Twój przewodnik po zdrowiu

Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
Rozpocznij
7 6 7 , 2 0 1

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Samoocena: Pytania do specjalistów

Dlaczego on się we mnie nie zakochał?

Mam 27 lat. W zasadzie będę miała niedługo 28 lat. Nie byłam nigdy w związku (też dodam, że jestem wymagającą osobą; mało kto mi się podoba). Nie rozumiem tego, jestem atrakcyjną osobą i też tak uważa otoczenie. Jestem miła, sympatyczna,...

Mam 27 lat. W zasadzie będę miała niedługo 28 lat. Nie byłam nigdy w związku (też dodam, że jestem wymagającą osobą; mało kto mi się podoba). Nie rozumiem tego, jestem atrakcyjną osobą i też tak uważa otoczenie. Jestem miła, sympatyczna, wykształcona, często może nie wierzę w siebie i swoje możliwości - mam słomiany zapał. Poznałam faceta, mieliśmy wspólną podróż po Stanach. Bardzo mi się podoba, ale on zupełnie nic - nie zakochał się we mnie. Ja naprawdę nie wiem, co mam jeszcze zrobić, bo o wiele gorsze i na niższym poziomie ode mnie znał dziewczyny. Szanuję siebie, mam zasady. Życie jest chore. Tracę wiarę we wszystko.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Niskie poczucie własnej wartości i lęki

Witam! Mam 19 lat, od pewnego czasu, trudno określić od kiedy, mam jakieś lęki. W wieku 17 lat dowiedziałam się, że mam pierwotny brak miesiączki. Byłam tak załamana, że zrezygnowałam z leczenia. Lęki polegają na tym, że nie...

Witam! Mam 19 lat, od pewnego czasu, trudno określić od kiedy, mam jakieś lęki. W wieku 17 lat dowiedziałam się, że mam pierwotny brak miesiączki. Byłam tak załamana, że zrezygnowałam z leczenia. Lęki polegają na tym, że nie lubię, jak ktoś na mnie patrzy, nie lubię ogólnie przebywać z ludźmi. Od gimnazjum uważano mnie za jakiegoś zmutowanego stwora i nazywano pokemonem. W technikum było jeszcze gorzej, bo nie rozwijam się tak jak normalna dziewczyna i byłam wyśmiewana za to jak wyglądam. Po prostu nie było w mojej szkole dziewczyny bez biustu. Postanowiłam uciekać i zmieniłam szkołę na zaoczną. W tej szkole jest fajnie, nikt mnie nie wyśmiewa, ale ja nadal nie czuję się atrakcyjna, ubieram najczęściej grube swetry albo szal, żeby nic nie było widać, przez to jestem nieśmiała tzn. zawsze taka byłam.

Jak już mówiłam w szkole jest fajnie, ale mam problemy z nauką. Nie to, że nie chce mi się uczyć, bo ja chcę się uczyć, ale mam strasznie niskie poczucie własnej wartości. Chcę się uczyć, ale uważam że i tak nie dam rady czegoś zaliczyć i nie uczę się, chciałabym od razu dostać 5, ale tak się nie da, nie jestem piątkową uczennicą, ale nie umiem sobie tego wbić do głowy. Ogólnie myślę, że do niczego się nie nadaję i nic nie osiągnę. Nie chcę podejmować nowych wyzwań, bo boję się, że się nie uda. Dużo kłopotu sprawiają mi także problemy, z którymi nie daję sobie rady. Każdy problem to jak koniec świata, jakby nic się nie dało już zrobić. I tak całe życie się boję wszystkiego, ośmieszenia, kompromitacji, ludzi. Najbardziej boję się, że nie dam rady, że nic mi się nie uda. Nie mam od nikogo wsparcia, bo nie mam przyjaciół, a moja mama jest alkoholiczką, skąd częste kłótnie w domu, czasem chcę stąd uciec i zostawić wszystko za sobą, boję się jednak, że się nie uda. Nigdy nie byłam u psychologa. Proszę o pomoc, co mam robić. Nie chcę się już dłużej bać.

odpowiada 2 ekspertów:
Lek. Joanna Gładczak
Lek. Joanna Gładczak
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jak mam sobie samej zaufać?

Mam 22 lata, studiuję. Wydaje mi się, że mam świadomość swojego problemu. Niska samoocena. To jednak trochę wypaczone określenie jeśli chodzi o mój przypadek. Chciałabym dowiedzieć się jak określa się owy przypadek w psychologii (chętnie bym wtedy poszukała informacji...

Mam 22 lata, studiuję. Wydaje mi się, że mam świadomość swojego problemu. Niska samoocena. To jednak trochę wypaczone określenie jeśli chodzi o mój przypadek. Chciałabym dowiedzieć się jak określa się owy przypadek w psychologii (chętnie bym wtedy poszukała informacji na ten temat w książkach i spróbowała dokonać jakiejś autonaprawy). Chodzi o to, że z jednej strony jestem świadoma swoich walorów i mądrości. Bardzo często, niemal zawsze czuje się lepsza od innych. Mój charakter wcale nie stara się tego ukryć. Uchodzę za sarkastyczną cwaniarę. Mimo tej powłoki jakiej nauczyłam się (prawdopodobnie) przez całe życie, i która jest dla mnie już czymś zupełnie naturalnym, jestem człowiekiem nadwrażliwym. Boję się swojego zdania, boję się popełniania błędów mimo, że wiem przecież, że każdy je popełnia. Jakbym była jakąś hiperidealistką. Gdy mam problem szukam rozwiązania w internecie, w książkach, pytam ludzi - nigdy siebie. Nie potrafię chyba uwierzyć, że ja mogę podejmować dobre decyzje. Z drugiej strony czuję się wszechutalentowana (być może błędne to odczucie) i odnoszę wrażenie, że oddalam się od tych wszystkich rzeczy, dzięki którym poczułabym się spełniona z powodu własnych blokad i strachu (marzenia sięgają przesadnie wysoko). Nie potrafię się cieszyć tym, co mam. Przyjemność sprawiają mi jakby niespełnione marzenia, sam marzycielski proces. Jeśli już coś mam, szukam w tym niedoskonałości po to, by znów móc marzyć, że „coś będzie lepiej”. Wspomnę, że jestem DDA, bo pewnie jest to istotna sprawa, mimo, że ja mało pamiętam z dzieciństwa i nic do ojca - alkoholika nie czuję (lecz pamiętam, że gdy miałam jakieś 12 lat myśl o nim była bardzo bolesna, pamiętam uczucie bólu w sercu, którego wcześniej nie znałam, było niemal fizycznym kłuciem). Kolejną sprawą jest fakt, że jestem wręcz przekonana, że każdy mężczyzna kiedyś zdradzi i odejdzie. Jestem w związku po raz pierwszy i widzę, że bardzo chcę zmienić tego człowieka. Robię wszystko by był idealny. Często czuję się lepsza, czuję, że zasługuję na kogoś lepszego. Jestem chyba jakaś niedojrzała emocjonalnie w tej kwestii.. Gdy facet zrobi coś co mi się nie podoba, mam ochotę wszystko przekreślić by w przyszłości nie cierpieć. Wmawiam sobie wtedy, że miłość nie istnieje, że jest to potrzeba ewolucji. Przypominam sobie o wielkich ludziach, którzy mieli „bardzo logiczne” poglądy na świat ( Nietzsche, Tołstoj) to daje przewagę. Myślę, że wizyta u psychologa przyniosła by mi jakąś ulgę, ale wydaje mi się, że nie wiedziałabym o czym w gruncie rzeczy mówić. To wszystko brzmi jak kaprys, ale ten kaprys sprawia, że jestem wiecznie sfrustrowana, ciężko mi żyć i ranię swoją rodzinę. Zauważyłam, że uprawianie sportu pomaga, gdy moja sylwetka się poprawia - samoocena rośnie. Wykorzystuje to, ale to nie jest sedno sprawy. Problem jest głębszy. Bardzo proszę o radę.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Co oznaczają huśtawki nastrojów i brak pewności siebie?

Witam! Moja wiadomość zapewne wyjdzie długa, jednak chcę zawrzeć w niej wszystkie istotne informacje. Mam 15 lat. Ostatnio czuję się jakbym popadła w depresję. Nie akceptuję siebie, uważam się za gorszą od innych, nieustannie porównuję siebie do innych. Mam wielkie...

Witam! Moja wiadomość zapewne wyjdzie długa, jednak chcę zawrzeć w niej wszystkie istotne informacje. Mam 15 lat. Ostatnio czuję się jakbym popadła w depresję. Nie akceptuję siebie, uważam się za gorszą od innych, nieustannie porównuję siebie do innych. Mam wielkie huśtawki nastroju - potrafię w szkole śmiać się, a potem w domu płakać. To jest naprawdę męczące. Jestem osobą raczej cichą, nieśmiałą, spokojną - w moim typie nie jest wydzieranie się i różne głośne zabawy - takie coś tylko w gronie kilku znajomych. Wszystko bardzo mocno przeżywam, nawet najgłupsze rzeczy jak odpowiedź przy tablicy - potrafię spalić cegłę, głos mi się łamie, ręce trzęsą. A przecież w głowie wiem, że to nic strasznego, że umiem, że będzie dobrze - jednak moje ciało reaguje inaczej.

Opowiadając w wielkim skrócie - wszystko zaczęło się od pierwszej klasy, zakochałam się w koledze z klasy. Całą pierwszą klasę wodziłam za nim wzrokiem i rozmyślałam. Jednak zdałam sobie sprawę, że to bez sensu, gdyż on był zakochany w innej i wyżalał mi się, że ona go nie chce. Potem wakacje, nie widzieliśmy się całe dwa miesiące, myślałam, że przeszło. Od drugiej klasy wszystko wróciło ze zdwojoną siłą, z tym że przez ten rok nasze relacje były dużo lepsze - często razem żartowaliśmy i gadaliśmy, widać było, że mu się podobam. Byłam szczęśliwa, chętnie chodziłam do szkoły, bo siedzieliśmy w ławkach obok siebie, więc wygłupialiśmy się itp. Potem kolejne wakacje, przerwa. I teraz mamy trzecią klasę, a ja nadal nie potrafię się z tego wyleczyć. Jednak od tego roku on siedzi z innymi koleżankami, non stop widzę jak on na moich oczach podrywa inne dziewczyny, albo podchodzi do mnie i rzuca tekstami typu Madzia mi pożyczyła to, Karolinka tamto, Olcia co innego, więc nie ruszaj. Naprawdę mocno to przeżywam, gdy powie do mnie coś miłego, jestem w skowronkach, jednak gdy godzinę później widzę jego zaloty, to zbiera mi się na płacz. Na koniec drugiej klasy też pokłóciłam się z przyjaciółkami, wina była wspólna. Teraz jestem sama. Nie wiem, skąd to się bierze. Nie chcę, by wiedział o moich uczuciach, gdyż jest zbyt niedojrzały, wyśmiałby mnie. Nie chciałabym też związku z nim, bo to typ podrywacza. Codziennie katuję się i rozmyślam, dlaczego jestem taką idiotką, która zakochała się w pierwszym lepszym lovelasie i nie potrafi wybić go sobie z głowy? Zorientowałam się, że on przejął kontrolę nad moim życiem. Nie potrafię się na niczym innym skupić tylko na rozmyślaniu, dlaczego zrobił to, dlaczego tamto, jest jedynym powodem, dla którego zwlekam się rano z łóżka do szkoły, bo może sobie pogadamy. Nie potrafię się przez to zmobilizować do solidniejszej nauki, gdyż jak zbiera mi się na płacz, to jest to pierwsza rzecz, którą mam ochotę rzucić w ścianę.

To wszystko sprowadza się do tego, że uważam się za idiotkę, mam obniżone poczucie własnej wartości, że jestem gorsza od innych (jakbym nie była, to gadałby ze mną, a nie z innymi, miałabym przyjaciół), mam wrażenie, że jestem nienormalna - bo kto normalny zawraca sobie głowę taką totalną bzdurą? Do tego nie mam przyjaciół - 7 koleżanek w klasie, z którymi poza lekcjami nie mam kontaktu i to by było na tyle. Przez moje zaniżone poczucie wartości i huśtawki nastroju, plus niemoc patrzenia na tego chłopaka jestem smutna i zła, nie potrafię śmiać się z innymi, sama siebie pogrążam. Błędne koło. Dodam, że jestem sama z tym problemem. Tata nie na takie rozmowy, mamie wstydzę się powiedzieć i nie mam ochoty. Nikogo bliskiego więcej nie mam. Rozważałam jakąś terapię u psychologa, która pomogłaby mi się z nim uporać oraz może jakoś bardziej otworzyć na środowisko? (Jestem zbyt zamknięta w sobie, nie potrafię żartować i śmiać się z innymi, wychodzę na ponuraka, mimo iż naprawdę taka nie jestem!). Jednak nie potrafię powiedzieć rodzicom o tych problemach!

I jeszcze jedna rzecz, nie wiem czy przydatna - w dzieciństwie byłam u psychologa, gdyż miałam napady lęku, bałam się, że w nocy będzie pożar, coś się zawali, nieustannie nasłuchiwałam, sprawdzałam wszystko. Miałam wtedy około ośmiu lat i pamiętam, że lekarz powiedział, że na poziome intelektualnym (rozumowanie, byłam bardzo zdolna w szkole) jestem na poziomie jedenastolatka. Jednak na poziomie emocjonalnym plasuję się na poziomie czterolatka. Po jakimś czasie te wszystkie lęki mi przeszły. Tak więc podsumowując, zależy mi na odpowiedziach na dwa pytania - jak się pozbyć tego chłopaka oraz jak przezwyciężyć swój lęk przy występach przed innymi, jak się otworzyć? Czy potrzebny psycholog?

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Jak zaakceptować bycie niechcianym dzieckiem?

Mam 30 lat i jestem kobietą. Mam duży problem ze sobą. Pochodzę z rodziny niewykształconej, mama skończyła podstawówkę, a tato z ledwością zawodówkę. Starsza siostra była planowanym dzieckiem, ja zaś drugim, niechcianym. Gdy mama po porodzie dowiedziała się, że urodziła...

Mam 30 lat i jestem kobietą. Mam duży problem ze sobą. Pochodzę z rodziny niewykształconej, mama skończyła podstawówkę, a tato z ledwością zawodówkę. Starsza siostra była planowanym dzieckiem, ja zaś drugim, niechcianym. Gdy mama po porodzie dowiedziała się, że urodziła dziewczynkę, podobno załamała się na kilka dni i nie chciała nawet na mnie spojrzeć (bynajmniej tak mi otwarcie opisuje pierwsze chwile mojego życia). Rodzice mieli do mnie uprzedzenie już od samego początku mojego istnienia. Rodzice ciężko pracowali, w związku z tym nie było ich w domu, a nami zajmowały się inne osoby. Siostrą opiekowała się emerytowana nauczycielka, mną zaś 70-letnia babcia, która nie umiała ani pisać, ani czytać. Na siostrę rodzice przeznaczyli dużo pieniędzy, aby mogła rozwijać się intelektualnie (korepetycje, kursy), ja natomiast byłam tym drugim dzieckiem, które jakoś sobie w życiu poradzi. Szkoła miała przygotować mnie do życia.

Pamiętam, że w szkole podstawowej miałam duże problemy przez cały okres nauki, naprawdę nie wiem jak ją skończyłam. Podejrzewam, że w szkole na wsi, po prostu nauczycielki przepuszczały nawet nieuków. Gdy byłam nastolatką i nadszedł czas wyboru szkoły średniej, rodzice nie przyjmowali do wiadomości, że ich córka może trafić do zawodówki, wiec załatwili mi liceum. To był kolejny ciężki okres w moim życiu. Z ledwością czytałam (raczej dukałam, łącząc sylaby). Nie wspomnę o pisowni i ortografii, które do dziś sprawiają mi ogromy problem. Nie mogłam sobie poradzić, czułam jak tonę. Brak mi było oddechu, no bo jak poradzić sobie z ogromem nauki, skoro z trudnością się czyta i pisze. To jak nauczyć się zawodowo jeździć na łyżwach, nie będąc ani razu na lodzie. W dodatku przytrafiła mi się niespełniona miłość. Chciałam popełnić samobójstwo. Wzięłam tabletki na sen. Obudziłam się w szpitalu otoczona podśmiewającymi się pielęgniarkami. Byłam wściekła na siebie, że się nie udało. Dobrze pamiętam rozmowę z rodzicami, po tym całym zajściu. Obwiniali mnie za wszystko, co ich złego spotkało i jaką ja im wyrządziłam krzywdę. Reasumując, nieźle mi się oberwało. Zniszczyli skierowanie do psychologa i zabronili chodzić do takiego specjalisty twierdząc, że to upokarzające. Wróciłam do szkoły. Nie zdałam. Przeniosłam się do liceum wieczorowego, w którym udało mi się zaliczyć jeden rok. Potem przeniosłam się do prywatnego liceum, w którym dwa lata zrobiłam w rok (nic się nie ucząc, bo to szkołą prywatna). Na prywatne liceum przeznaczyłam pieniążki jakie babcia przekazała mi na przyszły ślub.

Zakochałam się po raz drugi. Zaszłam w ciążę. Rodzice mego męża pomogli nam z mieszkaniem. Urodziłam synka. Byłam szczęśliwą mamą do czasu, aż zrozumiałam, że jestem nikim. Nie mam pracy, wykształcenia i w dodatku jestem na utrzymaniu męża wraz z chorym synkiem. Wpadłam na pomysł, by się usamodzielnić i otworzyć salon kosmetyczny, wiec udałam się na Studium Kosmetyczne. W naukę włożyłam bardzo dużo pracy i udało się, skończyłam, ale kierunek ten nie był najbliższy memu zainteresowaniu. Raczej bliski teściowej, która zawsze marzyła o zadbanej, wyedukowanej synowej. I co? Klapa. Szukam dalej, łapiąc dorywcze prace. Pomyślałam, ze problem leży w braku wykształcenia, więc wybrałam się na studia, co prawda do prywatnej uczelni, ale i tu się udało. Skończyłam studia licencjackie wkładem bardzo dużej pracy, bo nie tylko uczyłam się treści wykładu, ale także jak napisać bezbłędnie egzamin.

Poszłam dalej za ciosem i teraz aktualnie znajduję się na Uniwersytecie, ale mam straszny kłopot z nauką (pamięcią). Mam ogromną chęć skończyć te studia, chociaż dlatego, by pokazać i udowodnić rodzicom i wszystkim tym, którzy uważają mnie za kompletnie głupią i mało inteligentną dziewczynę, że stać mnie na więcej niż moją siostrę (siostra poprzestała na licencjacie, a miała skończyć medycynę). Jednak bardzo się boję, że się nie uda. Czuję w sobie duże obawy i strach przed tym, że jeśli sobie nie poradzę na uczelni, to będzie to dla mnie wielkim rozczarowaniem i upokorzeniem, a jednocześnie ogromną satysfakcją i potwierdzeniem mojej niedorozwiniętej inteligencji dla bliskich, u których zawsze byłam na językach. Proszę mi wierzyć, że nauka sprawia mi naprawdę duży problem.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Co może być przyczyną niskiej samooceny u 7-latka?

Syn jest w 1 klasie, często powtarza - już od przedszkola, że nie da sobie rady, np. nie zrobi czegoś, bo nie sprosta zadaniu i rezygnuje z zadania. Ostatnio zauważyłam, że strasznie popisuje się przed swoimi kolegami, za wszelką cenę...

Syn jest w 1 klasie, często powtarza - już od przedszkola, że nie da sobie rady, np. nie zrobi czegoś, bo nie sprosta zadaniu i rezygnuje z zadania. Ostatnio zauważyłam, że strasznie popisuje się przed swoimi kolegami, za wszelką cenę chce im zaimponować. Jest bardzo ożywiony, jakby mógł to przy kolegach rozdwoiłby się i zabawiał ich we dwóch. Ostatnio dowiedziałam się, że mnie okłamał i nie powiedział, co było prawdziwą przyczyną tego, że nie mógł przez jeden dzień być u kolegi w domu (źle się zachował). Zapytany dlaczego mnie okłamał, powiedział, że nie chciał, abym na niego krzyczała. Ale tak naprawdę chciał przedstawić się w pozytywnym świetle.

W czasie zabaw z dziećmi jest kłótliwy i chce pokierować tak grą, aby ta umożliwiłaby jemu wygraną. Jeżeli zauważa, że może przegrać, od razu zniechęca się, płacze, złości się albo kłóci się i ostatecznie rezygnuje. Ostatnio zagrałam z nim i poprosiłam, aby napisał na płatkach kwiatka swoje pozytywne i negatywne cechy i przeżyłam szok. Mój syn napisał, że nie ma żadnych pozytywnych cech i wszystko w nim jest negatywne. Bardzo mi było przykro.

Syn jest bardzo radosnym, bardzo żywym i gadatliwym dzieckiem. Często rozbawia całe towarzystwo. Jest zdolny, jest jednym z najlepszych uczniów w klasie - wychowawczyni chwali go, ale mówi, że dużo rozmawia. Jest akceptowany i lubiany w szkole i w klasie oraz wśród dzieci. Tak jakby patrzy na siebie w krzywym zwierciadle i zaniża swoją wartość. Mnie taka postawa syna dziwi, ponieważ zawsze go chwalimy, praktycznie za wszystko. Nigdy nie napieramy na niego, nie wymagamy osiągnięć, wyników. Bardzo często powtarzamy, że go kochamy. Przytulany jest kilka razy dziennie. Jego starsza o rok siostra jest pewną siebie i swojej wartości dziewczynką. Nie wiem co mam zrobić, aby poprawić jego niską samoocenę, przez którą nie podejmuje ryzyka i rezygnuje zawczasu z wielu rzeczy, jak podnieść jego samoocenę?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Magdalena Brudzyńska

Jak pomóc chłopakowi powrócić do normalności po wyjściu z więzienia?

Witam, mam pytanie w jaki sposób mogę pomóc mojemu chłopakowi. Kilka lat temu odbył 3-letnią karę wiezienia, w tym czasie zostawiła go żona. W tej chwili mieszka z rodzicami i siostrą, którzy za wszystko go krytykują i wyzywają od...

Witam, mam pytanie w jaki sposób mogę pomóc mojemu chłopakowi. Kilka lat temu odbył 3-letnią karę wiezienia, w tym czasie zostawiła go żona. W tej chwili mieszka z rodzicami i siostrą, którzy za wszystko go krytykują i wyzywają od kryminalistów, krótko mówiąc dołują go i nie pomagają wrócić do normalności. Ostatnio nawet powiedział, że skończy ze sobą, bo nie może już tego znieść. Dodam, że znamy się dopiero kilka miesięcy i chcę mu w tym wszystkim pomóc, bo tak naprawdę nie jest złym człowiekiem. Proszę o podpowiedź, jak pomóc mu wyjść na prostą. Pozdrawiam

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jąkanie, niska samoocena i smutek

Witam, mam problem, zaczęło się to od ostatniej klasy podstawówki. Wiedziałem wtedy, że coś dzieje się nie tak ze mną. Mój brat trochę się jąka. Nie zdawałem sobie sprawy, że mnie też może to czekać. Wówczas właśnie pierwszy raz się...

Witam, mam problem, zaczęło się to od ostatniej klasy podstawówki. Wiedziałem wtedy, że coś dzieje się nie tak ze mną. Mój brat trochę się jąka. Nie zdawałem sobie sprawy, że mnie też może to czekać. Wówczas właśnie pierwszy raz się zająknąłem, potem z biegiem lat było już coraz to gorzej. Bałem się cokolwiek zrobić, bo bałem się, że mi nie wyjdzie. Zaczęły mi się pojawiać męty ciała szklistego i jest ich coraz to więcej, a obecnie mój stan coraz to bardziej się pogarsza, jestem ciągle śpiący (mimo że sypiam od 7-8 godzin), zamyślony, mam problemy ze zrozumieniem tego co inni do mnie mówią, brak pamięci, zapominam słowa, które niedawno powiedziałem, brak koncentracji, myślenie jest fatalne i bardzo spowolnione, mam niskie mniemanie o sobie, czuję się bezwartościowy, niepotrzebny.

Czasami mam myśli typu: nie jestem potrzebny na tym świecie, tylko się męczę, a ponadto lęk przed jakimś zadaniem w pracy, gdyż od razu skazuję się na porażkę i gdy już mi coś nie wyjdzie, wówczas jest coraz to gorzej i cały dzień mam nieudany i smutny. Proszę o pomoc, bo ja naprawdę się męczę. :(

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Nie czuję się atrakcyjna - jak mogę zmienić nieudane życie?

Jestem studentką na studiach niestacjonarnych, nigdzie nie pracuję. Mam silną depresję. Mam 22 lata, nigdy nie miałam chłopaka. Boję się, że nigdy nie będę miała męża i dzieci. Jestem brzydka, tak mi powiedzieli chłopacy, których poznałam w Internecie i...

Jestem studentką na studiach niestacjonarnych, nigdzie nie pracuję. Mam silną depresję. Mam 22 lata, nigdy nie miałam chłopaka. Boję się, że nigdy nie będę miała męża i dzieci. Jestem brzydka, tak mi powiedzieli chłopacy, których poznałam w Internecie i tylko przez Internet się z nimi komunikowałam. Widzieli tylko moje zdjęcie, po tym jak je zobaczyli, nie chcieli nawet ze mną dłużej rozmawiać. Szybko się denerwuje, mam ogromny żal do mojej rodziny - mamy, babci i dziadka, że mnie okłamywali, że jestem niewiadomo jak ładna - i dalej mnie o tym przekonują. Czuję, że jestem pośmiewiskiem dalszej rodziny, że jestem sama, podczas gdy pozostała młodzież z rodziny ma już swoją drugą połowę. Czuję się niepotrzebna i nie mam nikogo z kim mogę porozmawiać. Nie mam przyjaciół. Czuję, że wszyscy dyskryminują mnie ze względu na wygląd. Uważam, że mam talent pisarski i napisałabym fajne książki, ale boję się, że gdybym była sławna, to na forach internetowych będę dyskryminowana ze względu na wygląd, a na tym tle jestem bardzo wrażliwa. Mam pretensje do Boga, że dał mi taki, a nie inny wygląd i uważam, że to wina Boga, że jestem sama. Wiem dobrze, że wszyscy chłopacy (bez wyjątku) to wzrokowcy i nie mam szans u nikogo, a chciałabym mieć wysokiego, atrakcyjnego chłopaka. Studiuje, ale nie widzę sensu, bo po co mi studia, jak tak zawsze będę sama. Mam tylko 22 lata, a czuję się jakbym miała ponad 40. Boję się ludzi. Mam wrażenie, że wszyscy będą na mnie krzyczeć. Proszę o pomoc.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jak sobie poradzić z nieśmiałością i niską samooceną

Witam! Mam 19 lat i nie wiem jak mam to opisać, jestem bardzo nieśmiały i mam niską samoocenę. Przez to mam mało znajomych, tylko kilku kolegów, z którymi się czasami spotykam. Nie rozmawiam w ogóle z żadnymi dziewczynami, a...

Witam! Mam 19 lat i nie wiem jak mam to opisać, jestem bardzo nieśmiały i mam niską samoocenę. Przez to mam mało znajomych, tylko kilku kolegów, z którymi się czasami spotykam. Nie rozmawiam w ogóle z żadnymi dziewczynami, a bardzo chciałbym jakąś poznać i się z nią zaprzyjaźnić. Nie wiem dlaczego, ale się boję, czasami się trzęsę i zaczynam pocić i nie umiem nic powiedzieć i nie wiem jak z tym sobie poradzić. Nawet przez Internet nie umiem nawiązywać znajomości, bo nie wiem co napisać. Boję się, że napiszę coś głupiego. Przez to coraz bardziej siebie nie lubię i obwiniam o wszystko. Jak mam sobie z tym poradzić? Już zaczynam w to wątpić, że mi się to uda, proszę o pomoc

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Kompleks niższości, zaburzenia samooceny i problemy w kontaktach z innymi

Jestem dwudziestoletnią dziewczyną. Moim problemem w relacjach z ludźmi jest to, że prędzej czy później praktycznie ze strony każdej osoby, z którą zawarłam jakąś bliższą znajomość, spotykam się z lekceważeniem i protekcjonalnością. W całym moim dotychczasowym życiu mogłabym na palcach...

Jestem dwudziestoletnią dziewczyną. Moim problemem w relacjach z ludźmi jest to, że prędzej czy później praktycznie ze strony każdej osoby, z którą zawarłam jakąś bliższą znajomość, spotykam się z lekceważeniem i protekcjonalnością. W całym moim dotychczasowym życiu mogłabym na palcach jednej ręki policzyć tych, ze strony których nie doświadczyłam czegoś takiego. Uważam się za osobę bardzo wrażliwą i dość czułą na krytykę, obawiam się nie tyle tego, że ktoś pomyśli o mnie coś złego, bo nie mam problemów z 'wewnętrzną' samooceną, bardziej obawiam się np. bycia nie w porządku wobec kogoś, bardzo boję się sytuacji, gdy mogłabym kogoś skrzywdzić, może dlatego, że sama często byłam w roli ofiary.

Właściwie to uważam się za inteligentniejszą od większości ludzi, których spotykam i nie czuję się od innych gorsza wewnątrz, jednak na zewnątrz zachowuję się jakby tak było, jestem nieśmiała i mam wrażenie, że ta moja nieśmiałość jakoś innych irytuje. Staram się być zawsze dla wszystkich miła, być może zbyt bardzo widoczny jest jakiś mój kompleks niższości. Po pewnym czasie praktycznie każdy zaczyna tę swoją przewagę nade mną wykorzystywać. Kiedy wówczas usiłuję okazać niezadowolenie i zademonstrować, że nie toleruję określonego sposobu traktowania mnie, często wywiązuje się z tego konflikt, bo dana osoba już się nauczyła, że wobec mnie można sobie na dużo pozwolić, i takie walczenie ze mną staje się dla kogoś rozrywką. Ten problem jest dla mnie wyjątkowo ciężki, ponieważ nie spotkałam nigdy nikogo, kto miałby podobny kłopot. Tak łatwe wchodzenie w konflikty bez żadnej winy z mojej strony jest czym naprawdę koszmarnym.

Jestem pewna, że ze swojej strony jestem wobec innych w porządku, jednak nawet osoby, które poznały mnie bliżej, przed którymi się otworzyłam i które poznały mnie od tej innej strony, po której jestem zupełnie swobodna, naprawdę normalna, rozmowna, wesoła i dowcipna, po pewnym czasie odsuwają się ode mnie, zwykle w sposób bardzo dla mnie przykry. Rozumiem, że spotyka się różnych ludzi i niektórymi nie warto się przejmować, ale ten sam schemat powtarza się w 85% moich znajomości. Czy to możliwe, by sam mój kompleks niższości tak na ludzi oddziaływał? Nie chciałabym na siłę udawać pewniejszej siebie, śmielszej, takiej, 'z którą lepiej nie zaczynać', bo chyba jak każdy chciałabym być szanowana po prostu za to, jaka jestem, szczególnie że - raz jeszcze podkreślam - jestem pewna, że nie ma po mojej stronie żadnej świadomej, obiektywnej winy. Jakie mogą być przyczyny mojego problemu? Czy w mojej sytuacji konieczna jest wizyta u psychologa? I czy faktycznie psycholog może mi pomóc coś w moim życiu zmienić?

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jak pozbyć się poczucia niskiej wartości?

Witam, 26 i pół roku i od zawsze było ze mną coś nie tak. Obecnie mój stan na tyle się pogorszył, że poprzez kolejne irracjonalne decyzje i zachowanie niszczę sobie życie, przyszłość, współżycie z innymi ludźmi. Boję się, że to...

Witam, 26 i pół roku i od zawsze było ze mną coś nie tak. Obecnie mój stan na tyle się pogorszył, że poprzez kolejne irracjonalne decyzje i zachowanie niszczę sobie życie, przyszłość, współżycie z innymi ludźmi. Boję się, że to depresja, która objawia się ogromnym lękiem przed nowym, odpowiedzialnością, ugrzęzłam w mentalności dziecka - nie mogę (i chyba podświadomie też nie chcę) wyjść z tego stanu...

Wychowywałam się w normalnej rodzinie, na wsi, wiem, że rodzice bardzo mnie kochają, choć jako dziecko nie doznawałam pochwał, przytulania itp. - staromodny model wychowania (moi rodzice mogliby być moimi dziadkami). Gdy miałam 6 lat zmarł nagle mój 17-letni brat i od tego czasu mama odsunęła się od nas, przechodziła nieleczone stany depresyjne. Poprawiło się po kilku latach. Już w podstawówce czułam się gorsza, kiedyś tata porównywał mnie z moją koleżanką - sąsiadką (była ładniejsza, szczuplejsza itp.), że ona to jest pracowita itp. Nie potrafiłam nawiązywać kontaktów z chłopakami, byłam bardzo nieśmiała.

Jestem najmłodszym dzieckiem w rodzinie, od zawsze pokładane były we mnie największe nadzieje, że mam się uczyć, iść na studia itp. Poszłam do dobrego liceum z internatem, pomimo że rodzicom było wtedy nie najlepiej finansowo. Nie musiałam się martwić niczym oprócz nauki. Przez całe 4 lata odgradzałam się od kolegów z klasy (miałam kompleksy, że jestem ze wsi, nie mam takich zainteresowań itp.), jedynie w internacie czułam się dobrze i sobą. Zawsze jednak w stosunku do chłopaków miałam dziwny dystans, umyślnie unikałam bliższych relacji bojąc się, że ktoś mnie zrani itp.

Mijały lata, a ja nadal byłam sama - na granicy dziecka i kobiety. W towarzystwie nie mogłam nawiązać normalnych relacji, w głowie od razu rodziła mi się myśl, że nie mam zbyt wiele do zaoferowania itp. Przez licencjat mieszkałam u siostry i jej rodziny, potem przez 2 lata u rodziców w rodzinnej wsi (miałam raka tarczycy, 2 operacje, już jest ok) było mi tam dobrze w zasadzie, czułam się bezpiecznie zawieszona w czasoprzestrzeni. W 2011 r. zdecydowałam się na przeniesienie do Warszawy i skończenie studiów. I moje stany niepewności, lęków i braku pewności siebie zaczęły się drastycznie pogłębiać. Odgradzałam sie murem od ludzi z pracy, prawie z nimi nie rozmawiałam, bojąc się kompromitacji. Męczyłam się z sobą okropnie, non stop w głowie plątanina myśli, stany radości i skrajnego smutku, analizowanie po 1000 razy różnych spraw. Po 1 roku MSU rzuciłam je, uważając, że to nie to (podświadomie bałam się, że nie dam rady zaliczyć 2 poprawek, że to ponad moje siły), zmieniłam na inne studia, które miały być skrojone na mnie. Jestem na 2 semestrze, I MSU i chcę je rzucić (także rozczarowanie i lęk przez niepodołaniem w nauce), wrócić do rodzinnego domu, gdzie przecież nic mnie nie czeka.

W pracy, którą zmieniłam na gorzej płatną, (1/2 etatu) ale adekwatną do kierunku studiów, zawalam coraz gorzej. Szef dał mi szansę, choć nie miałam doświadczenia, a ja wracając do domu nic nie robię, nie dokształcam się do pracy, tylko jem i leżę pod kołdrą, bo przecież i tak się niczego nie nauczę i mnie zwolnią. Nie rozmawiam z ludźmi, często boli mnie głowa z lęku przed tym co będzie, nie lubię siebie w lustrze, mam masakrycznie niskie poczucie własnej wartości. Panicznie boję się oceny i krytyki. Stworzyłam w głowie swój własny świat, w którym czuję sie bezpieczna, ale realne życie zawalam kompletnie.

Podświadomie bardzo potrzebuję miłości, byłabym w stanie wziąć ślub z nowopoznanym facetem, gdyby tylko chciał, nie myśląc o konsekwencjach. Mam kompletnie poprzewracane priorytety życiowe, nie walczę o przyszłość. Momentami jest mi zupełnie obojętna. Czuję się głupsza, przerażenie ogarnia mnie, że mam zrobić pracę na studia, bo przecież nie dam rady. Chcę rzucić studia, pracę. Mam też myśli samobójcze momentami, ale nie są realne. Nie odważyłabym się. W ogóle nie płaczę, nie jestem w stanie zmusić się do łez, jakby wyschły bezpowrotnie. Byłam na dwóch konsultacjach u psychologa oraz warsztatach grupowych Pokochać siebie - o poczuciu własnej wartości, ale na zajęciach tych także czułam się gorsza, pominięta. Stawiam siebie w roli kozła ofiarnego. Z zazdrości zaczynam stawać się zawistna. To okropne. Co mi jest, proszę o pomoc.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jestem inna od równieśników - czy to może choroba psychiczna?

  Witam, mam na imię Maria, mam 24 lata, studiuję. Piszę do Państwa, ponieważ im jestem starsza, tym bardziej zauważam, że różnię się od rówieśników. Chyba jestem "dziwna", choć taka byłam od dziecka. Ubierałam się ekscentrycznie, mam specyficzne poczucie humoru...

  Witam, mam na imię Maria, mam 24 lata, studiuję. Piszę do Państwa, ponieważ im jestem starsza, tym bardziej zauważam, że różnię się od rówieśników. Chyba jestem "dziwna", choć taka byłam od dziecka. Ubierałam się ekscentrycznie, mam specyficzne poczucie humoru zrozumiałe dla nielicznych - tak samo jak moje rodzeństwo, znajomi na uczelni mówią, "że jestem na jakimś ziole" i że ogólnie mam "dobrze rozwinięte abstrakcyjne myślenie" - stałam się pośmiewiskiem na uczelni i przysłowiową ofiarą. Może zawsze byłam bardziej samotniczką niż duszą towarzystwa, ale to nie był problem, miałam zawsze grupę znajomych i nie czułam presji. Byłam traktowana normalnie. Teraz jestem szykanowana i czuję się zaszczuta. Może teraz tak wyszło, bo pewien chłopak zaczął mnie wyśmiewać i szykanować. Chłopak, który ma bardzo władczy i apodyktyczny charakter, wywiera bardzo duży wpływ na ludzi - ogólnie co on powie nie jest poddawane dyskusji, tylko jest "prawdą objawioną". gdy on mnie zaczął wyśmiewać wszyscy zaczęli. Gdy to się zaczęło wyalienowałam się, aby nie słuchać jak mnie wyśmiewają. A wtedy ten sam chłopak stwierdził, potrzebna mi terapia. Więc zaczął za mną chodzić wszędzie i się mną opiekować - pomyślałam wtedy, że jest ok, ale potem okazało się, że zbliżył się do mnie, ale nadal mnie wyśmiewał. Z jednej strony był rycerzem w białej zbroi, który pomaga "uciśnionej" a z drugiej strony trzymał z moimi prześmiewcami - trochę zakręcona historia i kompletnie się w niej pogubiłam, jestem kompletnie nieobiektywna. Suma summarum, efektem moich trudnych kontaktów z grupą jest to, że przestałam wierzyć w siebie, zawsze robię coś nie tak jak oczekuje tego większość. Nie wiem gdzie leży problem, nie rozumiem tego. Zaczynam się zastanawiać czy może jestem chora psychicznie - wiem, że może to brzmi śmiesznie, ale naprawdę się zastanawiam.   Pozdrawiam, Maria

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Jak nabrać pewności siebie?

Witam, jestem młodą dziewczyną i mam dwadzieścia dwa lata, studiuję zaocznie, mam chłopaka i ogólnie mieszkam nadal z rodzicami. Mam problem, ponieważ nie mam pewności siebie. Z opinii ludzi jestem bardzo atrakcyjną dziewczyną, ale dla mnie nie jest wygląd najważniejszy,...

Witam, jestem młodą dziewczyną i mam dwadzieścia dwa lata, studiuję zaocznie, mam chłopaka i ogólnie mieszkam nadal z rodzicami. Mam problem, ponieważ nie mam pewności siebie. Z opinii ludzi jestem bardzo atrakcyjną dziewczyną, ale dla mnie nie jest wygląd najważniejszy, bo i tak uważam, że mam w domu lustro i sama sobie się nie podobam. Mój brak pewności siebie może być spowodowany też tym, że od małego co by się w domu nie działo mój tato zwracał się z tym do mnie, jeśli mój brat wagarował było na mnie, jeśli pokłócił się z mamą było na mnie. W szkole uczyłam się dobrze i nie mieli rodzice ze mną problemów, bardziej z moim bratem, ale i tak czułam się ta gorsza. Niestety moją mama piła alkohol dość często i sama miałam tego dość, przez co też rozumiem kłótnie rodziców, ale nie rozumiem czemu wszystko szło do mnie.

Jestem osobą, która bierze dużo rzeczy do siebie i to bardzo poważnie, a z drugiej strony nie jestem osobą zamknięta w sobie, lubię kontakt z ludźmi i jestem otwarta. Jednakże nie mam pewności siebie, np. gdy muszę gdzieś coś wygłaszać na uczelni to jest to wtedy dramat dla mnie, ponieważ bardzo się wstydzę. Dlatego też nie rozumiem siebie, bo z jednej str. jestem otwarta z drugiej jestem zamknięta. Następny problem stanowi mój chłopak, przez którego wydaje mi się, że straciłam pewność siebie. Może to się wydawać dziwne, ale jestem z nim ponad 5 lat, nie czuję z jego strony szacunku, nieraz mnie okłamał, raz mnie nawet zdradził, nie ufam mu, ale dalej z nim jestem, bo go kocham. Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Na ogół nie dołuję się, bo wychodzę z założenia, że inni ludzie na świecie mają gorzej, że nie mają rodziny, nie mają co jeść bądź są śmiertelnie chorzy, a moje problemy to przy ich błahe sprawy. Bardzo bym chciała zmienić podejście do samej siebie i nabrać pewności siebie, bo wiem, że to zaplusowałoby w przyszłości. Proszę o jakąś radę...

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jak stać się człowiekiem podziwianym?

Witam jestem dziewiętnastolatkiem. Korzystając z natchnienia i refleksji, chciałbym przelać na kartkę papieru opis stanu, w którym się znajduję. Jest to dla mnie bardzo ważne, gdyż rozważania na jego temat, a dokładniej na temat tego jak się go pozbyć, pochłaniają...

Witam jestem dziewiętnastolatkiem. Korzystając z natchnienia i refleksji, chciałbym przelać na kartkę papieru opis stanu, w którym się znajduję. Jest to dla mnie bardzo ważne, gdyż rozważania na jego temat, a dokładniej na temat tego jak się go pozbyć, pochłaniają całe dnie, nieraz i noce. Jest ogromnie wykańczający i dysfunkcjonalny, gdybym miał opisać swoją kondycję psychiczną w tym momencie powiedziałbym, że czuję się jak wrak, którego kotwicą jest stres. Wywołuje on również nowe rodzaje lęków, których nie obserwowałem u siebie wcześniej, między innymi jednostajny, wolno płynący lęk przed śmiercią. Dlatego też teraz, będąc w domu i z dostępem do komputera pragnę – pisząc ten list – wykorzystać natchnienie i uwiecznić to co czuję.

Żeby prawidłowo go opisać, by dobrze poznała Pani/Pan jego istotę, na czym niezmiernie mi zależy, przedstawię jak wygląda w praktyce, czyli jak wygląda mój dzień. Mianowicie, od rana do samej nocy rozmyślam godzinami nad tym kim będę w przyszłości, aby wyjść z domu do znajomych. (Siedzę w domu półtora roku, po tym jak zaprzestałem aktywności z powodu problemów emocjonalnych opisanych w dalszej części listu, zdiagnozowana przez psychiatrę nerwica, połączona z obniżeniem nastroju i zaburzeniami lękowymi). Cały czas dodaję z różnych dziedzin cele do zrealizowania, dzięki którym powrócę jako ktoś do rówieśników. Ich lista jest przeogromna i cały czas rośnie, co sprawia, że są niemożliwe do zrealizowania. Są to podziwiane dziedziny muzyki, sportu, a także wyglądu, sposobów bycia, np. bycia osobą błyskotliwą. Przez całe życie moim marzeniem było nauczyć się grać na pianinie, spełniłem to marzenie, ponadprogramowo dołączyłem do zespołu i grałem koncerty. Teraz, nagle wyobrażam siebie w przyszłości jako wokalistę, showmana, osoby w centrum sceny, zabawnej, utalentowanej. Zastanawiam się, czy gitarzysta a może wokalista jest bardziej ceniony, jeśli któryś z nich to jakiego gatunku? Kontrowersyjnie ubrany, a może dość skąpo eksponujący wyrzeźbioną sylwetkę - na takie detale poświęcam swoje rozważania. Dzień w dzień. Są to także wymodelowanie sylwetki, lepsze, zdrowsze odżywianie się, co wpłynęłoby na kondycję skóry, cery, przeczytanie całych działów książek historycznych czy to z literatury pod kątem interakcji towarzyskich, obejrzenie setek filmów, których dotychczas nie widziałem, znajomość wszystkich pół miliona słów angielskich, ogólnie rzecz biorąc poznanie prawie wszystkiego co może się przydać.

Będąc w sklepach multimedialnych, godzinami zastanawiam się jakie książki, płyty, poradniki będą dla mnie najlepsze, które przydadzą mi się w interakcjach z innymi. Rozpaczam widząc całe półki książek czy płyt, myśląc, ile czasu z życia musiałbym przeznaczyć na ich przeczytanie, przesłuchanie. Oczywiście jest to niemożliwe. Dokładniej wygląda to tak: wyobrażam sobie jak dana umiejętność wpłynie na moje relacje ze znajomymi. Cały czas zastanawiam się, która profesja będzie dla mnie lepsza, a w praktyce imam się wszystkich, co wykańcza mnie psychicznie. Zazwyczaj ucieleśnieniem moich fantazji jest Michael Jackson. Wyobrażam sobie jako muzyka, który sprzedaje jeszcze więcej płyt, jest znany na całym świecie, wykonującego tak samo perfekcyjnie jak on taniec, śpiew i muzykę co spotkałoby się z podziwem znajomych – wszyscy mówiliby on jest niesamowity (choć wcale nie lubię śpiewać ani tańczyć). Jest to droga poszukiwania i wyrwania się z obecnego położenia, siedzenia w domu, chciałbym stąd uciec.

Obecne rozważania są tak wykańczające, że na ten moment chciałbym nauczyć się psychologii i przeprowadzić na sobie autoterapię, bo nie mogę już dalej tak funkcjonować, podczas gdy cały czas pamiętam oraz czuję, że moją prawdziwą pasją jest pianino. Od roku chodzę na psychoterapię połączoną z farmakologicznym leczeniem – widać przeogromne efekty – mogę pochwalić się zwalczoną nerwicą. W między czasie od pół roku odnowiłem kontakty ze znajomymi, ale także wtedy myślami jestem obecny w świecie moich fantazji – myślę sobie, że fajnie byłoby tu siedzieć jako nowy, podziwiany ja. Niemniej jednak chciałbym zadać pytania – jakie emocje/potrzeby mogą leżeć u podstaw tych fantazji? Co może powodować, że podziw jest jedyną przepustką do normalnego funkcjonowania? I jak ewentualnie, i w jakim kierunku pracować nad sobą? Pozdrawiam.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Niska samoocena - czy jestem chora?

Witam! Zastanawiam się cały czas nad tym, czy to, że matka mnie nie chciała, ma wpływ na moją samoocenę i zachowanie? Podobno psychika dziecka kształtuje się w łonie matki. Czy to dlatego, pomimo miłości jaką darzą mnie rodzice adopcyjni, ciągle czuje się niekochana i gorsza od innych?
odpowiada 3 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś
mgr Magdalena Rachubińska
mgr Magdalena Rachubińska

Niskie poczucie własnej wartości i niezadowolenie z życia

Witam! Mam obecnie 25 lat i jestem mężczyzną, pochodzę z małej wioski. Wywodzę się z dobrej rodziny, w której raczej nie brakowało miłości, mówię raczej, bo rodzice chcieli mnie dobrze wychować - mnie i trojga starszego rodzeństwa. Wychowywała nas właściwie...

Witam! Mam obecnie 25 lat i jestem mężczyzną, pochodzę z małej wioski. Wywodzę się z dobrej rodziny, w której raczej nie brakowało miłości, mówię raczej, bo rodzice chcieli mnie dobrze wychować - mnie i trojga starszego rodzeństwa. Wychowywała nas właściwie matka, bo ojciec przez cały tydzień pracował poza domem. Ciężko pracowaliśmy na roli, dużo uczyliśmy się, no i chodziliśmy do kościoła. Z zainteresowań pozostawała telewizja, no i piłka nożna. Odkąd pamiętam byłem spokojny i bardzo wesoły, no i chorobliwie nieśmiały. W domu odkąd pamiętam była duża dyscyplina i wychowywano nas jak mamy się zachować wobec ludzi. Zawsze czułem się przez to inny wobec rówieśników, więc pewnie dlatego byłem taki nieśmiały i bardzo zależny od innych, zresztą raczej nie pozwalano opuszczać nam domu. W rodzeństwie zawsze faworyzowany był mój brat najstarszy, a ja za wszelką cenę chciałem mu dorównać. Brat dobrze się uczył i zawsze stawiany był na pierwszym miejscu.

Sięgając pamięcią wstecz wydaje mi się, że byłem molestowany przez mojego brata w bardzo wczesnych latach mojego życia. Daleko było mi do niego praktycznie w każdej dziedzinie, choć się dobrze uczyłem, ale odkąd pamiętam nie mogłem się skoncentrować, miałem bardzo niskie poczucie własnej wartości, starałem się przypodobać kolegom i tak było aż do ukończenia szkoły średniej. Dużo rozmyślałem i używałem wyobraźni. Zwykle byłem gdzieś z boku, w nic najlepiej bym się nie angażował, od wszystkiego uciekałem. Bardzo dużo stresu kosztowała mnie nauka, dużo się uczyłem, mimo to mało zapamiętywałem, bałem się odezwać na lekcji, nawet jeśli coś wiedziałem, zawsze chodziłem spięty i zakładałem jakieś maski. Cieszyło mnie niezmiernie jak coś udało mi się zrobić, dostawałem za to szczere pochwały od matki, by następnie po pewnym czasie usłyszeć od niej, że czegoś tam nie dam rady zrobić, mimo że wcześniej to zrobiłem, zbierałem również obelgi od brata, który był chorobliwie zazdrosny o mnie, mimo że nie mogłem się z nim równać. Można powiedzieć, że wszystko robiłem na siłę. I miałem ogromne problemy emocjonalne z tym związane, od ogromnego poczucia wartości i podniecenia do zaniżonej niemal do zera samooceny i ogromnego doła.

Pobyt w wojsku trochę odmienił moje zapatrywanie, trochę się wyluzowałem i choć miałem duże nadzieje i ambicje z nim związane (ojciec i brat byli podoficerami), niestety to były już schyłkowe czasy wojska i nadal moje ambicje nie mogły być spełnione. Zacząłem za to palić trawkę. Podczas jednego epizodu z marihuaną miałem ogromne lęki, które od tamtej pory trwały chyba 3 lata. Nie mogłem normalnie funkcjonować, miałem napady paniki, podwyższony nastrój na przemian z fazami depresji, ciągle byłem skoncentrowany na sobie. Gonitwy myśli, zawyżona samoocena, to wszystko przeszkadzało mi w pracy, w której nie mogłem znaleźć wspólnego języka z kolegami dużo starszymi. Od 5 lat pracuję w zakładzie lotniczym w trybie 3 zmianowym, gdzie na porządku dziennym jest hałas. Tak naprawdę to są najgorsze lata mojego życia, ciągłe dopasowywanie się do kolegów, porównywanie się z nimi, zaniżona samoocena, niepotrafienie znalezienia wspólnego języka, taki ciągły bunt, choć nie chcę, zawsze dochodzi do głosu. Można powiedzieć, że cały czas czułem się gorszy, choć wiem, mimo że wiedziałem, że tak nie jest, ja byłem bezsilny wobec siebie. Zacząłem zgłębiać książki psychologiczne o neurotyzmie i na siłę próbowałem być sobą, w wyobraźni chciałem stworzyć jakiś obraz własnego idealnego ja i pomimo że nie miałem dużych wymagań, ciągle nie potrafiłem normalnie funkcjonować.

Ciągle marnuję czas przeglądając internet. Odkąd pamiętam (od ok. 6. roku życia) masturbuję się, palę papierosy oraz piję alkohol. Nie sądzę, żebym był od nich uzależniony, raczej robię to z nudy albo żeby podtrzymać swoją normalność. Dużo myślę (mam duże mniemanie o sobie, choć teraz staram się tego nie okazywać). Mam dużo zainteresowań, ale boję się je wykonywać, bo wydaje mi się, że powinienem wydorośleć, że za bardzo jestem zdany na siebie, że inni normalni ludzie tyle nie potrafią co ja, że są jakieś ważniejsze rzeczy od tego (tylko jakie). Chciałbym w przyszłości założyć rodzinę, ale jak powtarza matka, nie radzę sobie nawet z samym sobą (mama od 16 roku była sierotą i zajmowała się młodszymi braćmi). Cały czas mieszkam z rodzicami, z którymi przez brak wspólnego języka przechodzę katorgi. Zacząłem blokować swoje emocje i dusić wszystko w sobie, zawsze starałem się coś robić, ale z ojcem niestety nie potrafiłem, ponieważ tak naprawdę to nie miał ochoty nic robić, tylko zawsze narzekał, że nic z nas nie będzie i do niczego nie dojdziemy (mieszkam jeszcze z dwiema starszymi siostrami). Jest to chyba okres poznawania życia przeze mnie i dokonania wyboru. Niestety przypadł on na taki okres wielkiego bumu na pracę za granicą, zazdrością, nieliczenia się z innymi (zawsze starałem się jak najwięcej dowiedzieć jak to funkcjonuje). Nie ukrywam, że też miałem chęć lepszego zarobku, wydoroślenia no i nie patrzenia na to co mi dyktują rodzice. Ale doszedłem do wniosku, że to oni, a szczególnie tata, miał rację. I od tej pory mam dla niego pełen szacunek.

Mam kilku zaufanych kolegów, ale moje relacje z nimi nie są w pełni otwarte, bo ja zawsze byłem kimś w roli mediatora, który wysłucha, nigdy nie powie złego słowa, wszystko zrozumie, zawsze powie coś mądrego. Byłem kilka razy u psychiatry, który przepisał mi jakieś leki i wskazywał na psychologa. Można powiedzieć, że cały czas moralizuję swoje życie i już tak na prawdę nie wiem, jak się w nim odnaleźć, co dla mnie dobre, a co złe, jak zachowywać się wobec innych, czy wyrażać własne zdanie, czy przeciwnie - być uległy. Można powiedzieć, że na temat kontaktów międzyludzkich wiem wszystko, cały czas właśnie to zaprząta mi głowę. Kiedyś były przejściowe okresy, kiedy strasznie cieszyłem się z kontaktów z i innymi, teraz myślę, że inni mają podobne problemy co ja, a nikt nie chce się otworzyć, przez co te kontakty są powierzchowne albo fałszywe. Jestem strasznie rozkojarzony, bo chciałbym jakoś funkcjonować, czuć się wartościowy, przynajmniej przez samego siebie, ale tyle razy zawiodłem się ludźmi albo nie potrafiłem sobie wytłumaczyć dlaczego.

Nie potrafię się otworzyć, choć w głębi duszy jestem dzieckiem, na siłę chcę być dorosły, coś osiągnąć, bo wiem, że mogę to zrobić, choć nie robię nic, co by mnie w jakiś sposób budowało. Nie wiem nawet, czy poważnie podejść do życia, czy się bawić i niczym się na razie nie przejmować. Boję się ofiarować i zburzyć obraz siebie, ale dlaczego miałbym to robić, jeśli wiem, że za niedługo nadal się zmienię (takie błędne koło). Nie wiem, jak mam myśleć, pracuję nad sobą, mam wielką chęć zmiany, ale nadal czuję się pusty i wypalony. Nie wiem, jak mam spoglądać na świat. Świat ludzi rozumiem nawet za dobrze, ale czuję jakbym się nie rozwijał, z jednej strony niczym się nie przejmuję, bo nie warto tak naprawdę, z drugiej nawet błahostki wyprowadzają mnie z równowagi. Żyję z dnia na dzień, najchętniej nie kierowałbym się swoim ego, bo wychodzą przez to nieporozumienia z ludźmi, z drugiej mam chęć współzawodnictwa, choć po pewnym czasie wychodzi, że mam niewiele do powiedzenia (rani mnie, gdy ktoś jest bardziej zaradny ode mnie, szczególnie jeśli ta osoba jest w jakiś sposób powiązana ze mną).

Mam od niedawna dziewczynę, którą pewnie kocham, ale nie potrafię się dla niej otworzyć, nic nie czuję. Czuję się natomiast ponad nadmiar sfrustrowany. Z natury dużo nie myślę, raczej mam nawyk do racjonalizatorstwa, ciągle jestem rozkojarzony, zawsze jakaś myśl wpadnie mi do głowy i zaczynam ją analizować, nieważne czy jest ona ważna, czy nie. Myślę, że za bardzo jestem zdany na siebie, na swoje myśli (potrafię bardzo dobrze sobie radzić, ale w pojedynkę), przez to nie mogę się skupić, dużo kombinuję, a za mało robię. Denerwują mnie ludzie, bo nie potrafię się skupić na tym, co w danym momencie mówią, tylko oceniam, czy to prawda czy nie. Poza tym często rozmowy te wydają mi się mało dorosłe, a ja kontroluję się, żeby nie urazić drugiej osoby. Mam chaos w głowie, bo nie wiem, co mną kieruje i nie czerpię żadnej przyjemności z życia, choć są momenty, że potrafię się cieszyć z najprostszych rzeczy, to ciągle się to burzy.

Myślę, że jestem normalny, a może mało zaradny. Tak naprawdę w każdym razie niezadowolony z siebie, tylko nie wiem czy z własnej natury, bo o osobowości jako takiej raczej mowy być nie może. Zawsze chodzę za to zdenerwowany i sfrustrowany. Często myślałem, że dążę do jakiejś świętości i że wszystko jest bez sensu oraz, że jest mnie stać na ofiarowanie swojego cierpienia dla dobra innych. Myślę, że mógłbym normalnie funkcjonować, ale raczej nie założyłbym rodziny, a nie chcę tak żyć. Czy powrócę jeszcze do normalności, czy będę mógł w jakiś sposób żyć z ludźmi i zachować siebie jednocześnie, radząc sobie w życiu i cieszyć się nim? Proszę powiedzieć, czy da się to jakoś zmienić czy żyjąc między podobnymi ludźmi zawsze będę podobny do nich? Może mam osobowość schizoidalną albo coś innego?

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jak zaakceptować swój wygląd?

Mam poważny problem z zaakceptowaniem swojego wyglądu. Mam 19 lat, a wyglądam jak dziecko, ludzie najczęściej oceniają mnie na 16 lat. Może to głupie, ale przez to czuję jakbym intelektualnie też była na poziomie 16latki. Nie podoba mi się we...

Mam poważny problem z zaakceptowaniem swojego wyglądu. Mam 19 lat, a wyglądam jak dziecko, ludzie najczęściej oceniają mnie na 16 lat. Może to głupie, ale przez to czuję jakbym intelektualnie też była na poziomie 16latki. Nie podoba mi się we mnie kompletnie nic, nie widzę zalet, które mogłabym uwydatnić. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że kiedy patrzę w lustro to wpadam w panikę i zaczynam płakać, ponieważ moja osobowość i charakter kompletnie nie pasują do wyglądu. Na co dzień kreuję sobie jakiś obraz siebie i kiedy spojrzę w lustro to doznaję szoku, bo nie poznaję osoby, którą widzę. W dodatku nie potrafię siebie zaakceptować, gdyż nie wiem jak wyglądam. Ja widzę siebie inaczej niż inni, poza tym na każdym zdjęciu wyglądam inaczej i moi znajomi też to widzą. Przez to mam bardzo niskie poczucie własnej wartości i czuję się przez ludzi odrzucana, nie potrafię się odnaleźć w żadnym towarzystwie. Dodam, że chodziłam już do psychologa, ale niewiele mi pomógł. Bardzo roszę o pomoc.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Ogromny kompleks: małe piersi

Witam serdecznie. Mam pewien problem. Mianowicie ogromny kompleks na punkcie piersi. Mam bardzo mały biust. Jakiś czas temu miałam nadzieję, że jeszcze urośnie, jednak mam już 22 lata i raczej jest to niemożliwe. Ciężko mi jest wyjść na plażę,...

Witam serdecznie. Mam pewien problem. Mianowicie ogromny kompleks na punkcie piersi. Mam bardzo mały biust. Jakiś czas temu miałam nadzieję, że jeszcze urośnie, jednak mam już 22 lata i raczej jest to niemożliwe. Ciężko mi jest wyjść na plażę, ubieram bardzo luźne ubrania, obsesyjnie przeglądam strony "jak powiększyć biust" jednak nic nie skutkuje. Nie wyjdę na ulicę bez stanika typu Push Up. Mój narzeczony już nie może tego znieść (on nigdy nic mi nie powiedział, że jest coś nie tak wręcz przeciwnie) jednak ja mu ciągle wmawiam, że ogląda się za takimi które maja większy biust, że każdej kobiecie patrzy w dekolt, często wszczynam tym kłótnie. Nieraz z tego powodu wylewam "litry łez". Ostatnio nawet rzuciłam mu pierścionkiem zaręczynowym z powodu piersi. Czuję się bardzo źle, nie przebiorę się przy nim nawet. Ja również mam już tego dość. Próbowałam to zmienić, ale nie ma szansy. Choć operacja jest bardzo kosztowna to byłam ostatnio na konsultacji. Nie chodzi mi by mieć wielki biust, ale by mieć cokolwiek i nie zdejmować "stanika z piersiami". Lekarz podał mi cenę i dodał, że należy doliczyć vat chyba, że lekarz wypisze mi zaświadczenie, że mam z tym problem (psychiatra, psycholog, endokrynolog - leczę się dodatkowo u endokrynologa ponieważ mam problemy z hormonami). Czy myśli Pani, że moje podejście psychiczne to jest duży problem? Co Pani zdaniem powinnam zrobić? Dziękuję za odpowiedź. Pozdrawiam Adrianna.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jak mam poradzić sobie w życiu?

Zacznę od tego, że jestem z natury osobą bardzo uległą. Łatwo mnie zranić. Ludzie mi mówią, że biorę za bardzo wszystko do siebie. A inaczej nie umiem.. Nie jest tak, że jestem zupełnie bez żadnych osiągnięć życiowych. Już samo dostanie...

Zacznę od tego, że jestem z natury osobą bardzo uległą. Łatwo mnie zranić. Ludzie mi mówią, że biorę za bardzo wszystko do siebie. A inaczej nie umiem.. Nie jest tak, że jestem zupełnie bez żadnych osiągnięć życiowych. Już samo dostanie się na medycynę i jak na razie - radzenie sobie - można by nazwać jakimś osiągnięciem. Jednak cały czas nie wiem, czy nadaję się na takie stanowisko, czy będę dobrym lekarzem? Jak można być dobrym lekarzem, jak ma się problemy z samym sobą. Nie mam wsparcia ze strony rodziców. Mama zawsze chwali przy mnie innych, że są przebojowi i że sobie dobrze radzą w życiu. Przy mojej mamie, która osiągnęła wiele w życiu właśnie w branży medycznej - czuję się wiecznie jak cień. Ktoś kogo naprawdę nie ma. W pewnym momencie miałam tak średnie relacje z rodzicami, że postanowiłam iść na ten kierunek nie ze względu na to żeby zadowolić rodziców, bo nawet nie to mi było w głowie, ale ze względu na to, żeby móc się od nich usamodzielnić, a ten kierunek by mi to mógł umożliwić. Dostałam się za drugim razem na studia, dlatego że zaczęłam tego chcieć. Wcześniej nie zależało mi w ogóle na czymkolwiek aż tak. Moim marzeniem jest wyprowadzić się gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna. Przez brak pewności siebie, wydaje mi się, że jestem taka "ciamajda życiowa". Zawsze jak się staram coś zrobić dobrze, to moje zbytnie starania powodują, że jestem roztargniona, robię wiele rzeczy naraz i dużo rzeczy mi przez to nie wychodzi. Chodzi mi tu też o kwestie medyczno-praktyczne. Czasem jak mi coś nie wyjdzie, to unikam ludzi i miejsca, gdzie zdarzyła się taka sytuacja, przez co boję się, że nie będę miała pracy i na nic mi ta cała nauka. Czasami jak czytam książkę medyczną zastanawiam się, czy to ma wszystko sens? Czy ja w ogóle powinnam robić to co teraz robię? I czy w ogóle się do czegoś nadaję, jak mi wszystko leci z rąk. W świecie, w którym wszyscy walczą - mi opadają ręce. Chociaż już jestem dorosła „wiekowo”, to nie jestem przygotowana na naprawdę dorosłe życie. Czyli odpowiedzialność, podejmowania decyzji. A ten kierunek będzie ode mnie wymagał takich rzeczy i jeszcze więcej. Nie wiem co mam zrobić, żeby zbudować pewność siebie. Nie mam na razie żadnych do tego podstaw. Wydaje mi się, że nie jestem do tego zbyt bystra. Może powinnam siedzieć za kasą w sklepie i kasować produkty albo sprzedawać ziemniaki na bazarku. Może to przynajmniej robiłabym dobrze i czułabym jakąś satysfakcję z tego co robię. Czasami nawet podejmuje próby, nastawiam się, że każdy nowy dzień przyniesie coś nowego i będę mogła ponaprawiać swoje błędy. Ale najbardziej dołujące jest to, że ja je powtarzam i wcale nie jest tak lepiej. I moje pytanie jest takie, do czego ja się w ogóle nadaje? Głupio jest mieć 22 lata i nie wiedzieć po co się właściwie jest na tym świecie. Gdybym była zwierzęciem to wystarczyłby mi świat wegetacji, ale świat ludzki wymaga umiejętności życia w społeczeństwie i radzenia sobie, a mi się wydaje, że nie mam na to wystarczająco dużo siły

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Patronaty