Twój przewodnik po zdrowiu

  1. Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
  2. Nie ma informacji, których szukasz? Wyślij pytanie do specjalisty.
Rozpocznij
7 6 6 , 6 8 3

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Relacje: Pytania do specjalistów

Jak zrozumiec mamę i siostrę?

Od wakacji miałam trudny okres w moim życiu. Moja mama tego nie zauważyła, ponieważ miała zbyt dużo swoich problemów. Ja nie chciałam z nią rozmawiać na moje sprawy prywatne, ponieważ uważałam, że zbyt dużo nie może wiedzieć, a zresztą nie...

Od wakacji miałam trudny okres w moim życiu. Moja mama tego nie zauważyła, ponieważ miała zbyt dużo swoich problemów. Ja nie chciałam z nią rozmawiać na moje sprawy prywatne, ponieważ uważałam, że zbyt dużo nie może wiedzieć, a zresztą nie chciałam aby przeze mnie na dodatek cierpiała. Moja mama bardzo często wyróżnia moją starsza o 5 lat siostrę. Wiele razy zwracałam jej na to uwagę, ale ona uważała, że tego nie robi. Mama tego nie widzi, ale wiele razy jest mi bardzo smutno i ciężko przez to, że jestem na drugim miejscu. Wiem, że rola matki to coś bardzo trudnego, ale nie można wyróżniać dzieci. Właśnie przez to czuję co raz większa wrogość do mojej siostry. Kocham ją, ale nie umiem się z nią porozumieć, bo trzyma stronę mamy i próbuje mnie wychować, ale przepraszam bardzo - ja nie wchodzę w jej prywatne sprawy z chłopakami albo innymi rzeczami. Niestety ona to robi cały czas, a mama popiera jej stronę. Czuję się bardzo odrzucona i przez to popadam w depresje i mam co raz więcej problemów. Co mam robić, jak rozmowa nic nie daje? Czekam z niecierpliwością na odpowiedź.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Ciągła krytyka, myśli samobójcze - jak to zmienić?

Witam, mam 17 lat i jestem kobietą. W mojej klasie panuje dość nieprzyjemna atmosfera, ludzie podzielili się na grupki i wychodzi z tego, że 2/3 klasy nie rozmawia ze sobą jeśli nie musi. Pewnie niektórzy z klasy nie zgodzili by...

Witam, mam 17 lat i jestem kobietą. W mojej klasie panuje dość nieprzyjemna atmosfera, ludzie podzielili się na grupki i wychodzi z tego, że 2/3 klasy nie rozmawia ze sobą jeśli nie musi. Pewnie niektórzy z klasy nie zgodzili by się ze mną, bo oni czują się tam fantastycznie. A z mojego punktu widzenia jest strasznie, bo nieustannie ktoś mnie krytykuje, przyczepia się do mnie. Nie wiem co jest ze mną nie tak, bo ubieram się i wyglądam typowo, a często nawet na ulicy nieznajomi ludzie rzucają dziwne komentarze pod moim adresem. W szkole nigdy nie usłyszę dobrego słowa. Niedawno kolega z klasy zarzucił mi, że jestem za poważna, co moim zdaniem jest kompletną nieprawdą, a on mnie nawet nie zna, bo nie rozmawia ze mną i nie wiem czemu miała służyć ta krytyka. Dodatkowo, moje koleżanki, z którymi spędzam dużo czasu, wcale mnie nie broniły, tylko zaczęły z nim dyskutować tak, jakby mnie wcale nie było obok. Nie rozumiem dlaczego tak uważają, przecież nawet w tym samym dniu cały czas żartowałyśmy i to ma być ta moja "powaga"? A ten chłopak nikogo innego nie krytykuje, tylko mnie. Wychodzi na to, że nie znam sama siebie. Klasa ma do mnie też pretensje o to, że ich zdaniem "nic nie mówię", "muszę być bardziej szalona", "otworzyć się na ludzi". Jeszcze do tego cały czas słyszę, że "nie żyję", bo nie mam konta na portalu społecznościowym. A ja nie przepadam za takim dzieleniem się informacjami z wszystkimi dookoła, tym bardziej jeśli mają to być ludzie z mojej klasy, przecież na takim portalu ciągle jest się ocenianym, a to tylko kusiłoby ludzi z mojej klasy żeby jeszcze bardziej mnie krytykować. Więc nie posiadanie konta na takim portalu sprawia, że jeszcze bardziej się do mnie przyczepiają. Nie wiem jakim prawem każą mi się zmienić, dziwi mnie, że tak bardzo im przeszkadza moja obecność. A mi po prostu nie chce się rozmawiać z takimi ludźmi jak oni, idąc do tej klasy nie sądziłam, że wszyscy będą zachowywali się jakby się nie znali. To prawda, może nie jestem otwarta na ludzi, bo wielu ludzi mnie zraniło, krytykowało, nie mam rodzeństwa, w dzieciństwie często musiałam zostawać sama w domu, więc przyzwyczaiłam się i polubiłam bycie samotną. Z powodu wszystkich złych rzeczy, jakie ludzie mi zrobili w ciągu mojego życia nie ufam ludziom, nie lubię ich i nie umiem za długo z nimi przebywać. Z tego powodu mam właśnie kłopoty z nawiązywaniem nowych znajomości, właściwie to nie za bardzo lubię poznawać nowych ludzi, z rozmawianiem, z wyrażaniem swojego zdania, ale z ludźmi których znam bliżej lubię przebywać, rozmawiać i żartować. Z powodu tych wszystkim problemów nie tylko w szkole nic mi się nie chce, najchętniej spałabym całe dnie żeby nie chodzić do szkoły i nic nie robić. Mam też myśli samobójcze, praktycznie każdego dnia, chociaż może nie są samobójcze, bo nie chciałabym sama się zabić, tylko chciałabym umrzeć. To trwa już bardzo długo, ale można powiedzieć, że się przyzwyczaiłam, ale teraz jest bardzo źle. Chciałabym zmienić szkołę od przyszłego roku szkolnego, bo czuję, że dłużej tu nie wytrzymam, nikt, kompletnie nikt mnie tu nie rozumie, wszyscy oceniają powierzchownie. Jednak w nowej szkole musiałabym wszystkich poznawać od nowa, a z tym mam przecież kłopot, jeśli zachowywałabym się tak jak do tej pory, to znowu sytuacja by się powtórzyła i tym razem nie mogłabym już 2 raz zmienić szkoły. Nie wiadomo też czy w nowej szkole byłoby lepiej, może tam są ludzie jeszcze gorsi od tych teraz. Dlatego nie wiem czy powinnam zostać tu gdzie jestem i przemęczyć się 2 lata, czy zaryzykować i zmienić szkołę, otoczenie. I to nie jest tak, że ja lubię być osamotniona i małomówna, chciałabym być towarzyska, popularna, cieszyć się z przebywania z ludźmi, ale tak nie jest. Proszę o pomoc, z góry dziękuję.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

W jaki sposób oferować swoją pomoc?

Witam, Otóż mój problem, może nie do końca problem, ale pewna kwestia nurtuje mnie, szczególnie w przypadku poważnych problemów innych: jak skutecznie radzić i pomagać przyjaciołom? Chodzi mi o to, czy należy samemu wychodzić z inicjatywą za każdym razem, gdy...

Witam, Otóż mój problem, może nie do końca problem, ale pewna kwestia nurtuje mnie, szczególnie w przypadku poważnych problemów innych: jak skutecznie radzić i pomagać przyjaciołom? Chodzi mi o to, czy należy samemu wychodzić z inicjatywą za każdym razem, gdy zobaczymy, że coś złego dzieje się z bliską nam osoba, czy lepiej poczekać jak ona sama nas zapyta o pomoc? Jak pomagać, żeby było dobrze, a żeby komuś nie zaszkodzić, albo nie być natrętnym? Może opiszę to na przykładzie: Mój przyjaciel zakochał się. Jest to związek na odległość i miłość tylko z jego strony. Widzę, że jest zdołowany, często o tym rozmawialiśmy. Teraz już prawie wcale, bo powiedział, że nie chce już o tym myśleć i chce sobie to poukładać. Wiele razy pytał się co ma robić, rozmawialiśmy na temat jego sytuacji. Niestety mieszkamy daleko od siebie i rozmowa w "cztery oczy" jest często niemożliwa, więc rozmawiamy przez komunikatory. Najbardziej nurtuje mnie to, że nie bardzo wiem co w takiej sytuacji robić. Zwykle nie wiedziałem co mogę mu radzić, gdyż sam nie mam takiego doświadczenia. Nie ukrywam, brak pomocy jest dla mnie dość przykry, chciałbym pomóc. Po drugie, nie zaczynałem rozmów zwykle od siebie, bo nie chciałem przypominać mu ani wyjść na wścibską osobę, skierowywałem rozmowy na inne tory, żeby o tym nie myślał. Czasami zastanawiam się, czy po dłuższej chwili milczenia odezwać się, zapytać jak samopoczucie? Zdaję sobie sprawę, że moja sprawa może być trochę infantylna, ale chciałbym dowiedzieć się jak postępować w takich sprawach, żeby móc skutecznie pomagać ludziom, którzy do mnie się zwracają oraz czy robię dobrze. Będę bardzo wdzięczny za odpowiedź. Pozdrawiam, Czmielik

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Magdalena Boniuk
Mgr Magdalena Boniuk
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Jak poradzić sobie z nadopiekuńczością?

Witam, jestem 24 letnią kobietą. Mama, która wychowywała mnie razem z babcią nigdy nie pozwoliła mi dorosnąć, jest do granic możliwości nadopiekuńcza, do dziś żyję pod jej dyktando. W związku z tym mam trzy pytania: 1. Dowiedziałam się, że okres...

Witam, jestem 24 letnią kobietą. Mama, która wychowywała mnie razem z babcią nigdy nie pozwoliła mi dorosnąć, jest do granic możliwości nadopiekuńcza, do dziś żyję pod jej dyktando. W związku z tym mam trzy pytania: 1. Dowiedziałam się, że okres buntu jest u nastolatków czymś normalnym, że podejmują one próby walki o swoje i to jest zdrowe. Dlaczego ja, jako nastolatka nie byłam w stanie się zbuntować? Czy to znaczy, że ponoszę część winy za to, że żyję teraz w niewoli? Jestem na siebie bardzo zła, nienawidzę siebie z tamtego okresu i jednocześnie żyję marzeniami, żeby stać się na powrót nastolatkę by zmienić swoje zachowanie z tamtego okresu. Co prawda usprawiedliwiam się, że tak potężne awantury, jakie mi robiła z błahych powodów (np. chęć wyjścia do miasta na herbatę z porządnymi znajomymi w środku dnia w wieku 17 lat) skutecznie zniechęciły mnie do podejmowania dalszych prób walki o niezależność, ale przecież mogłam się stawiać, mogłam się nie poddawać… Czy ja też tu mam trochę winy? 2. Czemu odstręcza mnie cierpienie mamy? Czemu gdy ona płacze, zamiast współczuć jej odsuwam się z odrazą? Nie wiem na pewno, ale czasami czuję też pewną satysfakcję, gdy widzę, że czasami jej się nie udaje. Skąd to może wynikać, szczególnie to obrzydzenie do jej łez? 3. Czemu czuję rodzaj odrazy do więzi jakie łączą moja mamę z babcią? Wydaje mi się, że ich relacje są… obleśne, szczególnie mama przesadza z tym przywiązaniem. Wygląda to mniej więcej tak: mama ciągle powtarza, że jest z babcią jak siostry syjamskie, boli je ta sama część ciała, te same schorzenia, te same myśli w jednym czasie, ciągle się tym chwalą, żegnają się nawet jak się mają nie widzieć kilka godzin, tęsknią za sobą… Czy to jest normalne, (skoro obie nie mają mężów, to może po prostu liczą na siebie), czy tylko mnie odstręcza? Z góry dziękuję za jakąkolwiek poradę, będę wdzięczna.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Moim problemem jest moja matka - co robić dalej?

Witam,   Mam 22 lata. Ludzie pozornie oceniają mnie jako dziewczynę z dobrego domu - studiuję, pracuję, mam pozornie dobre życie. Moim problemem jest moja matka. Krytykuje mnie stale, obraża prowokuje do kłótni. Wstaje koło 6 nad ranem, chodzi...

Witam,   Mam 22 lata. Ludzie pozornie oceniają mnie jako dziewczynę z dobrego domu - studiuję, pracuję, mam pozornie dobre życie. Moim problemem jest moja matka. Krytykuje mnie stale, obraża prowokuje do kłótni. Wstaje koło 6 nad ranem, chodzi wokół mego pokoju i psioczy wyzywając mnie od najgorszych, że jeszcze śpię. Potrafi mówić o 6 nad ranem, że znowu śpię do południa. Nie mogę się wyspać - pracuję głownie nocami, aby opłacić studia i pogodzić to wszystko. Gdy tłumacze jej żeby tego nie robiła, wypiera się. Milczę więc, a im bardziej milczę, tym coraz bardziej mnie obraża. Niedawno dowiedziałam się, że mnie okłamywała - przez 2 lata przyjmowała na mnie alimenty i nie poinformowała mnie o tym, mimo tego ciągle robiła mi wyzuty, że się nie dokładam. Nie mogłam pójść na studia dzienne, bo stwierdziła, że nie będzie mnie utrzymywać. Podrobiła pełnomocnictwo podpisując się za mnie. Nie okazała skruchy, uznała, że miała prawo. Kiedy powiedziałam, że nie chcę z nią spędzać Wigilii uznała, że nie mam prawa spędzać z nią Wigilii i że ma nadzieję, że to mnie czegoś nauczy. Wszystko jej zdaniem robię źle. Przeszukuje mój pokój, otwiera moje listy. Sąsiadom opowiada niestworzone historyjki jak to bliskie dla siebie jesteśmy, jaka ze mnie dobra córka, a czając się pod moim pokojem używa słowa "suka" mówiąc o mnie. Kiedy milczę - prowokuje mnie bardziej, kiedy kłócę się i rzucam przedmiotami, każę jej się zamknąć, trzaskam drzwiami - uważa, że ją terroryzuję. Chcę iść z nią na terapię, ale jej zdaniem to ja jestem chora i należy mnie zamknąć w szpitalu, w którym już przez nią leżałam, gdy wmówiła mi, że jestem za gruba. Przestałam jeść. Potem jadłam, wymiotowałam. Wpadłam w bulimię. Ciałem się. Chciałam się zabić. Wyszłam z tego, choć nie raz słyszę w sytuacji, gdy ubieram coś, co jej się nie podoba, że jestem tłusta i nie może na mnie patrzeć. Mój ojciec ją zostawił, mnie również. Nie mam z nim kontaktu. Boję się, że będę taka jak ona, że zostanę sama z dzieckiem i będę niszczyć je tak, jak ona. Coraz częściej mi się to śni. Wiem, że mnie nigdy nie kochała i wiem, że nigdy nie będzie. Boję się pakować w związki, czuję przerażenie - jawne, wręcz namacalne, gdy ktoś chce się do mnie zbliżyć. Jestem sama, czuję, że tak już będzie i że nikt mnie nigdy nie pokocha. Bo czemu miałby? Nie chcę też nikomu pozwolić patrzeć na to co się dzieje w moim domu, bo jest mi wstyd jak za każdym razem gdy zapraszam kogoś bliskiego do domu, a ona robi mi scenę. Jestem zmęczona, za często płaczę, nie umiem się pozbierać. Jak z nią postępować? Nie mogę się wyprowadzić. Izoluję się jak mogę. Dokąd iść po pomoc? Czuję się nikomu niepotrzebna i coraz częściej rozważam, czy dalsze życie - a co za tym idzie - męka z nią ma sens. Skoro mam tak się męczyć, skoro mam się czuć dalej tak jak teraz, to czy nie lepiej to skończyć?

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Wszyscy znajomi się ode mnie odwrócili. Czy to depresja?

Mam 16 lat i chodzę do pierwszej klasy liceum. Nie mam problemów z nauką, uczę się dobrze. W domu także myślę, że jest w porządku. Na co dzień jestem sama z mamą, a tata przyjeżdża na weekendy. Mamy raczej dobre...

Mam 16 lat i chodzę do pierwszej klasy liceum. Nie mam problemów z nauką, uczę się dobrze. W domu także myślę, że jest w porządku. Na co dzień jestem sama z mamą, a tata przyjeżdża na weekendy. Mamy raczej dobre kontakty, poza drobnymi kłótniami jakie zdarzają się w każdej rodzinie. Tata dzwoni do mnie każdego dnia i rozmawiamy, chociaż nasz temat to głównie szkoła i oceny. Wiem, że on mnie kocha i ja jego także, ale nie potrafię mu tego powiedzieć. Mam kłopoty z wyrażaniem uczuć. Jest to mój pierwszy problem. Kiedy o tym myślę łzy cisną mi się do oczu. Drugim problemem jest brak jakichkolwiek chęci i obojętność, która pojawia się u mnie coraz częściej. Czasami myślę, że nie potrafię się już szczerze śmiać. Wszystko zaczęło się od tego, gdy w 3 gimnazjum wszystkie koleżanki odwróciły się ode mnie z niewiadomych do tej pory dla mnie powodów. Pod koniec listopada poprzedniego roku zaczęłam się spotykać z kolegą z klasy. Lubiłam go. Na początku wszystko było ok. Koleżanki wspierały mnie, chociaż ten kolega nie był zbytnio lubiany w naszym gronie. Mimo to nikt mi nigdy nie powiedział, żebym z nim zerwała albo coś. Wszystko stało się nagle. Moja "przyjaciółka" z ławki przestała się do mnie odzywać i z tego co dowiedziałam się później strasznie mnie obgadywała i np. jak do nich pochodziłam mawiała teksty w stylu: "jak mnie niektórzy stąd wkurzają". Pewnego dnia postanowiłam z nią pogadać i spytałam czemu jest dla mnie taka chamska ostatnio. Ona odpisała mi, że zmieniłam się odkąd jestem z tym kolegą i że ją teraz wkurzam z dopiskiem, że dopiero może być chamska. Załamałam się. Wiedziałam, że nie mam z nią szans. Była popularna, lubiana, miała chłopaka - miała po prostu wszystko co chciała. Kiedy przyszłam na drugi dzień do szkoły nikt się do mnie nie odzywał poza moim chłopakiem. Po dwóch godzinach nie wytrzymałam, rozpłakałam się i poszłam do domu. Dwie dziewczyny próbowały mnie zatrzymać, ale gdy spytałam się czemu są takie nie miłe nie potrafiły mi opowiedzieć w żaden sposób. Tłumaczyły coś, że już nie czują się dobrze w moim towarzystwie itp. Nic z tego nie rozumiałam. W domu pocięłam wszystkie wspólne zdjęcia, kiedy mama przyszła zorientowała się że coś jest nie tak. Kazała mi dać do niej numer i zadzwoniła. Tym bardziej było mi wstyd, że się w to wmieszała, ale z jednej strony ją rozumiem, że nie mogła już patrzeć na to jak ciągle płaczę. W tym okresie odzywała się do mnie praktycznie tylko jedna koleżanka, chociaż zależało jej bardziej na przyjaźni z nimi niż ze mną. Do mnie pisała tylko wtedy gdy one ją olały. W ciągu następnych dni "koleżanka" niby przeprosiła mnie, żeby jakoś załagodzić stosunki do końca roku, myślę, że reszta ją do tego namówiła, żeby nie wyszła na aż taką chamską. Było mi strasznie ciężko, straciłam cała radość życia i nie widziałam w niczym sensu. Nie chciałam dłużej chodzić do szkoły. Na szczęście rozpoczęły się wakacje podczas których nie miałam praktycznie z nikim kontaktu. Spędzałam dnie z chłopakiem i jego znajomymi lub tylko we dwoje. Okazał się dobrym przyjacielem. Wiem, że jest dobrym człowiekiem, chociaż nie wiem czy go kocham, ale boję się, że gdy mu powiem abyśmy zostali przyjaciółmi stracę go, a jest dla mnie bardzo ważny. W liceum na początku było ok. Miałam dwie koleżanki ze starej klasy, które mimo całego incydentu zachowywały się w porządku. Reszta klasy także okazała się całkiem fajna. Wszystko było ok. Jednak teraz czuję, że nie jest. Boję się, że stanie się to samo co wtedy. Boję się nawiązywać głębszych relacji z ludźmi. Druga rzecz to to, że ludzie ze starej klasy się spotykają, a ja jakby zawsze jestem pomijana. Nie potrafię się szczerze uśmiechać i śmiać. Nie umiem się bawić jak dawniej. Często nie czuję nawet potrzeby odzywania się do ludzi. Mogłabym siedzieć sama. Pomóżcie mi stać się znowu tą samą otwartą osobą co kiedyś! :( Nie mam także od 3 miesięcy miesiączki, czy to może być z tym związane?

odpowiada 1 ekspert:
 Joanna Moczulska-Rogowska
Joanna Moczulska-Rogowska

Jak poprawić relacje narzeczonego z przyszłymi teściami?

Witam! Mam 25 lat, półtora roku temu wyprowadziłam się ze swojego rodzinnego miasta, gdzie mieszkałam od urodzenia z rodzicami i bratem, do samego centrum Polski, przyjechałam tu do miłości swojego życia, którą poznałam. Mieszkając w domu nic mnie nie interesowało,...

Witam! Mam 25 lat, półtora roku temu wyprowadziłam się ze swojego rodzinnego miasta, gdzie mieszkałam od urodzenia z rodzicami i bratem, do samego centrum Polski, przyjechałam tu do miłości swojego życia, którą poznałam. Mieszkając w domu nic mnie nie interesowało, ani żadne opłaty, ani jedzenie, zawsze miałam to wszystko zapewnione. Gdy przeprowadziłam się do mojego obecnego narzeczonego nie wiedziałam, ani nigdy w życiu nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tak mi się życie potoczy :(. Otóż ja zostałam wychowana przez rodziców tak, że umiem zarabiać sama na siebie, że pracuję, że prawie wszystkiego powinnam dorabiać się sama (oczywiście liczyć na pomoc rodziców, ale w większym stopniu powinnam być samodzielna) i też taką osobą jestem. W nowym mieście u narzeczonego pracuję, mam swoje pieniądze itp. Rodzice pomagają mi czasami, przyjeżdżają, zawsze coś nam przywiozą, zawsze mieliśmy jakiś kontakt ze sobą, choć dzieli nas z moimi rodzicami odległość i duże koszty podróży, dlatego też nie jeździmy tam za często. W tym roku planujemy ślub u narzeczonego. Mój problem tkwi w tym, że mój narzeczony jest wychowany inaczej ode mnie :(. Mama jego tak nauczyła swoje dzieci, że we wszystkim trzeba im pomagać, po prostu we wszystkim, ona będzie jeść suchy chleb, byle by dziecku swojemu pomóc. Nie mówi tego, ale widzę, że ma pretensje do mnie za to, że moi rodzice nic mi nie dali jak do nich przyjechałam, a że ona dała tak dużo. Boli mnie to, bo wiem, że oni kiedyś mieli interes i dlatego teraz mogą coś dzieciom swoim dać, niestety u mnie nigdy nie było za pięknie jeżeli chodzi o pieniądze i rodzice dali mi to co dali (ich zdaniem nie za dużo) i cały czas w tym tkwi problem. Mój narzeczony odsunął się strasznie od moich rodziców, relacje moje z nim się bardzo pogorszyły (już nie jesteśmy przez to wszystko tak zakochaną parą jak byliśmy), nie wiem po prostu teraz co mam robić. W pewnych chwilach mam wrażenie, że mój narzeczony z mamą ma jakiś spisek przeciwko mojej rodzinie, żeby tylko mnie od nich oderwać, a ja nie potrafię się oderwać od moich rodziców, wychowali mnie, przeżyłam z nimi całe życie, kocham ich. Wiem, że nie zawsze postępują tak jak bym tego chciała i źle to wygląda z drugiej strony, ale co ja na to poradzę? Rodziców się nie wybiera. Kocham nad życie swojego narzeczonego i wiem, że to jest właśnie On, ale i kocham też swoich rodziców i chciałabym mieć z nimi kontakt, np. w przyszłości, jak będziemy mieć dziecko, żeby sobie do nich pojechać :( a tak nie wiem co mam robić, czasami się poddaję. Schudłam już 10 kg z tego wszystkiego, po prostu mam tego dosyć :(. Teraz byliśmy u mnie na świętach i tak się wszyscy pokłóciliśmy, że z narzeczonym wróciliśmy do domu. Rodzice powiedzieli, że widzą, że ja się od nich odsunęłam i że widzą, że jak przyjeżdżamy to jest cały czas temat ze strony mojego narzeczonego „co Pani dała córce?!”. Mam tego po prostu dosyć, ale teraz to obrazili się na amen, mama się do mnie nie odzywa, tato, rodzina po prostu nikt. Nie tolerują mojego związku z Nim, chodź w głębi serca nie jest on dla mnie zły :(. Proszę, pomóżcie!

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Problem w komunikacji z rodzicami - czy to depresja?

Witam, Mam problem i się zastanawiam czy to jest depresja. Gdzieś tak od 10. roku życia mam problemy z rodzicami i ogólnie rodziną. Aktualnie mam 12,5 roku i jestem dziewczyną. Nie umiem się komunikować z rodzicami. Boję się mówić...

Witam, Mam problem i się zastanawiam czy to jest depresja. Gdzieś tak od 10. roku życia mam problemy z rodzicami i ogólnie rodziną. Aktualnie mam 12,5 roku i jestem dziewczyną. Nie umiem się komunikować z rodzicami. Boję się mówić im o swoich problemach, dziwnie się przy nich zachowuję, ogólnie czuję do nich wielką nienawiść, nie wiem czemu. W dzieciństwie mnie nie bili, zawsze mi kupowali to co chciałam. A teraz mam z nimi takie problemy, że szok. Jak odrabiam lekcje z ojcem z matematyki to jak on mi tłumaczy coś, to jakoś od tak nie chce mi się go słuchać. On się denerwuje, krzyczy i zaczyna wypalać papierosy. Strasznie mnie denerwuje dym tytoniowy i on dobrze to wie jak mu powiem „nie pal” to on wpada w szał rzuca czasami czym popadnie i wychodzi z agresją z domu. Boję się go i chyba dlatego tak nienawidzę. Czasami oni myślą, że ja im coś robię na złość np. nie rozumiem czegoś, lub nie chcę jeść (raz tak było, że nie chciałam w ogóle nic jeść z racji tego rodzice myślą, że wpływ na mnie ma kuzynka, która ma anoreksję, ale przecież to nie było wcale tak, po prostu nie akceptuję swojego ciała, z resztą wyglądu też nie) albo jak było mi źle i płakałam to brałam coś ostrego i cięłam się po rękach. Rodzice to dopiero zauważyli chyba po 2 tygodniach. Zdenerwowali się jak zawsze i krzyczeli na mnie, a moja mama mi zaczęła grozić czymś, że jak jeszcze raz tak zrobię, że mnie zbije. Pozabierali mi moje książki nie wiem czemu, uważali, że niby stamtąd wzięłam ten pomysł z cięciem się. Ciągle płacze w swoim pokoju bez powodu i jak mama przyjdzie do pokoju i pyta się czemu płacze, a ja nie chcę powiedzieć to też na mnie krzyczy i mi też grozi. Leci do taty i to mu mówi krzyczą na siebie, kłócą się - to też mnie przygnębia. W szkole też mi jest strasznie źle. Boję się chodzić na lekcje, ogólnie się boję, że nie zdam. Boję się strasznie nauczycieli od matematyki i niemieckiego, bo strasznie krzyczą i nie rozumiem ich, ale boję się powiedzieć, że nie rozumiem. Ogólnie nie mogę zaakceptować środowiska szkolnego, uczniów, nauczycieli. Ciągle chodzę do szkoły w wielkim strachu przed nie wiem czym. Bardzo mi zależy na zmianie szkoły, ale rodzice jak to oni nie pozwalają mi. Namawiałam, błagałam nic to nie daje. Obwiniam zawsze ich za to, że jak byłam mała nie umieli mnie przypilnować - mama była zawsze zabiegana albo w pracy była na bardzo długo, bo musiała wyjeżdżać do Niemiec, bo trudno o prace w Polsce. Tata jest emerytem i nie pracuje, ale zawsze był na budowie i budował nowy nasz dom. Więc praktycznie byłam na okrągło z opiekunką, też za to, że nie zauważyli mojego schorzenia w dzieciństwie i muszę mieć rehabilitację. Zawsze tracę nadzieję ze mi się nie uda wyleczyć i po prostu nie wyrabiam sobie tego. Mam tyle problemów w życiu, że często myślę o śmierci, ale się jednego boję, że mogę przeżyć i wtedy nie wiem co by mi rodzice zrobili. Całymi dniami siedzę w domu i rozpaczam, nie mam żadnego dobrego przyjaciela, który by mnie wspierał, bo trudno mi nawiązywać z ludźmi kontakty. Zawsze rodzice mówili na mnie ciepła klucha, bo nawet się boję podejść do sklepu i coś kupić lub spytać o godzinę. Wkurza mnie też w to rodzicach, że nigdy mnie nie doceniali tylko ganili. Albo porównują mnie do mojej siostrzenicy, np. patrz jaka Malwinka odważna! Ty byś nigdy tak nie podeszła do kogoś i spytała się, albo Malwinka jest od ciebie o wiele mądrzejsza. Albo mój tata rozpieszcza moją siostrzenicę zawsze kupuje jej jakieś duperele drogie, a szkoda mu nawet mi kupić zasran*j gazetki. Czasem nawet myślę co by było, jakby oni nie byli moimi prawdziwymi rodzicami tylko się pomyliło coś w szpitalu. Albo jak by mnie jakaś młoda, ładna fajna para adoptowała z domu dziecka. Tak bardzo się różnimy od siebie (chodzi mi o rodziców)… Nie mogą mnie oni nigdy zrozumieć. Tak w ogóle to nikt nie może.

odpowiada 1 ekspert:
 Joanna Moczulska-Rogowska
Joanna Moczulska-Rogowska

Jak dalej żyć z toksycznymi rodzicami?

Witam, Mam 22 lata i jestem jedynaczką. Jak można się domyślać, piszę z powodu moich rodziców. Psychicznie już nie daje rady więc liczę na jakąkolwiek pomoc lub wskazówki co mam dalej robić. Dzieciństwo. Odkąd pamiętam moja mama mną dyrygowała. W...

Witam, Mam 22 lata i jestem jedynaczką. Jak można się domyślać, piszę z powodu moich rodziców. Psychicznie już nie daje rady więc liczę na jakąkolwiek pomoc lub wskazówki co mam dalej robić. Dzieciństwo. Odkąd pamiętam moja mama mną dyrygowała. W szkole musiałam mieć jak najlepsze stopnie, w przeciwnym wypadku czekało mnie lanie po tyłku i kary, czyli zakazy korzystania z komputera, zero wychodzenia na podwórko. Gdy miałam tzw "wiek buntowniczy" 16-17 lat to był to najgorszy rok w moim życiu. Ciągle zakazy, nakazy co mam robić, usłyszałam też słowa, których nigdy nie zapomnę, że jestem nikim i nic w życiu nie osiągnę. W liceum mama wybierała mi towarzystwo, z którym mogę się spotykać, a z którym nie, powroty do domu o 21. Na zdaną maturę usłyszałam, że mogło być lepiej... Studia licencjackie - trochę więcej swobody jeśli chodzi o wychodzenie, lecz dalsze krytykowanie moich znajomych. Obroniłam licencjat i usłyszałam, że rodzice się cieszą, ale czy słowa "jesteśmy z Ciebie dumni" to tak wielki wysiłek z ich strony? Kilka słów, a jak mocno by mnie podbudowały... Cały czas słyszę jaka to jestem zła, niedobra, że nie doceniam tego co oni dla mnie robią. Nie docenienie to dla mojej mamy pyskowanie. To, że przychodzi z pracy na gotowy obiad, do wysprzątanego domu to mało - ja powinnam to robić, uczyć się i jeszcze pracować, ale podejrzewam, że i to by było mało. Z pracą jest ciężko, bo jestem po dziennych studiach i nie mam doświadczenia, lecz szukam pracy, ale to dla mojej mamy niewidoczne, bo lepiej wyzwać mnie od leniwych i nienadających się do pracy, bo jestem beznadziejna i nikt nie chce mnie zatrudnić. Ostatnio nawet był spokój, na krotko. Moja mama zawsze znajdzie coś żeby się uczepić, a potem przechodzi do kolejnych tematów, tak więc powstaje 2-godzinna kłótnia. Najgorsze jest to, że od roku mam chłopaka, którego moja mama widziała raz i już zakazała mi go przyprowadzać do domu i powiedziała, że mam z nim skończyć. Powiedziałam, że to moje życie i że ja sobie będę wybierać chłopaków, na co ona, że póki żyję pod jej dachem to ona będzie decydować. No i też tak zrobiła. Nie mogłam jeździć do niego, nie wypuszczała mnie z domu, cały czas wykrzykiwała jaki to on nie jest, że stać mnie na lepszego itd. (przypominam, że widziała go raz i nawet nie zamieniła z nim zdania). Mija rok i ona dalej nie odpuszcza - na wakacje z chłopakiem mnie nie pościła, a teraz sylwester. Chcę jechać w góry z chłopakiem i z znajomymi i boję się, że moja mama mnie nie puści i co wtedy? Wzywać policję jak mnie zamknie w domu czy uciec? A co na to tata? Tata pantoflarz, kiedyś byłam córeczką tatusia, a teraz tata trzyma z mamą, więc nie mam w nim oparcia. Nasuwa się pytanie czemu nie porozmawiam z nią na ten temat? Odpowiadam: nie da się! Już psycholog mi to doradził, próbowałam i się nie da. Wyparła się, że kiedyś powiedziała, że jestem nikim - czyli mechanizm obronny, a co do mojego chłopaka nie zmieni zdania i lepiej by było, jakbym sobie znalazła innego. Mam dość takiego życia, mam 22 lata, a mama decyduje i żyje za mnie, boję się jej przeciwstawiać, bo później atmosfera w domu jest jeszcze gorsza. Jest coś co mogę zrobić, by tą sytuację zmienić? Daję sobie radę tylko dzięki mojemu chłopakowi, który mnie wspiera i pracuje bardzo ciężko by jak najszybciej wyrwać mnie z tego toksycznego domu i na dzień dzisiejszy nie chciałabym nawet utrzymywać kontaktu z rodzicami za to wszystko co przeżyłam, ale czy to dobre wyjście? Proszę, doradźcie mi, co mam zrobić... Z góry dziękuję.

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Nie mam przyjaciół - czy mam depresję?

Mam 16 lat, chodzę do LO, nie mam zbyt wielu znajomych, nigdy ich nie miałam, chociaż jestem osoba bardzo otwartą i kontaktową, zawsze uśmiechniętą. Gdy już poznam jakąś przyjaciółkę po roku o niej zapominam i szukam kogoś nowego, przez to...

Mam 16 lat, chodzę do LO, nie mam zbyt wielu znajomych, nigdy ich nie miałam, chociaż jestem osoba bardzo otwartą i kontaktową, zawsze uśmiechniętą. Gdy już poznam jakąś przyjaciółkę po roku o niej zapominam i szukam kogoś nowego, przez to teraz straciłam niemal wszystkich, na których mi zależało. Czuję się strasznie samotna. Znalazłam chłopaka, z którym byłam rok, jedna w ogóle go nie kochałam, po prostu chciałam mieć kogoś przy sobie, w razie gdybym już wszystkich straciła. Nie potrafię się w nikim zakochać, nie mam ani jednej przyjaciółki, w gimnazjum chorowałam na anoreksję, jestem w liceum i wciąż mam problemy z odżywianiem, tym razem z bulimią, poza tym od kilku lat się tnę, boję się jednak, że moja rodzina to zauważy, tylko oni mi zostali, zawsze przy mnie są, nie chcę ich zawieźć. Żeby znaleźć przyjaciół chciałam się nawet przenieść do innego liceum, gdyż w tym do którego uczęszczam nie znalazłam nikogo takiego. Nie wiem czy to dobry pomysł? Co powinnam zrobić, jak znaleźć przyjaciół? Czy mam depresję? Mam tak dużo pytań…

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Nie potrafię porozumieć się z rodziną - czy udać się do psychologa?

Witam, Mam 19 lat i moim problemem jest moja rodzina, która ma na mnie dłuży wpływ. Mój ojciec jest biernym alkoholikiem i od 8 lat nie pije i nie pali. Miałam brzydkie dzieciństwo przez jego alkoholizm. Obecnie zmienił się, pracuje,...

Witam, Mam 19 lat i moim problemem jest moja rodzina, która ma na mnie dłuży wpływ. Mój ojciec jest biernym alkoholikiem i od 8 lat nie pije i nie pali. Miałam brzydkie dzieciństwo przez jego alkoholizm. Obecnie zmienił się, pracuje, na wsi wyremontował mieszkanie drugie, dba o ogródki, hoduje gołębie, kury, króliki. Jest bardzo pracowity i jak o 6 rano wstaje do pracy tak wraca dopiero o 21 do domu, gdyż o 15 godzinie jedzie od razu na wieś aby obrządzić te kurki, króliki itd. Czasami na kilka dni jedzie na wieś i tam nocuje. Mało jest w domu i rzadko z nim rozmawiam, a gdy dochodzi do rozmowy to kończy się kłótnia i tak zawsze jest. Nie potrafię z nim rozmawiać, śmiać się, nie czuję więzi z ojcem. Następny problem to moja mama. Z mamą to już jest masakra. W ogóle z nią nie rozmawiam ;( Ciągle mnie krytykuje, nawet to, że rano piję w dużym kubku kawę, bo jej zdaniem powinnam w małym - i tak jest ze wszystkim. Źle składam ubrania, źle rozwieszam pranie. Staram się pomagać w domu jak najwięcej, sprzątam, robię zakupy, gotuję jak mam czas. A zawsze słyszę, że ja nic nie robię. Tak samo jest z nauką - bardzo się staram, bo obecnie jestem w 4 klasie technikum ekonomicznego, nie jest łatwo, ale staram się, zawsze mam dobre oceny, ale ona uważa, że nie uczę się, że nic nie robię. Cięgle mi powtarza, że nie zdam matury. Próbuję z nią rozmawiać, zagadać, żebyśmy pogadały jak koleżanki, ale ona albo udaje, że nie słyszy, albo coś od niechcenia odpowie. Usłyszałam od niej, że jestem bachorem, że nie jestem jej córką, że jestem potworem, że przeze mnie jej serce krwawi. Naprawdę jestem dobrą córką i wiele razy plączę w nocy, że nie mam wsparcia, że nie potrafię się z rodzicami dogadać, że nie mogę mamie się wyżalić - bardzo mnie to boli, osłabia mnie. Ona zawsze ma rację, zawsze musi być tak, jak ona tego chce i ona jest najmądrzejsza - moja mam tak uważa, lecz ja czasami mam inne zdanie, ale mama tego nie akceptuje, musi być tak, jak ona chce i koniec. W wakacje było tak, że szła przez miasto, mijała mnie i udawała, że mnie nie zna ;(. Trwa to już bardzo długo. Mam chłopaka, z którym też się kłócę i często wyładowuję się na nim - przez sytuację w domu odtrącam go, wyzywam i nawet potrafię uderzyć. Nie panuję nad emocjami, nie potrafię sobie z nimi poradzić. Często bardzo czuję się słaba psychicznie, tak jakbym była chora i cały dzień plączę, bo przez cały dzień jestem w domu i moja mam ze mną nawet nie chce porozmawiać :(. Czuję się jak w obcym domu:(. Co mam robić? Zastanawiam się czy nie udać się do psychologa.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Dlaczego odbieram tak bardzo osobiście wszystko co mi mówią?

Witam, Jestem kobietą, która - jak mi się wydawało - wie, czego chce, ale stało się odwrotnie - wszystko, czego dokonałam, zrobiłam wydaje się jakby legło w gruzach, Jestem bardzo surowa wobec siebie, ale wobec innych także, moi współpracownicy dzielą...

Witam, Jestem kobietą, która - jak mi się wydawało - wie, czego chce, ale stało się odwrotnie - wszystko, czego dokonałam, zrobiłam wydaje się jakby legło w gruzach, Jestem bardzo surowa wobec siebie, ale wobec innych także, moi współpracownicy dzielą uczucie pomiędzy lubię - a b. nie lubię. Krytykuję ich, ale także krytykuje siebie, staram się wieść "normalne życie", ale mi nie wychodzi, jestem zagubiona, pracuję bardzo dużo i jak się okazuje za wiele osób, później spotykam się z reakcją odwrotną, czyli z czymś, co mnie dziś spotkało - źle, że to robiłam. Moja praca została oceniona jako nieefektywna, ponieważ zostawałam dłużej za kogoś. Lubię mieć perfekcyjny porządek, ład, kocham to co robię, w dniu dzisiejszym zarzucono mi poprawianie pracy po kimś jako nieefektywne - rzeczywiście jestem sobie winna, ale dlaczego odbieram tak bardzo osobiście wszystko co mi mówią? Nie wiem, wydaje mi się, że zaczyna się era innej ja - tej zagubionej, niefajnej, może gorszej… Próbowałam coś zrobić, zmieniłam część pracy, ale w ten sposób osiągnęłam odwrotny skutek - jeszcze więcej pracy, jeszcze więcej starania się o swoje miejsce w szeregu… Mówią, że potrafię się sprzedać, bo mam osobowość, ale to gaśnie z każdym dniem. Nie wiem co robić, czuję, że nie daję rady.

odpowiada 2 ekspertów:
 Joanna Moczulska-Rogowska
Joanna Moczulska-Rogowska
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Co zrobić, żeby mama zmieniła nastawienie?

Witam, mam 14 mój tata pracuje za granicą i opiekuje się mną moja mama, chodzi do pracy, rozumiem, że ma wiele stresów i w ogóle, ale czemu to się musi odbijać na mnie? Nie uczę się za dobrze, to fakt,...

Witam, mam 14 mój tata pracuje za granicą i opiekuje się mną moja mama, chodzi do pracy, rozumiem, że ma wiele stresów i w ogóle, ale czemu to się musi odbijać na mnie? Nie uczę się za dobrze, to fakt, ale uważam, że moja mama przesadza, ponieważ nie mogę z nią porozumieć, zawsze się kłócimy. Nie mogę z nią zrobić żadnego zadania domowego, ponieważ zawsze kiedy z nią robię ona mnie stresuje, często mnie także wyzywa od najgorszych, typu nieuk itp. - bardzo mnie to boli, kiedy tak o mnie mówi. Często miewam bóle brzucha oraz bóle głowy, nie umiem się skupić na lekcjach - czy to właśnie przez to? Kiedy powiem mojej mamie, że jest sprawdzian, ona jak zwykle zaczyna - nie umiem się przy niej uczyć. Kiedy piszę już sprawdzian to strasznie się stresuję, wszystko wylatuje mi z głowy nawet to co pamiętałam przed wejściem do klasy. Nie mogę już tego znieść, tego jej obrażania - mnie to boli strasznie, przez nią miewałam już myśli samobójcze. Boję się, boje się, że w końcu coś sobie zrobię. Mój tata o niczym nie wie, chcę mu powiedzieć, ale nie wiem jak. Co mam zrobić żeby ona się zmieniła?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Problemy z nauką i koncentracją, myśli samobójcze - co robić?

Jestem w drugiej klasie liceum. Wszystko mi się wali. Nie potrafię się skupić, zająć nauką. Potrafię siedzieć kilka godzin nad książkami i tylko się w nie wpatrywać. Nie wiem co ze mną jest nie tak. Nigdy nie pałałam wielką miłością...

Jestem w drugiej klasie liceum. Wszystko mi się wali. Nie potrafię się skupić, zająć nauką. Potrafię siedzieć kilka godzin nad książkami i tylko się w nie wpatrywać. Nie wiem co ze mną jest nie tak. Nigdy nie pałałam wielką miłością do uczenia się, ale zawsze kiedy trzeba było przysiadałam i robiłam co do mnie należy. W pierwszej klasie uwielbiałam język francuski, teraz nawet na niego nie mam ochoty. Nie wiem czym jest to spowodowane. Być może ma to jakiś związek z wydarzeniami z wakacji. Ojciec uderzył mnie kilka razy, odgrażał się. Najgorsze, że zrobił to bez powodu. Zawsze były przez niego same nieprzyjemności, kiedy byłam mała też zdarzało mu się mnie zbić bez powodu. Zawsze się awanturuje, wyzywa. Już jako mała dziewczynka czułam do niego odrazę i nienawiść. Okropne jest to, że w mojej rodzinie wszystko zamiatane jest pod dywan, jakby nic złego nie miało miejsca. A mama po tym, jak mnie uderzył tego lata, miała mi tylko do zaoferowania cukierek na pocieszenie. Teraz ciągle prosi mnie żebym się z nim pogodziła. Tylko że dla mnie miarka się przebrała, nienawidzę tego człowieka całym sercem, nie rozumiem jak mama może pozwalać przez całe życie tak sobą pomiatać. Nie pozwolę żeby znowu wszystko uszło mu na sucho. Nie rozmawiam z nim, traktuje go jak powietrze i doszło do tego, że to ja jestem tą złą. Siostrze o tym nie powiedziałam, wie, że coś jest nie tak, ale ja nie chcę o tym rozmawiać. Wstydzę się tego chyba. To była najbardziej upokarzająca rzecz jaką mi zrobił. I nawet nie pomyślał, żeby przeprosić. 4 lata temu miałam problemy z anoreksją. Nie trafiłam do szpitala, mama nie zapisała mnie do psychologa. Powiedziałam jej, że sama sobie poradzę. Ale nie miałam nawet z kim porozmawiać o bólu jaki czułam i nadal czuję po śmierci mojej koleżanki, zmarłej na anoreksję. Poznałam ją na jednej ze stron, zaprzyjaźniłyśmy się. Ona zmarłą i uratowała mnie. To dzięki niej przestałam bawić się w odchudzanie. Ale nie ma nocy, której nie proszę Boga o śmierć. Chciałabym czasem po prostu zniknąć. I teraz ta sytuacja w domu. Chyba już sobie z tym wszystkim nie radzę :(.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Jak zatrzymac córkę przy sobie?

  Sytuacja wygląda tak: matka, która wiele w życiu złego przeszła, wychowuje samotnie (z pomocą babci) dorosłą 26letnią córkę. Poświęciła dla niej niemal całe życie, tworzyła wygodne warunki i otoczyła opieką i pomocą. Czuje się bardzo samotna, bo nie...

  Sytuacja wygląda tak: matka, która wiele w życiu złego przeszła, wychowuje samotnie (z pomocą babci) dorosłą 26letnią córkę. Poświęciła dla niej niemal całe życie, tworzyła wygodne warunki i otoczyła opieką i pomocą. Czuje się bardzo samotna, bo nie ma męża i mieszka tylko ze swoją matką i tą córką. Córka od zawsze była dziwna, nielubiana w szkole, nie dało się z nią rozmawiać, zbyt wrażliwa. Zawsze wymyślała jakieś głupoty, że chce iść to tu to tam, nie wystarczało jej, że ma w domu dobrze, to szukała sobie rozrywki. Ciągle męczyła mamę i babcie jakimiś swoimi pomysłami, a to, że skróci włosy, a to, że chce iść na wesele do kolegi i ciągle przez nią były jakieś kłótnie w domu. Problem powstał taki, że córka chce wyjechać na stypendium za granicę. Chce zostawić matkę i babcie, które całe życie jej poświęciły i szuka szczęścia z dala od domu. Ma zapewnione studia tu, na miejscu, nikt jej z domu nie wygania, a jedzie ryzykować do nieznanego kraju, do obcych ludzi. Matka i babcia bardzo to przeżywają, proszą ją o zmianę decyzji, babcia jest słabego zdrowia i źle to znosi, czuje się przez wnuczkę jeszcze gorzej, matka czuje się zawiedziona. Co powiedzieć takiej córce, która ryzykuje wyjazdem za granicę (przecież może jej się nie udać, może ją tam spotkać krzywda) i w dodatku nie przejmuje się zdaniem mamy i babci oraz ich wątłym zdrowiem? Proszę o szczerą poradę.

odpowiada 2 ekspertów:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Jak sobie poradzić ze skutkami konfliktów?

Witam, mam 23 lata, jestem studentką ekonomii, od 3 lat pracuje w firmie telekomunikacyjnej. Uważam się za osobę spełnioną: mam kochających rodziców i chłopaka, wysokie wyniki w nauce na uczelni oraz osiągnęłam awans w pracy na stanowisko kierownicze. Moja samoocena...

Witam, mam 23 lata, jestem studentką ekonomii, od 3 lat pracuje w firmie telekomunikacyjnej. Uważam się za osobę spełnioną: mam kochających rodziców i chłopaka, wysokie wyniki w nauce na uczelni oraz osiągnęłam awans w pracy na stanowisko kierownicze. Moja samoocena jest dość wysoka. Jednak borykam się z problemem,który przez mój awans stał się dla mnie przeszkodą nie do przeskoczenia. Moim problemem są kłótnie i sytuacje konfliktowe, a niekiedy zwykły "foch" przez kogoś. Jeśli w pracy komuś zwrócę uwagę albo się pokłócę, to potem myślę o tym cały czas. Mam wyrzuty sumienia, że zwróciłam tej osobie uwagę, a ona ma inne zdanie, to nie mogę normalnie pracować. A jeśli ta osoba np. obrazi się na mnie, to ja, mimo iż moim zdaniem miałam rację w jakieś służbowej sprawie, potrafię ją przeprosić tylko dla tego, aby wszystko już było OK. Po ostrych kłótniach nie mogę dojść do siebie, stawiam sobie za cel pogodzenie się z tą osobą przed wyjściem z pracy, bo inaczej resztę dnia po pracy mam do kitu (proszę zauważyć jakie to żenujące - kierownik biega za pracownikiem i go przeprasza). Bardzo się tym przejmuję i myślę o tym cały czas. Czasem żałuję, że komuś zwróciłam uwagę (jak dojdzie do wymiany zdań). Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że nie da się zarządzać jakaś grupą bez sytuacji konfliktowych (oczywiście jak najrzadszych, ale nie jest to nieuniknione). Niestety nieraz dochodzi do paranoi - nie tylko myślę o tym bardzo intensywnie w pracy, ale tez w domu. Mogę opowiadać rodzicom /i/lub chłopakowi godzinę o jakiejś nieistotnej wymianie zdań w pracy. Bardzo się przejmuję wszystkimi takimi sprawami - nie tylko tymi w pracy, ale tymi najczęstsze. Z jednej strony zdaję sobie sprawę z irracjonalności tego, z drugiej, jak zdarzy się taka sytuacja, to robię wszystko, aby nikt nie był obrażony na mnie, bo wiem, że w domu będę przechodzić przez to męki i się tym przejmować i cały czas o tym myśleć. Często pytam bliskich: „ale jak myślicie, oni nie są na mnie obrażeni?”, albo „ale już OK?”. Jak sobie z tym poradzić? Jak w pracy to zauważą to będą to wykorzystywać. Z góry dziękuje za odpowiedź i gratuluję stworzenie takiego portalu. Ania, 23 lata

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Bożena Waluś
Mgr Bożena Waluś

Problemy z rodzicami - początki depresji?

Witam, Pisze dalej o problemach w domu, są one coraz gorsze. Nie umiem sobie już poradzić, płaczę cały czas, wysiadam już, mam dość wszystkiego, chcę uciec z domu, bo widzę, że będzie to najlepszym sposobem. Ostatnio na święta zrobiłam ciastka,...

Witam, Pisze dalej o problemach w domu, są one coraz gorsze. Nie umiem sobie już poradzić, płaczę cały czas, wysiadam już, mam dość wszystkiego, chcę uciec z domu, bo widzę, że będzie to najlepszym sposobem. Ostatnio na święta zrobiłam ciastka, taka uradowana, że to pierwszy raz, a wyszły, cieszyłam się, że może w końcu powiedzą, a zwłaszcza matka, że „o, jak miło, zrobiłaś ciastka”, a ona po tym, jak weszła do domu zaczęła tylko „kur*a, ja pierd*ę, coś ty tu narobiła” i wzięła je wyrzuciła i zaczęła mnie wyzywać, że jestem „zjeb*ną szmatą”, że co ja narobiłam, że po ch*j to robiłam, że ja nic nie umiem, że po co, że tylko same kłopoty ze mną, że jestem niepotrzebna, że tylko produkty jej zmarnowałam, że mam to odkupić - poczułam się okropnie, przecież nic złego nie zrobiłam, tylko upiekłam ciastka, chciałam dobrze, a co w zamian usłyszałam? Wyzwiska itp. - poczułam się okropnie, płakałam całą noc. Chciałabym żeby powiedziała raz, że jest ze mnie dumna, a nie tylko mnie wyzywała. Mam dość, mam ochotę uciec z domu. Mam chłopaka, zazdroszczę mu, że ma takich fajnych rodziców, że można z nimi pogadać, pożartować - niestety ja nie mogę, nigdy nie mogłam, zawsze widzieli mnie tylko jak byłam potrzebna. Dzisiaj dała mi szlaban na wychodzenie z domu, na chłopaka, bo zapomniałam brodzik umyć - zapomniałam, nie że mi się nie chciało, mam już tego dość! Moja psychika wysiada, nie mam ochoty na nic. Ktoś mnie gdzieś ciągnie, a ja nie - wolę leżeć się dołować. O byłym chłopaku też nie mogę zapomnieć, boli mnie nadal serce, wszystko jest takie skomplikowane, chcę krzyknąć, że jestem szczęśliwa, ale nie ma na to szans, już w to nie wierzę. Płaczę już codziennie, w ogóle się nie uśmiecham, jest beznadziejnie - w szkole jestem obojętna, jeszcze jak widzę go na korytarzu to się załamuję, pisząc to nawet płaczę. Jest Sylwester i co z tego, jak mi szlaban dzisiaj dała? Mam ochotę się tak upić, żeby mnie nie odratowali, nie mam ochoty na nic w ogóle - czy to początki depresji? Chciałbym jakiejś porady, bo naprawdę nie wiem co robić, a jest mi naprawdę źle. Chciałabym żeby było dobrze, ale nie jest.

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Czy dobrze zrobiłam, prosząc ojczyma chłopaka o pomoc?

Mam 19 lat i jestem z moim chłopakiem od 8-9 miesięcy (on ma 20 lat). Zazwyczaj się dobrze rozumiemy i się dobrze ze sobą czujemy, jednak jego matula jest tym ogromnym problemem. Zaczęło się od tego, że latem wyjechała za...

Mam 19 lat i jestem z moim chłopakiem od 8-9 miesięcy (on ma 20 lat). Zazwyczaj się dobrze rozumiemy i się dobrze ze sobą czujemy, jednak jego matula jest tym ogromnym problemem. Zaczęło się od tego, że latem wyjechała za granice, do Anglii. Miała tam być przez 3 tygodnie. Jednak pobyt się jakoś przedłożył i została tam niemalże 2 miesiące! Kiedy wróciła to okazało się, że jest ponownie mężatką z facetem, który dalej mieszka za granicą, plus w ciąży! Byłam w szoku kiedy chłopak mi to oznajmij i nie chciało mi się wierzyć, że stara baba takie coś by odstawiła swoim dzieciom, bo oprócz mojego chłopaka to ma jeszcze jednego piętnastoletniego syna. Młodemu nic kazała nie mówić, jedynie mojemu chłopakowi wyznała, że wyszła za mąż. Oczywiście nie zapraszając najbliższej rodziny. Jednak jeszcze wtedy jej aż tak dobrze nie znałam i nawet, że byłam zaszokowana, to zdecydowałam się baby nie oceniać z góry. Kiedy już w końcu była w domu to ją także w końcu trochę lepiej poznałam. Kobieta się okazała być jak niedojrzała nastolatka. Kiedy siedziałyśmy i gadałyśmy to zaczęła obgadywać moją koleżankę, której nawet nie zna, i jej rodziców. Następnie zaczęła obgadywać ojca swojego młodszego syna i oczywiście także jego rodzinę. Ja sobie siedziałam zdziwiona i słuchałam, jak baba nawija o bardzo mało inteligentnych rzeczach. I wtedy zaczęła mi się wyrabiać opinia na jej temat. Była przede wszystkim zła o to, że ojczym (czyli ojciec jej młodszego syna) traktuje mojego chłopaka jak swojego syna i że niby chce "rządzić", chociaż oni są rozwiedzeni i ze sobą nie mieszkają. Mój chłopak kocha piłkę nożną i w nią gra, ojczym jest zawsze na jego meczach, ale starej nigdy nigdzie nie można ujrzeć i zwala winę na rodzinę ojczyma, bo ich nie lubi, a oni tam zawsze są. Chłopak mi się zwierzył i powiedział, że stara za nim nie przepada. Okazało się, że oni mieszkają ze sobą zaledwie 4 lata, czyli on i jego matka. Matka go na dobrą sprawę zostawiła u swojej rodziny i go wzięła do siebie kiedy miał mniej więcej 17-18 lat. Tak poza tym traktuje go nie za ciekawie. Chłopak sprząta, chodzi na zakupy, robi pranie - praktycznie wszystko, a stara nie potrafi tego nawet docenić mówiąc, że on np. dzisiaj nic nie zrobił wiec mu kazała się wziąć za jedno lub za drugie... On do dziś nie ma pozwolenia zostać w kraju, wiec nie wiem czy tego się lęka. Stara mu nie pozwala nawet u mnie nocować! Traktuje go jak malutkie dziecko, a młodszemu bratu pozwala na prawie wszystko. Teraz jest także w ciąży, czyli jak nasz związek będzie wyglądał jak dziecko się urodzi? On będzie 24/7 h niańką? Bo przecież się lęka matki i jej nie odmówi. Powiedziałam mu jedno, że jeżeli on z ojczymem nie pomówi, to ja to zrobię za niego, gdyż i ja się źle z tym czuję, kiedy on się przez nią czuje, ewentualnie kiedy matka nam po swojemu próbuje niszczyć związek. Zależy mi na nim, jest dość słaby psychicznie, ale jednak nie chcę żeby nasz związek się zakończył przez nią, to by było bezsensowne moim zdaniem. Umówiłam się z jego ojczymem i pomyślałam, że pomówię z nim żeby się zajął moim chłopakiem, tzn. żeby nad nim w jakiś sposób "czuwał". Wiem, że to na swój sposób może i jest ryzykowne, ale coś muszę i ja zrobić. Jego ojczym go kocha jak własnego syna, a mój chłopak nie ma żadnego ojca, bo ten zmarł kiedy był małym dzieckiem.

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Moja mama oddaliła się od nas - co robić?

Witam, Mam problem. Moja mama rozwiodła się z moim tatą już jakieś 9 lat temu, było lato, ja w tym czasie byłam na wakacjach z koleżankami, a mój brat w domu. Kiedy przyjechałam do domu zastałam nowego faceta mojej mamy....

Witam, Mam problem. Moja mama rozwiodła się z moim tatą już jakieś 9 lat temu, było lato, ja w tym czasie byłam na wakacjach z koleżankami, a mój brat w domu. Kiedy przyjechałam do domu zastałam nowego faceta mojej mamy. Co się okazało, miał za parę dni u nas zamieszkać - był to dla nas szok. Mama z góry założyła, że mamy go zaakceptować, staraliśmy się, lecz on tak omotał mamę, że zaczęła skakać koło niego jak służąca, jeśli zwróciłam jej uwagę to wydzierała się na mnie, że jestem gówniara i że mam się hamować - ja z płaczem uciekałam do pokoju. Doszło do tego, że mama przepisała wszystko jemu, czyli nas wydziedziczyła, w ostatniej chwili zmieniła papiery i uwzględniła nas, ale mam wrażenie, że tylko przez to, że ją zostawił i ponoć zdradzał jak dowiedział się, że mama tonie w kredytach. Doszło do tego, że wyrzucili brata do ojca do Krakowa, przez to, że świeżo po maturze nie miał pracy, i on nie będzie lesera utrzymywał, ja postanowiłam na próbę zamieszkać z chłopakiem - w ten sam dzień już pozbyła się moich mebli i pokoju, nie miałam do czego wrócić. Miałam dość. Usypiała nawet psa, bo jemu przeszkadzał. Ona nie widzi w tym problemu. Od tej pory minął jakiś czas, mama poznała pana, jest z nim do dziś. Na siłę próbowali mnie zapoznać z jego dziećmi i wnuczkami, ja nie chciałam i odmawiałam, bo nie czułam takiego obowiązku i potrzeby. Po jakimś czasie mama musiała sprzedać mieszkanie żeby spłacić długi, zrobiła tyle przy tym niepotrzebnych błędów, że musiała zapłacić podatek od wcześniejszej sprzedaży - jak się okazało nie miała na to, bo wzięła kolejną pożyczkę na remont mieszkania, które musiała gdzieś wynająć sobie, poprosiła mnie, żebym wzięła na nią kredyt (20.000) na cześć tego podatku. Po długich wahaniach stwierdziłam, że pomogę jej - wzięłam kredyt tylko dlatego, że obiecywała, że jej pan weźmie kredyt na firmę i to spłacą, tak się nie stało, bo kredytu nie dostał, bo za stary. Po przyjechaniu do nich i rozmowie oczernili nas - on umył ręce od wszystkiego, a mama powiedział mojemu chłopakowi w oczy, że ja to powinnam spłacać. Jest to dla mnie niezrozumiale - jak matka może tak pogrążać własne dziecko?Tyle ja jej pomogłam jak potrzebowała kasy, przebaczyłam błędy jakie popełniała z tamtym facetem co do mnie i brata, a ona tak się zachowała? Teraz mam 25 lat, w styczniu biorę ślub, spodziewamy się dzidziusia z narzeczonym :), z którym jestem od 7 lat odkąd się mnie w jakiś sposób "pozbyli''. Mama oznajmiła mi, że nie zostanie na weselu do końca, bo musi wracać do swego faceta, bo będzie siedział sam - powiedziałam mamie, że mi przykro, że czuję, że nie zależy jej na tym żeby była ze mną do końca wesela, przecież jestem jej dzieckiem - ona zgodziła się na to i przyznała mi rację, powiedziała, że zostanie. Na drugi dzień zadzwoniła i powiedziała, że jednak nie, że rozmawiała ze swoim panem i nie może zostać, bo musi pościelić łóżko jemu i jej przyjaciółce z mężem, którzy mieli spać w ten dzień u nich. To jakiś koszmar - to co jest ważniejsze, ślub córki, czy facet, pościelenie łózka? Absurd, wciąż się kłócimy. Ostatnio powiedziała mi, że on też jest ważny dla niej (rozumiem) i nie zostanie przez to do końca wesela i że on się czuje urażony tym, jak się zachowaliśmy w sprawie kredytu, że mieliśmy do niego pretensje. No trudno żebyśmy ich nie mieli, jak nas wrobili w spłatę przez 7 lat, chyba normalna ludzka reakcja w takiej sytuacji - nie jesteśmy dziećmi, a on mnie tak traktuje i mama też, każdy mój sprzeciw jest odbierany przez nich jak atak. To, że nie chcę się spotykać z jej dziećmi i wnukami to tylko dlatego, że chcę ich rozdzielić - tak powiedziała mama i on. Absurd, co ma piernik do wiatraka? Mama jak jest sama mówi co innego, potem pogada z nim i już zmienia zdanie o wszystkim, raniąc mnie strasznie. Czuję się odrzucona przez nią. Co mam robić? Pomóżcie! Dlaczego moja mama ma klapki na oczach i jego zdanie jest kluczowe i końcowe oraz nie ma odwrotu? Proszę o odpowiedź szybką.

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Jak poradzić sobie z presją matki?

Witam serdecznie, 2 lata temu urodziłam dziecko, poród straszny, cesarka, zespół popunkcyjny. Po porodzie myślałam, że wszystko teraz będzie dobrze, jednak w wychowaniu dziecka za bardzo pozwoliłam decydować mojej mamie. Do dziś czuję, że to ona je wychowuje, a ja...

Witam serdecznie, 2 lata temu urodziłam dziecko, poród straszny, cesarka, zespół popunkcyjny. Po porodzie myślałam, że wszystko teraz będzie dobrze, jednak w wychowaniu dziecka za bardzo pozwoliłam decydować mojej mamie. Do dziś czuję, że to ona je wychowuje, a ja tylko "jestem". Ona mi mówi kiedy ma dostać jeść, co ma zjeść, że mam iść na spacer, albo gdy chcę wyjść to mi nie pozwala, bo za zimno itp. Mąż próbował jej wytłumaczyć, że takim postępowaniem mnie rani nie pomogło. Ona ma charakter władczy i musi być tak jak ona chce. Zaczęłam się źle czuć, mama zaproponowała psychiatrę, nie spałam w nocy z dzieckiem, oddawałam na noc do mamy, w dzień byłam u niej z nim, aż mąż wracał z pracy. Nie chciałam być sama. Psychiatra nafaszerował mnie lekami, chodziłam jak pijana, ciągle płakałam, nie mogłam w takim stanie wrócić do pracy - nie wróciłam. Kiedy mąż stwierdził, że ja nigdy taka nie byłam, że to wina leków odstawiliśmy je. Starałam wziąć się w garść, wróciłam do pracy, do ludzi. Dziecko nadal spało u mamy, bo my wcześnie wychodziliśmy do pracy, późno wracaliśmy. Nie chciałam budzić dziecka z rana żeby zawozić do mamy. Myślałam, ze jest lepiej, ale nadal czułam presję mamy w wychowaniu dziecka. Poszłam do psychologa - świetna kobieta, wychodziłam od niej pełna zapału do życia, robiłam to, co mi podpowiadała. Cieszyłam się, że w końcu dam radę: poradzę sobie ze wszystkim, zabiorę dziecko nawet na noc - to nic, że muszę iść do pracy. Niestety psycholog musiała zrezygnować ze swoich "usług". Znowu jestem sama. Wydaje mi się, że dziecko jest, kocham je, ale przez mamę jakby nie było moje, tylko jej. Mąż twierdzi, że on z nią nie umie rozmawiać i mam sama rozwiązać ten problem. Czuję się samotna, opuszczona, przez nikogo nie zrozumiana. Nie chcę szukać innego psychologa, bo ciężko mi zaufać ludziom i tej, której zaufałam nie ma. Nie wiem co zrobić, jak przetłumaczyć sobie, że może jednak pomoc mamy i jej zaangażowanie to dla mojego dobra? Wszystkie jej sugestie odbieram ze złością zawsze powtarzam, że nie chcę być taka jak ona.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Patronaty