapia

Jak pomóc mężowi?

Pisałam już kilka razy o problemie w mojej rodzinie. Mąż jest młody, ma 25 lat i nadużywa alkoholu. Po pijanemu mówi i robi rzeczy, jakie się w głowie nie mieszczą. Jeździ pijany samochodem, motorem, okłamuje mnie, żeby tylko nie wydało...

Pisałam już kilka razy o problemie w mojej rodzinie. Mąż jest młody, ma 25 lat i nadużywa alkoholu. Po pijanemu mówi i robi rzeczy, jakie się w głowie nie mieszczą. Jeździ pijany samochodem, motorem, okłamuje mnie, żeby tylko nie wydało się, że pił choć ja widzę, że jest pijany. Wmawia mi, że to zmęczenie. Potrafił w domu będąc z synkiem wypić wódkę i do butelki dolać wody, żebym się nie zorientowała. Jak próbuje kontrolować swoje picie, to mu to nie wychodzi. Musi się upić. Pije tak długo, aż brakuje alkoholu, albo już po prostu nie ma siły wstać z kanapy, a jak ma za mało, to ucieka mi z domu pod różnymi pretekstami, albo doprowadza do kłótni i wychodzi. Nie pije on codziennie, ale jak już zacznie to trwa to nieraz kilka dni, Jak wróci do domu, wtedy przeprasza, obiecuje poprawę.

Ostatnio po 3 dniowym piciu bolało go serce, trząsł się cały, nie wiedziałam co się dzieje. Do rana przeszło. Nie wiem jak mu pomóc? On sam mówi mi, że nie chce, żeby tak dalej było, ale to jest bardzo trudne. Ostatnio wytrzymał 2 tyg. bez picia. Chodzenie na terapię do AA jest niemożliwe, gdyż pracuje w Holandii i do Polski wracamy tylko na jakieś 2 tyg i z powrotem Holandia, dlatego myślałam o esperalu bądź anticolu. Proszę o pomoc, bo nie wiem co robić. Boję się, że jak zostanę już z dziećmi w Polsce, a on nadal będzie jeździł do pracy, nie będę już miała nad nim żadnej kontroli i będzie pił coraz więcej i częściej. Dodam, że w jego rodzinie ten problem istnieje od dawna. Ojciec jego był alkoholikiem zmarł w wieku 54 lat, dziadek, wujkowie. Nie chcę, żeby skończył tak jak oni.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Kończę terapię grupową. Co dalej?

Witam, mam 26 lat, jestem kobietą, właśnie kończę terapię grupową, biorę leki antydepresyjne (w niedużej dawce). Z pracy z terapeutami wyniosłam tyle, że widzę, iż z jakiegoś powodu to ja sama utrzymuję się w stanie ciągłego poczucia beznadziei, ale nadal...

Witam, mam 26 lat, jestem kobietą, właśnie kończę terapię grupową, biorę leki antydepresyjne (w niedużej dawce). Z pracy z terapeutami wyniosłam tyle, że widzę, iż z jakiegoś powodu to ja sama utrzymuję się w stanie ciągłego poczucia beznadziei, ale nadal nie rozumiem, po co mi to... i co zrobić, żeby zacząć inaczej funkcjonować, korzystać z szans, które niesie życie? Póki co, wszystkie odrzucam bądź marnuję. Nie wierzę w swoje kwalifikacje czy zdolności, jeśli mnie ktoś chwali, to odczuwam to jako pomyłkę. Z jakąś obsesyjną przyjemnością powtarzam sobie w myślach, że do niczego się nie nadaję. ...tak bardzo boję się momentu skończenia studiów i podjęcia pracy, że odsuwam go wszelkimi możliwymi sposobami. Czuję jakby walczyły we mnie dwie tendencje - jedna skupia się na chęci nadrobienia obowiązków, które zawaliłam i pozytywnego wzmacniania samej siebie (w sensie - 'na pewno znajdziesz jakąś pracę, to nic, że wciąż nie wiesz, co chcesz robić w życiu, możesz być szczęśliwa mimo to'), a druga to ciągłe odwlekanie wszystkiego na później, poczucie braku sensu jakichkolwiek działań, porzucanie zainteresowań, które wcześniej były ważne, myśli samobójcze (nie biorę ich zbyt poważnie, bo wiem, że mam za mało odwagi, żeby się zabić, ale mimo wszystko niepokoi mnie ich intensywność; może to też jakaś forma ucieczki od działania?), przesypianie niemalże całego wolnego czasu, autoagresja (zdarzyło mi się kilka razy pociąć się po rękach, ale również nie wiem, czy brać to na poważnie). Czy to depresja? Skoro z zewnątrz patrząc, jakoś tam funkcjonuję: zdałam sesję na uczelni, nie chudnę, nie wyglądam fizycznie źle, śpię spokojnie (tylko strasznie długo i dużo), to może to wcale nie jest depresja?...nie wiem. Ale martwi mnie, że ten stan utrzymuje się od wielu lat i że ostatnio wręcz się pogłębia. Dopóki jeszcze chodzę na grupę, mam jakiś cel, żeby w ogóle się budzić. Ale nie czuję, by terapia doprowadziła do zmian w moim myśleniu. Nie wiem, co robić dalej... Czy mam się przyzwyczaić do ciągłego przygnębienia i blokowania sobie działań, uznać, że taki mam charakter, czy może mimo wszystko liczyć na zmianę siebie? Czy ludzie wychodzą z poczucia bezsensu istnienia na tyle, by być kiedykolwiek zadowolonym z siebie i z życia? Już nie pamiętam, kiedy się cieszyłam dłużej niż kilka minut... :(

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Joanna Żur-Teper
Mgr Joanna Żur-Teper

Kto może mi pomóc? Czy istnieją grupy wsparcia dla osób neurotycznych i znerwicowanych? Czy ktoś ma podobne lęki? Jak sobie z nimi radzi?

Wiem, że moje problemy mają swoje korzenie w dzieciństwie. Moja mama zmarła, jak miałam 9 lat, a ojciec był alkoholikiem. Wychowywana byłam przez ciotki. Jednak wyszłam szczęśliwie za mąż i urodziłam dwójkę dzieci. Mam stała pracę i dobry nastrój...

Wiem, że moje problemy mają swoje korzenie w dzieciństwie. Moja mama zmarła, jak miałam 9 lat, a ojciec był alkoholikiem. Wychowywana byłam przez ciotki. Jednak wyszłam szczęśliwie za mąż i urodziłam dwójkę dzieci. Mam stała pracę i dobry nastrój w pracy. Moje problemy nasiliły się bardzo mocno po śmierci męża. Zostałam z dwójką dorastających synów. Bardzo mocno odczuwałam osamotnienie, ciągły brak poczucia bezpieczeństwa, lęki, płaczliwość z byle powodu, wybuchowość, zamartwianie się, nawracające myśli i ogromną potrzebę bliskości z drugą osobą oraz miłości. Jednak wszystkie moje starania, aby na nowo ułożyć sobie życie, kończyły się niepowodzeniem. Moje związki zawsze się rozpadały. Raczej szybko. Kilka razy trafiłam na osoby uzależnione od alkoholu. Każde rozstanie mocno przeżywałam. Depresja, płaczliwość, niechęć do życia, zakłócenia snu. Gdy kogoś poznałam, miałam ogromny lęk przed odrzuceniem. Prześladował mnie lęk przed samotnością. Byłam u psychiatry i psychologa (NFZ), ale niewiele to pomogło, brak kontynuacji leczenia, duże kolejki i niewielkie zainteresowanie moimi problemami zniechęciły mnie do leczenia. Lekiem na moje dolegliwości stało się poznanie kogoś nowego. Wtedy wracała radość do życia. Poczucie szczęścia i bezpieczeństwa. Ale lęk przed odrzuceniem i samotnością czaił się w zakamarkach mojego umysłu. Moja wybuchowość, płaczliwość, pesymizm skutecznie potrafiły odstraszyć wszystkich. Powstało zamknięte koło. Zaczęłam czytać różne książki, artykuły chcąc sobie pomóc. Myślę, że mam już pewne pojęcie na czym polegają moje problemy. Powinnam znaleźć sobie jakąś pasję w życiu, ale do tej pory nie udało mi się to. Wiem, że najlepszym rozwiązaniem jest psychoterapia, jednak to jest bardzo kosztowne. Czy istnieją jakieś inne sposoby, aby sobie pomóc? Materiały, kasety? Grupy wsparcia?

Dotyczy: Psychoterapia

Problem z chłopakiem, który lubi pić alkohol

Mój chłopak, z którym jestem od ponad 5 lat ma problemy. Na początku naszej znajomości przez te 2, 3 lata było w porządku, choć zdarzały się jakieś nieporozumienia, kłótnie, nieodbieranie telefonów, picie z kolegami, ale tak źle jak jest...

Mój chłopak, z którym jestem od ponad 5 lat ma problemy. Na początku naszej znajomości przez te 2, 3 lata było w porządku, choć zdarzały się jakieś nieporozumienia, kłótnie, nieodbieranie telefonów, picie z kolegami, ale tak źle jak jest od prawie roku nie było. Zaczęło się w Wielkanoc 2009 roku. Miał do mnie przyjechać w Wielką Sobotę. Nie przyjechał, nie odbierał telefonów, miał wyłączony. Jak włączył to mówił, że jest w kościele przy grobie. Dzień wcześniej też już nie odpowiadał na telefony. W niedzielę tak samo było. Wkurzyłam się i zaczęłam go szukać. Stał pod OSP w swojej miejscowości. Byłam tak zdenerwowana, że porządnie oberwał po twarzy. Nie pił, stał z dziewczyną ze wsi i rozmawiał, ale jak go pytałam, czemu nie przyjechał, nie odzywał się, powiedział: "po co?". Wieczorem poszedł pić podobno. W poniedziałek dzwoniła nawet do niego moja mama. We wtorek pojechałam z nią do niego, wcześniej rozmawialiśmy przez telefon, leżał w łóżku skacowany. Błagał, żebym przyjechała. Jak przyjechałam, to się prawie rozpłakał. Rozmawialiśmy z nim. Mi powiedział, że to przez rodziców, że ciągle ciągną od niego pieniądze, ojciec mu podobno powiedział, że nie jest mnie wart i w ogóle po co ze mną jest. Jakoś powoli wracało wszystko do normy. Za jakiś czas sytuacja się powtórzyła, ale już go nie szukałam. Obiecywał, że już nie będzie szalał, że się uspokoi. Nic z tego nie wyszło. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy, nawet już nie wiem ile, może z 4, 5. W październiku zarysował porządnie samochód. Był pijany, bo mi kolega powiedział, i jechałam po drodze wieczorem, to pił z takim alkoholikiem ze swojej miejscowości. Znowu były kłótnie, nieodzywanie się i tak dalej. Nowy rok się zaczął spokojnie. Ale miesiąc temu znowu mu odwaliło i pił przez 2 dni z kolegami, i już zerwałam z nim, choć myśl, że już go nie będzie przy mnie nie dawała mi spokoju. Znów się uspokoiło. W ten poniedziałek opił się w OSP, bo niby medale dostał. Nie odbierał telefonu. Martwiłam się. We wtorek niby poszedł do pracy. Zadzwonił z 2, 3 razy, a później mu telefon padł i nie mogłam się do niego dodzwonić. Wkurzyłam się, zadzwoniłam do jego mamy, a ona, że ma go w d..., nie daje na opłaty, obraził ich i tak dalej i że pojechał do miasta. Ja, nie myśląc długo, zamiast jechać do domu, pojechałam za nim do tego miasta i bardzo prosiłam Boga, żeby pomógł mi go znaleźć. Jadąc MKS-em, zauważyłam go. Szedł z kolegami, złapałam go i pytam, co się z nim dzieje i w ogóle. A on nic, że idzie załatwiać sprawy i do banku. To poszliśmy do tego banku. Pospłacaliśmy nieduże zaległości i poszliśmy coś zjeść i na piwo, choć nie chciałam, ale nie chciałam zrobić mu przykrości, bo się strasznie denerwował, a ja nie miałam już ochoty na kłótnie. Pojechaliśmy do domu później, każde do swojego. Na drugi dzień dzwonił, że jest w pracy, że wszystko OK i przyjechał do mnie, i dziś też był. Dodam jeszcze, że jego rodzina nie jest bogata. Matka ma problemy z nogami, ojciec pracuje tylko w sezonie, a tak to na zasiłku jest, siostra w sklepie. On pracuje na cegielni. Niby mu szef nie wypłaca pensji i ciągle mu brakuje pieniędzy, bo ma kredyt na samochód. Ja mu pożyczyłam na bieżące potrzeby, ale oszczędza nawet na jedzeniu. Mówi, że to przez to wszystko tak głupieje, że ten kredyt, że rodzice ciągle od niego ciągną, a sami siedzą przy piwie i papieroskach, chipsach, siostra się bawi. A on ciągle ma dawać im kasę, której nie ma, bo jak nie, to nie wolno mu jeść, myć się, ma się wynosić z domu. Nigdy mu nic nie kupili. Ciągle tylko daj i z tym jest prawda. Teraz nawet wody na herbatę zrobić sobie nie może. O kredycie nie wiedzą, bo nie chce tego mówić. Jak byliśmy we wtorek na tym piwie, to powiedział mi, że brakuje mu dawnych czasów czasami, żeby tak popić, pogadać z kumplami, ale ja nie chcę, żeby tak było, bo on nie zna umiaru i się boję. Jak zacznie pić, to będzie pił przez dwa, trzy dni. Będąc młodym, nie był grzecznym chłopczykiem, to fakt. Jak 3 lata temu był we Włoszech, to kupił mi pierścionek zaręczynowy, ale jakoś się rozstaliśmy na jakiś czas i oddał. Teraz mi mówi, że chciałby się już ze mną ożenić, bo nie chce tak jeździć, i chce się wyrwać z tego domu, i chciałby mieć kiedyś dziecko ze mną. Ja nie czuję jeszcze takiej potrzeby i mu powiedziałam, że ja nie chcę mieć dzieci. To było miesiąc temu i na drugi dzień poszedł pić. A wesela też na razie nie chcę, bo ja studiuję i nie mamy poza tym pieniędzy. Jestem od niego młodsza o 5,5 roku. Lubię, gdy wiem wszystko, gdzie jest, co robi itd. Często mu mówię, co ma robić. Ja już nie wiem, co mam robić. Czy to moja wina? Do lekarza on nie chce iść. Teraz będzie wyjeżdżał z moją mamą i kuzynem do pracy za granicę. Może jak będzie miał pieniądze, to się poprawi. Ale ja nie chcę żyć w niepewności i nie chcę go stracić, bo go kocham. Co mam robić?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Joanna Żur-Teper
Mgr Joanna Żur-Teper

Terapia psychodynamiczna

Witam serdecznie! Od 10 lat borykałam się z zaburzeniami lękowymi i w końcu 8 mies. temu zdecydowałam się na terapię. Lekarz psychiatra i psycholog zalecili terapię psychodynamiczną. Chodzę na spotkania raz w tygodniu już od prawie 8 mies. i widzę... Witam serdecznie! Od 10 lat borykałam się z zaburzeniami lękowymi i w końcu 8 mies. temu zdecydowałam się na terapię. Lekarz psychiatra i psycholog zalecili terapię psychodynamiczną. Chodzę na spotkania raz w tygodniu już od prawie 8 mies. i widzę ogromną poprawę, tzn. znam już przyczyny moich lęków. Wspólnie z terapeutką odkryłyśmy myślę, że główny konflikt wewnętrzny dręczący mnie od dzieciństwa. Więc terapia psychodynamiczna ma sens.

Nie miałam łatwego startu, a utrwalone sposoby radzenia sobie z trudnościami spowodowały, że zatrzymał się mój rozwój osobisty. Po ujawnieniu tego konfliktu, zupełnie niespodziewanie poczułam przeogromną ulgę, moje samopoczucie było wspaniałe, jakby ktoś zdjął mi kamień z pleców. Pozytywne emocje zalały mnie i poczułam się jak uwolniona z klatki. Życie stało się piękne, a ludzie z podświadomych wrogów stali się przyjaciółmi. Dodam, że nie biorę i nie brałam żadnych leków. Euforia trwała 2 dni, a naprawdę świetne samopoczucie do następnej sesji. Odkryłam kolejny konflikt i znów jest szaro i ponuro, chociaż odrobina różowego się próbuje przebić. Nie jest łatwo, to w końcu terapia psychodynamiczna, poruszamy trudne tematy i moje samopoczucie się czasami pogarsza w wyniku tego. Mimo to bilans wychodzi na plus. Myślałam, że po rozwiązaniu tego głównego konfliktu, poprawa samopoczucia będzie się utrzymywać i zakończę terapię psychodynamiczną, ale jednak niestety jeszcze trochę popracuję nad sobą. Nie mam nic przeciwko temu, gdyż dostałam namiastkę tego, co mogę odczuwać po terapii psychodynamicznej zdecydowanie częściej, i wiem, że warto czekać i pracować nad sobą.

Moje pytanie dotyczy metody psychoterapeutycznej wykorzystywanej do terapii psychodynamicznej. Wiele czytam o psychoterapii behawioralno-poznawczej, że jest najskuteczniejsza i efekty utrzymują się trwale. Czy terapia psychodynamiczna jest równie skuteczna? Moja terapeutka przewiduje czas trwania terapii do 2 lat, gdyż moje zaburzenia są wynikiem tego, jak zostałam wychowana i jak została zbudowana moja osobowość. Czy zmiany osobowości w przebiegu terapii psychodynamicznej są stałe? Sięgamy do czasów mojego dzieciństwa, przepracowujemy zranienia tamtego okresu.

Tak bardzo chciałabym, żeby ta praca rzutowała na całą moją przyszłość, taką mam nadzieję, a jednocześnie się obawiam, że wszystko to, co odzyskuję, pryśnie jak bańka mydlana. Odzyskuję siebie i nie chcę się pogubić, kiedy już rozstanę się z psychoterapeutką i pójdę swoją drogą. Która z metod jest skuteczniejsza po zakończeniu terapii psychodynamicznej? Pozdrawiam serdecznie. :)
odpowiada 2 ekspertów:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Dr Izabela Dębicka
Dr Izabela Dębicka

Jak ratować rodzinę?

Dzień dobry, mam 41 lat, jestem mężatką od 20 lat, troje dzieci. Mój mąż jest alkoholikiem. Od kiedy to sobie uświadomiłam i "ruszyłam" problem, pije po kryjomu. Wcześniej pił "legalnie" niewiele, więc się nie domyślałam, ale jak się okazało resztę...

Dzień dobry, mam 41 lat, jestem mężatką od 20 lat, troje dzieci. Mój mąż jest alkoholikiem. Od kiedy to sobie uświadomiłam i "ruszyłam" problem, pije po kryjomu. Wcześniej pił "legalnie" niewiele, więc się nie domyślałam, ale jak się okazało resztę dopijał w tajemnicy, jak szłam spać. Nie upija się, przynajmniej tego jakoś specjalnie nie widać, trudno mi nawet czasem stwierdzić po wyglądzie czy akurat pił czy nie. Nie wszczyna awantur (choć ma zmienne nastroje i czasem jest przykry) ale na pewno zdarza się, że prowadzi samochód w stanie nietrzeźwym. Jakiś czas temu, w rozmowie przyznał, że ma problem, udał się nawet do specjalisty, ale dość szybko zaniechał tych wizyt (tak naprawdę nie wiem ile razy naprawdę był, bo mam wrażenie, że kłamie w każdym temacie i kompletnie mu nie wierzę).

Do tej pory nie było źle, miał krótkie okresy gorszego samopoczucia (pewnie wtedy pił, albo miał z kolei zespół abstynencyjny), wyrastał wtedy między nami mur, ale to jakoś szybko mijało, potem był "normalny" i szło się z nim dogadać, nasza rodzina w miarę normalnie funkcjonowała. W miarę interesował się dziećmi, mną, choć jak sięgnę pamięcią zawsze miałam niedosyt, jeśli chodzi o jego zainteresowanie nami. Mąż jest zamknięty w sobie, zawsze miał problemy z wyrażaniem uczuć i tzw. poważnymi rozmowami. To chyba jeszcze pogarsza sprawę. 2 tygodnie temu nastąpił kryzys jeśli chodzi o stosunek do mnie, zmiana jest ogromna, praktycznie z dnia na dzień całkowita niechęć do mojej osoby, całkowity mur, nie odzywa się do mnie, odpowiada tylko na pytania (więc jakby co, to przecież rozmawiamy), fizyczny kontakt zerowy, w ogóle nie spędza z nami wspólnie czasu (niby pracuje, ma firmę w domu). Przez ten czas stopniowo "zszedł" z wszystkiego co wiąże się z moją osobą, do dzieci - minimum kontaktu. Ale nie mam pojęcia czy właśnie ma etap popijania, czy męczy się z abstynencją.

Dużo czytałam na temat tej choroby, ale kompletnie nie wiem jak teraz, w związku z takim zachowaniem, postępować. Próbowałam rozmawiać, odmawia: "niech każdy pilnuje swojego nosa". Mówi, że nie potrzebuje żadnej pomocy. Potrzebuję rady jak się zachowywać w domu, żeby mu jakoś pomóc dostrzec problem! Wcześniej, tak jak pisałam nie zaprzeczał, że jest uzależniony, teraz jakby się przed tym bronił. Chyba jest wściekły, że sobie nie radzi (do tego źle się czuje fizycznie od strony przewodu pokarmowego, tyle mogę zaobserwować). Teraz nie nadskakuję mu absolutnie (wcześniej po tych gorszych dniach zdarzało się, że to ja przełamywałam lody). Ale czy próbować jeszcze rozmawiać, czy dać spokój? Traktować jak powietrze (włącznie z praniem, obiadami - trudna sprawa ze względu na dzieci, przynajmniej wtedy jesteśmy wszyscy razem, itp.)? Traktować w miarę normalnie, ale bez nadskakiwania? Gdzieś czytałam, że takiemu człowiekowi nie należy dawać tego, czego się samemu od niego nie otrzymuje. Więc jak chłód to chłód? Do tej pory nikt w rodzinie nie wie o problemie, pewnie im delikatnie powiem. A co z dziećmi? Przecież widzą, że coś jest nie tak. Dodam, że nie miałam powodów go kryć na zewnątrz, kłamać, czy powodować by unikał ew. konsekwencji (nie wiem nawet czy ma jakieś kłopoty w związku z piciem, pewnie zawodowe). Bardzo proszę o radę.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Uczucie otępienie, oszołomienia, problem ze wzrokiem, zły humor po zapaleniu marihuany

Witam! Mam 20 lat, w swoim życiu paliłem marihuanę może max 15 razy, i to w odstępach paru tygodni... Zawsze po paleniu było wszystko fajnie, następnego dnia czułem się normalnie, wszystko było ok. Ostatnio, tj. tydzień temu zapaliłem marihuanę z...

Witam! Mam 20 lat, w swoim życiu paliłem marihuanę może max 15 razy, i to w odstępach paru tygodni... Zawsze po paleniu było wszystko fajnie, następnego dnia czułem się normalnie, wszystko było ok. Ostatnio, tj. tydzień temu zapaliłem marihuanę z kumplem, następnego dnia czułem się dziwnie, nic mi się nie chciało, czas upływał mi bardzo wolno, wydawało mi się jakbym był na haju tylko mniejszym i z zachowaniem pełnej świadomości. Od tamtego momentu, codziennie czuję się dziwnie, chodzi o to że mam jakoby zaburzenia widzenia (tak jakby obraz przed oczami mi leciutko skakał, migał... coś w tym stylu) ale wszystkie czynności wykonuję normalnie, bez żadnego problemu, te uczucie dziwnego widzenia mogę porównać do stanu po wypiciu np. 3 piw, po prostu wydaje mi się, że źle widzę... jakby obraz pulsował. Wspomnę też, że chodzę wcześnie spać, bo czuję się zmęczony. Nie wiem czym to może być spowodowane? Może, dlatego że THC jest ciągle obecne w moim organizmie? Co mam robić? Czy to samo przejdzie? Jak tak to mniej - więcej po jakim czasie?? (ten stan utrzymuje się już tydzień) Proszę o pomoc...

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Magdalena Kowalska
Lek. Magdalena Kowalska

Na jakiej podstawie mam wierzyć w siłę psychoterapii?

Dziękuję Pani za nadesłanie odpowiedzi. Mam jednak z zaakceptowaniem zawartych w niej propozycji pewien problem. Podjęcie na nowo psychoterapii nie jest dla mnie małym krokiem. Było może takim, kiedy pierwszy raz szedłem nań z nadziejami na wyleczenie. Przez trzy lata...

Dziękuję Pani za nadesłanie odpowiedzi. Mam jednak z zaakceptowaniem zawartych w niej propozycji pewien problem. Podjęcie na nowo psychoterapii nie jest dla mnie małym krokiem. Było może takim, kiedy pierwszy raz szedłem nań z nadziejami na wyleczenie. Przez trzy lata chodziłem następnie do psychiatry mniej więcej co 2-3 miesiące (czasem częściej) na wizyty po 30-60 minut, a przez ostatnie pół roku także do psychologa na wizyty co dwa tygodnie (ostatnio raz w miesiącu) po 60 minut. Brałem też leki. Może to było za rzadko? Może nie zrobiłem tyle, ile mogłem? Męczy mnie często ta możliwość...

W każdym razie poza pierwszymi miesiącami, które pozwoliły mi pozbyć się najgorszych natręctw i zapewne skończyć studia w terminie, czułem, że te spotkania są zmarnowane. Zapewne było w tym wiele mojej winy. Psycholog i psychiatra zachęcały mnie do jakiegoś działania, do robienia czegoś w życiu, na czym można by było pracować. Ale ja byłem tylko w stanie z rezygnacją udowadniać, że wszystkie proponowane przez nie konkrety nie mają i nie mogą mieć dla mnie sensu. Jeśli nawet coś drobnego zrobiłem, one tego nie zauważały, a i ja nie widziałem w tej aktywności większej wartości. Kiedy chciałem, by pomogły mi znaleźć taką wartość, której nie mógłbym w oparciu o moje doświadczenie życiowe odrzucić, która pozwoliłaby mi przezwyciężyć widma przeszłości i patrzeć w przyszłość, nie potrafiły mi pomóc. Powiedziałbym, iż raczej unikały tego tematu jako czysto egzystencjalnego (choć nie wiem, jak psychika miałaby nie być powiązana z problemami egzystencjalnymi). Kiedy to wszystko nie działało nie próbowały iść inną drogą, a może ja sam na to nie pozwalałem...

Być może tak naprawdę kierowało mną wyłącznie dążenie do autodestrukcji pod przykryciem robienia czegoś. Może chodziło o nabyte przeze mnie w bezczynności lenistwo (które do pewnych granic jest przyjemne, zwłaszcza w porównaniu z czymś, co miałbyś robić, nie widząc w tym zupełnie sensu). Nie jestem w stanie powiedzieć, jaką konkretnie metodę terapeutyczną w moim przypadku stosowały. Na pewno nie była pokrewną psychoanalitycznej, gdyż w mojej przeszłości (w przeciwieństwie do mnie) nie chciały specjalnie grzebać (poza ogólnym uwarunkowaniem moich neurotycznych konfliktów). Ze względu na charakter zadaniowy ich propozycji było w tym pewnie sporo z terapii behawioralnej (na ile się w niej orientuję). Poza tym nie widziałem w spotkaniach jakiejś konkretnej metody. Nie znaczy to, iżbym zaprzeczał ich umiejętnościom. Widziałem dobrze, że są intelektualnie świetnie przygotowane, że mają doświadczenie, sporo empatii i cierpliwości. Ale widziałem, że na mnie to nie działa. Było tak może również dlatego, że jestem (albo stałem się w życiu) generalnie nieufny i podejrzliwy.

W mojej nerwicy jednym z podstawowych stosunków uczuciowych wobec ludzi była zawsze obawa przed byciem wykorzystanym. Bardzo Panią proszę, by nie brała Pani tego, co teraz powiem, do siebie osobiście i nie osądzała mnie od razu za impertynencję. Mam problem, by zaufać w kwestii mojej psychiki, najbardziej intymnych szczegółów życia, osobom, którym za to płacę. Zwłaszcza, że spotkań musi być z założenia wiele, gwarancji wyleczenia nie ma żadnych, a środki na te spotkania nie pochodzą z mojej kieszeni i jest mi wstyd, kiedy muszę brać ekstra ponad to, co jest konieczne do przeżycia (nie mam i nie chcę mieć żadnych swoich pieniędzy). Czułem się upokorzony, kiedy za spotkanie płaciłem na jego końcu, bo było to dla mnie jak sucha transakcja biznesowa. Dlatego umówiłem się z paniami, iż będę płacił na początku spotkań. Wiedziały, jaka jest tego przyczyna. Nie potrafię też zaufać, kiedy wiem, że jestem tylko jednym z dziesiątków pacjentów lekarza; że moje problemy interesują go jedynie w momencie, kiedy o nich mówię, a następnie o nich zapomina do następnej wizyty; że ja mu do niczego nie jestem potrzebny i nie przejmie się za bardzo, jeśli nigdy się już więcej nie pojawię. Gdyby chodziło o dentystę czy ortopedę, pewnie nie przeszkadzałoby mi to zupełnie, ale też przedmiot ich leczenia jest o wiele bardziej neutralny. Prawdopodobnie jestem w wielu szczegółach niesprawiedliwy, lecz nie potrafię myśleć inaczej. Chyba generalnie lepiej o tym powiedzieć, niż dusić to w sobie. Tego paniom jednak nie wyjaśniłem, w obawie, że poczują się urażone, a ja sam będą się przez to czuł jeszcze bardziej winny. Reasumując, całe moje doświadczenie z psychoterapią odpycha mnie od niej. Nie wiem, na jakiej podstawie miałbym odzyskać nadzieję w jej skuteczność.

Nie pojmuję, jak zmiana osoby psychoterapeuty czy metody leczenia miałaby mi pomóc. W kontekście tego jedyny argument, jaki przemawia za wznowieniem psychoterapii, ma charakter negatywny: że w myśl powszechnego przekonania nie ma innego sposobu wyleczenia się z nerwicy. Ale jego siła jest słaba. Do szukania pomocy na zewnątrz zniechęca mnie ponadto wewnętrzna sprzeczność moich posunięć, której nie potrafię rozstrzygnąć: skoro nic nie ma i nie może mieć sensu, to co ja tu robię, czego chcę, po co przyszedłem? No więc od dwóch miesięcy już nie przychodzę, a parę dni temu skończyły mi się także resztki leków (których działania zresztą, mimo ich kilkukrotnej zmiany, i tak od dawna nie odczuwam). Problem nie jest tak uciążliwy, kiedy samemu próbuje się czytać literaturę i analizować siebie. Lecz ten mail także wywołuje we mnie ów dysonans...

Dotyczy: Psychoterapia

Gdzie szukać pomocy w Warszawie dla osoby nieradzącej sobie z emocjami?

Witam, jestem spoza Warszawy. Mam tam w rodzinie osobę, która przyznała mi się do wieloletniego problemu w jej małżeństwie. Jej mąż nie radzi sobie z emocjami. Wybuchy złości są coraz silniejsze - bardzo krzyczy, używa wulgaryzmów (choć na...

Witam, jestem spoza Warszawy. Mam tam w rodzinie osobę, która przyznała mi się do wieloletniego problemu w jej małżeństwie. Jej mąż nie radzi sobie z emocjami. Wybuchy złości są coraz silniejsze - bardzo krzyczy, używa wulgaryzmów (choć na co dzień mu się to nie zdarza), podobno dochodzi również do rękoczynów i niszczenia mebli. Zawsze był nerwowy, ale nikt z nas nie wiedział, że aż tak. Na co dzień jest kulturalnym człowiekiem. Okazuje się jednak, że nie potrafi panować nad złością. Tłumaczy, że np. syn go prowokuje - jest to rzeczywiście trudny nastolatek, ale nic nie usprawiedliwia takich zachowań, jak bicie syna czy żony, rzucanie w nich szklanką, czy rozwalanie drzwi. Oczywiście, jak pewnie zazwyczaj w takich przypadkach, nie chce słyszeć o lekarzu. Jednak jego żona zaczyna być coraz bardziej zdeterminowana i gotowa jest zagrozić separacją jeśli nie porozmawia ze specjalistą. W związku z tym, że ofiara jest mało zaradną osobą, chciałabym jej podpowiedzieć, jak zrobić coś z tą sytuacją. Proszę o podpowiedź, gdzie mogłaby znaleźć pomoc zarówno ona, jak i do jakiego specjalisty mogłaby wysłać męża. Byłabym wdzięczna za adresy specjalistów, którzy specjalizują się w takich problemach oraz ewentualnie miejsc, gdzie ofiara mogłaby uzyskać wsparcie. Mianna

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Czy na Śląsku są refundowani przez NFZ psychoterapeuci?

Witam. Mam pytanie: chciałabym się dowiedzieć, czy na Śląsku, a konkretnie w Katowicach, są psychoterapeuci? Oczywiście chodzi mi o darmowe zajęcia. Bardzo dziękuję za odpowiedź.
odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Czy da się jeszcze pomóc mojemu mężowi?

Mam niespełna 22 lata, mój mąż ma 33. Mamy na wychowaniu córkę, która ma 21 miesięcy. Z mężem jestesmy w związku małżeńskim od 2 lat. Przed tym byliśmy ze sobą również 2 lata. Zdarzało się, że zażywał alkohol, ale...

Mam niespełna 22 lata, mój mąż ma 33. Mamy na wychowaniu córkę, która ma 21 miesięcy. Z mężem jestesmy w związku małżeńskim od 2 lat. Przed tym byliśmy ze sobą również 2 lata. Zdarzało się, że zażywał alkohol, ale nie miał z tym takiego problemu jak teraz. Pod wpływem alkoholu opowiada niesamowite historie. Niekiedy dochodzi do bicia. Próbowałam już na każdy możliwy sposób, aby zapobiec jego piciu, ale bez rezultatu. Twierdzi, że nie jest mu potrzebna żadna pomoc, bo nie ma z piciem problemu. Niestety, nie ma racji. Jest człowiekiem bardzo wpływowym na kolegów z pracy. Dwa razy stracił pracę właśnie przez alkohol. Córka jest dzieckiem, które na swój wiek jest bardzo mądre. Bardzo dużo mówi i wszystko rozumie. Nieraz stawała między nami, gdy dochodziło do spięć. Staram się unikać takich sytuacji przy niej, ale czasem jest to nieuniknione. Przez męża wpadłam w depresję lękowo-objawową. Na początku brałam leki, które obecnie nic nie pomagają. Nie daję sobie z tym wszystkim rady. Moi rodzice nie są w stanie już nic zrobić. Bo do niego nic nie dociera. Natomiast jego rodzice stwierdzili, że to moja wina. Oskażają mnie za to, mimo że nigdy nie był święty. Bardzo proszę Was o jakąkolwiek pomoc. Z góry bardzo dziękuję.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Trudna i wstydliwa sytuacja

Wczorajsza sytuacja "zainspirowała" mnie do napisania tego postu... Zacznę zwyczajnie: Żyję w 4-osobowej rodzinie, od kiedy pamiętam, nigdy nie spędziłam wspólnych chwil z rodzicami. Zawsze żyłam samotnie, z boku grupy. O dziwo, odkryłam, że w Internecie ludzie są bardziej...

Wczorajsza sytuacja "zainspirowała" mnie do napisania tego postu... Zacznę zwyczajnie: Żyję w 4-osobowej rodzinie, od kiedy pamiętam, nigdy nie spędziłam wspólnych chwil z rodzicami. Zawsze żyłam samotnie, z boku grupy. O dziwo, odkryłam, że w Internecie ludzie są bardziej mili i życzliwi, więc zaczęłam spędzać dużo czasu przed komputerem. Właściwie - to cały swój czas. Ale były i plusy - stałam się szczęśliwa, pewna siebie. Czułam się atrakcyjniejsza. No właśnie - czułam. Wczoraj dla mojej osoby puenta szczęśliwego życia była niezbyt ciekawa - matka "odrobinę" się upiła wraz z ojcem - nie ukrywam, że mają z tym problemy. Zaczęła mnie wyzywać od najgorszych (nie pierwszy raz...), nawet doszło do rękoczynów (odpowiedziałam tym samym). Powiedziała, że chce mnie zabić i że MOŻE to zrobić. Wtedy straciłam nadzieję, a matka zaczęła mnie szarpać jeszcze bardziej, co doprowadziło do "otumanienia" mnie (dostałam w głowę, przewróciłam się). Później uciekłam. Następnego dzień, tzn. dzisiaj, wyszłam do szkoły poobijana, smutna, zażenowana. Z kąta patrzyłam na uśmiechnięte twarze znajomych, ich modne ciuchy, z Bóg wie jakich firm, ich popularność... Po powrocie do domu matka znowu zaczęła mnie szarpać, wyzywać od nierobów. Fakt faktem - jestem leniwa, czasami nie da się mnie zmusić do czegokolwiek, ale nawet jak już powiedziałam sobie: "Zrobię to, tamto, to może będzie lepiej" - niestety, nie było, więc zrezygnowałam... Ciągle przez nią płaczę, myślę o samobójstwie. Proszę o pomoc i radę... PS Nie jestem pełnoletnia :(

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Jan Karol Cichecki
Lek. Jan Karol Cichecki
Patronaty