Twój przewodnik po zdrowiu

  1. Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
  2. Nie ma informacji, których szukasz? Wyślij pytanie do specjalisty.
Rozpocznij
7 6 6 , 6 8 3

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Relacje: Pytania do specjalistów

Jak to jest z tymi mamami?

Witam, nie bardzo wiem, jakie korzyści przyniesie mi to, co teraz robię. Chyba głównym celem będzie to, że po prostu wyrzucę z siebie wszystkie żale. Po maturze poszłam na dobrą uczelnię na dosyć egzotyczny kierunek, niestety, głównie przez swoje lenistwo,...

Witam, nie bardzo wiem, jakie korzyści przyniesie mi to, co teraz robię. Chyba głównym celem będzie to, że po prostu wyrzucę z siebie wszystkie żale. Po maturze poszłam na dobrą uczelnię na dosyć egzotyczny kierunek, niestety, głównie przez swoje lenistwo, a częściowo przez problemy mieszkaniowe nie zaliczyłam roku. Dodam tylko, że zawsze byłam dosyć ambitną osobą z dobrymi wynikami w nauce i bardzo boleśnie przeżyłam swoją porażkę.

Nie załamałam się jednak, postanowiłam, że zdam dodatkowy przedmiot na maturze, zapiszę się na kurs prawa jazdy. Niestety rok minął szybko, matura poszła mi średnio, bo powiedzmy sobie szczerze za mało się do niej przygotowałam, nie wiem czy dostanę się na kierunek, który mi się podoba. Do egzaminu na prawko przystępuję już 5 raz, dlatego trochę boję się o swoją przyszłość. Po drugie dochodzą do tego problemy w domu, no może problemy to za dużo powiedziane.

Mój tato nie do końca interesuje się tym, co się dzieje w domu, wygłasza swoje zdanie i uważa, że zawsze ma racje. Ponadto łączy mnie z moją mamą dosyć dziwna relacja. Czuję jakby ona mnie krępowała, nie mogę podjąć własnej decyzji, zawsze później czuję się winna, że sprawiłam jej przykrość. Przez ten rok, który spędziłam w domu, nie miałam wielu możliwości, żeby widywać się z moim chłopakiem. Widzieliśmy się średnio raz na miesiąc. Czasami on przyjeżdżał do domu i wtedy się widzieliśmy, ale też ja czasami jeździłam do niego.

Zawsze kiedy mówiłam mamie, że wyjeżdżam na weekend, ona obrażała się na mnie, płakała, pytała jak ja mogę postępować w taki sposób. Zawsze uważałam za punkt honoru nie poddać się takim manipulacjom, i jechałam do mojego chłopaka, tym bardziej, że strasznie za nim tęskniłam. Później kiedy weekend się kończył, ja umierałam ze strachu przed powrotem do domu, żeby ona nie gniewała się na mnie. Czułam się jak wyrodna córka. Czy to jest coś złego ze chce pobyć troszkę z moim Romkiem? Tym bardziej, że my na prawdę nie robiliśmy nic niestosownego.

Nigdy nie usłyszałam od niej, że ładnie wyglądam, jak dostawałam piątki, słyszałam, że może być lepiej. Nie pozwalała mi chodzić do domu mojego chłopaka, widywać się z nim codziennie w wakacje, kiedy mieliśmy czas, żeby pobyć razem trochę dłużej, czy to jest naprawdę złe, co ja robię? Trochę już się w tym gubię. Nigdy nie dałam jej powodu, żeby się o mnie martwiła. Miałam dobre oceny, żadnych problemów wychowawczych, kiedy inni bawili się na 18-tkach, ja siedziałam w domu. Nie piłam alkoholu do 21 urodzin.

Mam 21 lat i troszkę, i mój związek zalicza się do poważnych. To jest jedyna rzecz, która mi wychodzi na razie. Jestem już tym wszystkim zmęczona, ale raczej nie mam depresji. Ciągle mam nadzieję, że jakoś moje plany się powiodą, że dostane się na swój kierunek, zdam to głupie prawo jazdy, i kilka innych rzeczy. Że nie skończy się to, co jest teraz miedzy mną i Romkiem, moja mama też już jakby się przyzwyczaja do tego, że jestem z Romkiem, ale ja nadal nie mogę się pozbyć poczucia winy za każdym razem, kiedy się z nim spotkam.

Wiem, że i tato i mama bardzo kochają mnie i moje rodzeństwo. Wiem, że to tylko błędy, które każdy może popełnić. Nie wiem natomiast jak sobie poradzić z ich skutkami. Przeraża mnie, że ja też mogę się pewnego dnia zamienić w swoją zamartwiającą się, nie zostawiającą innym powietrza mamą. Już widzę pierwsze symptomy. Przepraszam ze zajęłam czas, życzę powodzenia, zdrówka i prawdziwej miłości tym, którzy tutaj się pojawiają liczę na odpowiedź.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Przyjaźń czy kochanie?

Od jakiegoś czasu mój bardzo dobry kolega zaczął inaczej zachowywać się w stosunku do mnie... Zaczęły się pocałunki, przytulanie... Moja reakcja na to wszystko była może i trochę za bardzo natarczywa na początku, bo chciałam wiedzieć, jakie są jego...

Od jakiegoś czasu mój bardzo dobry kolega zaczął inaczej zachowywać się w stosunku do mnie... Zaczęły się pocałunki, przytulanie... Moja reakcja na to wszystko była może i trochę za bardzo natarczywa na początku, bo chciałam wiedzieć, jakie są jego zamiary, czy chce związku, czegoś poważnego. Za każdym razem jego odpowiedź brzmiała "nie wiem, czy dobrze robimy" lub "boję się Ciebie zranić, bo szybko nudzę się dziewczynami", "jesteśmy kumplami i jak się coś nie uda, to głupio byłoby tę naszą więź zepsuć". Trudno za każdym razem mi jakoś na to wszystko zareagować, bo z jednej strony chciałabym spróbować, ale z drugiej wiem też, że do uczucia go nie zmuszę. Daje mi mylne sygnały, zaprasza do siebie, znowu się przytula, a jak jest moja reakcja na to "co robimy?", wycofuje się momentalnie i robi się niezręcznie. Chciałabym się upewnić, czy dobrze zrobię, jak o wszystkim zapomnę, trochę się pomęczę, ale sprowadzę wszystko do dawnej postaci. Czy słusznie uważam, że nic z tego jednak nie będzie? Trudno mi go zrozumieć...

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Joanna Żur-Teper
Mgr Joanna Żur-Teper

Czy to depresja przez mamę?

Hej! Ostatnio mam problem z mamą - ona mi dokucza i mnie zaczepia, ale gdy jej mówię, że ma przestać - nie ustępuje. Kłócę się z nią i pyskuję, wtedy ona mówi, że mam być grzeczna, ale nie jestem. Mam...

Hej! Ostatnio mam problem z mamą - ona mi dokucza i mnie zaczepia, ale gdy jej mówię, że ma przestać - nie ustępuje. Kłócę się z nią i pyskuję, wtedy ona mówi, że mam być grzeczna, ale nie jestem. Mam dosyć usługiwania jej i nie mogę z nią wytrzymać, przez nią płaczę codzinnie. PROSZĘ O POMOC!

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Toksyczna współpracowniczka

Dzień Dobry. Mam ostatnio dużo problemów przez co jestem w ciągłym stresie, nie mogę spać w nocy, trzęsę się, boję się chodzić na praktyki i w ogóle... To wszystko mnie już przerasta, nie daję rady. Ostatnio w pracy jedna z...

Dzień Dobry. Mam ostatnio dużo problemów przez co jestem w ciągłym stresie, nie mogę spać w nocy, trzęsę się, boję się chodzić na praktyki i w ogóle... To wszystko mnie już przerasta, nie daję rady. Ostatnio w pracy jedna z pracownic powiedziała, że ja rozpowiadam głupoty o jej romansie z szefem, a to w ogóle nie prawda! Powiedziała, że naśle na mnie psychologa szkolnego (już na jedną dziewczynę nasłała), ale dlaczego? Ostatnio także dowiedziałam się, że to ja rozbiłam małżeństwo jednej pary. Mówiłam jej, że to nie prawda, ale ona opowiada po ludziach takie rzeczy. Ogólnie to jest dziwna kobieta. To ją mąż zdradzał, a ona teraz takie bajki wymyśla... Na moich koleżankach też "siedzi" i je wykorzystuje. Mówimy to szefowi, ale on nic sobie z tego nie robi. My już naprawdę nie mamy na to sił i nie wiemy co mamy robić. Boimy się chodzić do pracy i być z nią w pracy, bo doczepia się nas o byle co. Nie wiemy czy mamy iść z tym do kogoś, czy co? Ostatnio kupiłyśmy sobie tabletki uspakajające. Ja to nawet mam co chwilę myśli samobójcze, boję się, że coś ze mną jest nie tak:(( Proszę o szybką odpowiedź.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Małgorzata Wierzbicka
Mgr Małgorzata Wierzbicka

Dlaczego ona się tak zachowuje?

Dla mojej matki najważniejsza jest szkoła. Nie obchodzi jej nic innego. Czy mam chłopaka, jakich mam przyjaciół, kogo nowego poznałam. Nawet nie obchodzi jej to, czy jestem szczęśliwa, czy nie. I to nie jest moja teza, tylko powiedziała...

Dla mojej matki najważniejsza jest szkoła. Nie obchodzi jej nic innego. Czy mam chłopaka, jakich mam przyjaciół, kogo nowego poznałam. Nawet nie obchodzi jej to, czy jestem szczęśliwa, czy nie. I to nie jest moja teza, tylko powiedziała mi to.

Najważniejsza jest szkoła. Zawsze tak było, jest i będzie... Czemu jej nie obchodzą moje uczucia ani trochę? Nie obchodzi jej co czuję, gdy płaczę jej to nie rusza, tylko jeszcze bardziej krzyczy na mnie. Szkoła jest ważna, przyznaję, ale nie najważniejsza...

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Małgorzata Wierzbicka
Mgr Małgorzata Wierzbicka

Jak rozwiązać problem z mamą?

Witam! Od pewnego czasu moja mama cały czas na mnie krzyczy. Już nie wiem co mam robić. Próbowałam z nią rozmawiać, ale to nic nie daje. Ona mówi, że powinnam iść do psychologa. I że to ja jestem zła...

Witam! Od pewnego czasu moja mama cały czas na mnie krzyczy. Już nie wiem co mam robić. Próbowałam z nią rozmawiać, ale to nic nie daje. Ona mówi, że powinnam iść do psychologa. I że to ja jestem zła i cały czas pyskuję, ale ja po prostu próbuję się bronić, bo ona cały czas na mnie krzyczy!:(:( Już sama nie wiem co mam robić. Rozmawianie z nią nic nie pomaga! Oliwia

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Co mam robić? Brakuje mi mojej przyjaciółki...

Witam. Mam na imię Przemek. Mam 16 lat uczę się tak by przejść dalej, więc nie mam dobrych ocen. Straciłem sens życia, kiedy mojej przyjaciółce powiedziałem, że mi na niej zależy i przestała się ze mną kontaktować. Nie mam zbyt...

Witam. Mam na imię Przemek. Mam 16 lat uczę się tak by przejść dalej, więc nie mam dobrych ocen. Straciłem sens życia, kiedy mojej przyjaciółce powiedziałem, że mi na niej zależy i przestała się ze mną kontaktować. Nie mam zbyt wielu kolegów, a przyjaciół w ogóle nie mam, ona była jedyną osobą, którą mnie rozumiał.

Dnia 18.05.2010 dobiło mnie, że cała rodzina (rodzice, wujkowie, babcie) nie zauważyli, że mam zapłakane oczy i płaczę. Od początku maja mam myśli samobójcze, ale kiedy pisałem to do niej, że nie chce mi się żyć, bo nie mam już dla kogo, to odpisała, że mam dla kogo żyć "dla niej". Po tej wiadomości kontakt z nią znów się urwał.

Ona jest z rocznika 96, chodzimy do innych szkół, ale w tym samym mieście. Nie chcę iść do psychologa, psychiatry i mówić rodzinie o tym, bo nie zrozumieją. Nie chcę im dawać powodów do śmiechu, jak to zawsze bywa. Zawsze kiedy miałem problem, to wystarczał mi jej głos, lecz kiedy go zabrakło, wszystko nagle przerosło mnie.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Jak żyć z mężem podległym swojej matce?

Dzień dobry. Mam na imię Klaudia. Mam 22 lata i od 3 lat jestem mężatką. Niestety miałam bardzo trudne, zranione i bez miłości dzieciństwo. Moi rodzice pili alkohol i nie pokazywali mi żadnych wartości w życiu. Nie miałam świąt, nie...

Dzień dobry. Mam na imię Klaudia. Mam 22 lata i od 3 lat jestem mężatką. Niestety miałam bardzo trudne, zranione i bez miłości dzieciństwo. Moi rodzice pili alkohol i nie pokazywali mi żadnych wartości w życiu. Nie miałam świąt, nie miałam zabawek, nie miałam nic. Gdy miałam 19 lat poznałam mojego męża. Był cudowny, dbał o mnie i się o mnie troszczył. Właśnie tego bardzo potrzebowałam, miłości. Po pewnym czasie postanowiliśmy się pobrać i założyć rodzinę. Udało się. Wzięliśmy ślub kościelny. I WTEDY ROZPĘTAŁO SIĘ PIEKŁO! Zmiany nastąpiły już po ślubie, zamieszkaliśmy z jego rodzicami i już po 3 miesiącach żałowałam tego ślubu. Zauważyłam że mój mąż oddaje pensję swojej matce, po pewnym czasie odkryłam, że mój mąż ma kilka kredytów, o których nie wiedziałam. Moja teściowa rozmawiała z nim po kryjomu w kuchni, żebym nie słyszała. Podjęłam decyzję o wynajęciu mieszkania, a ponieważ mój mąż miał, jak wspomniałam, kilka kredytów - postanowił wziąć jeden duży na spłatę tych małych i remont tego mieszkania, które wynajęliśmy. Udało się, zamieszkaliśmy osobno. Lecz moi teściowie dzień w dzień byli u nas na obiedzie. Kiedy urodziłam Amelkę, teściowa u nas "zamieszkała" pod pretekstem pomocy przy dziecku, zgodziłam się na to choć grała mi na nerwach, zaglądała do szafek czy poukładane. Zwracała mi uwagę za każdym razem, gdy coś robiłam. Przeżyłam to jakoś. W końcu powiedziałam, że dam sobie już radę sama. Przyjeżdżała później raz dziennie na obiadek. W odwiedziny przyjeżdżała do mnie szwagierka mojego męża i rozmawialiśmy na temat naszych wspólnych teściów. Ona jest z nimi skłócona, więc jak jej mąż, a mojego męża brat zaczął się z nią kłócić, ona mu wszystko opowiedziała, co ja mówiłam na teściów i wyszła straszna awantura. Teściowie przyjechali do nas i bez skrupułów usłyszałam z teściowej ust słowa: "jesteś szmatą, wskoczyłaś Łukaszowi do łóżka, po co ci dziecko było?" i wiele innych przerażających słów. Byłam w szoku! Nigdy nikt mnie tak nie sponiewierał. Mój mąż siedział i nawet słowem się nie odezwał, żeby jego matka przestała. Ja nic na to nie odpowiadałam, bo mi tchu w piersiach zabrakło. Kiedy teściowie odjechali, miałam straszną awanturę w domu i mój mąż kazał mi przepraszać, choć nic nie zrobiłam, ale przeprosiłam ich. Upokorzyłam się, by ratować związek. Nigdy nic na teściów nie mówiłam, bo mój mąż nie pozwalał mi na to! UFFFFF, dużo piszę, ale chcę żebyście zrozumieli jak ja cierpię. Po jakimś czasie mój mąż stwierdził, że wracamy do rodziców, bo on nie będzie mieszkał na wynajmie. I wróciliśmy do piekła. Ja w tym momencie jestem zdesperowaną, bliską samobójstwa, zastraszoną matką dwójki dzieci. Przeżywam piekło upokorzenia ze strony teściów i mojego męża. Nic mi nie wolno, prócz pilnowania dzieciaków. Nie mogę iść do fryzjera, do lekarza, nie mogę bez dzieci wychodzić z domu. Teściowa cały czas buntuje mojego męża na mnie, on jej słucha... Nie mówią mi prawdy, rozmawiają po cichu. Mąż daje jej pieniądze, wplątał się w wysokie kredyty dzięki mojej teściowej, ale ja nie mogę się wtrącać. Nie pozwala mi odejść, choć tego pragnę. Nawet nie mam gdzie odejść. Mój tata to alkoholik, a ja nie mam bliskiej rodziny, oprócz taty. Mogłabym pisać i pisać, ale łzy zalewają moje oczy. Błagam, pomóżcie mi!!! Co ja mam zrobić? Ratujcie mnie, bo ja nie wytrzymam dłużej w tym piekle. Pomóżcie proszę, czekam na odpowiedz.

Życie z maminsynkiem

Witam. Zacznę od tego, iż mam 30 lat i jestem facetem. Jestem gejem w związku, który, moim zdaniem, nie do końca wygląda tak, jak powinien. Mój facet ma 29 lat, mieszkamy oddzielnie u swoich rodziców, co zdaniem matki mojego faceta... Witam. Zacznę od tego, iż mam 30 lat i jestem facetem. Jestem gejem w związku, który, moim zdaniem, nie do końca wygląda tak, jak powinien. Mój facet ma 29 lat, mieszkamy oddzielnie u swoich rodziców, co zdaniem matki mojego faceta jest normalne. Dla niego samego głównym autorytetem jest mama. Bardziej znaczące są dla niego widzenia mamy (kwestia wyboru, kupna samochodu, wyposażenia mieszkania), jak kogoś, z kim chce, jak sam mówi, wiązać swoje życie. Należy on do ludzi, którym nie można zwrócić uwagi, gdy pojawia się jakiś błahy problem, zamyka się sam w sobie, nie dając sobie pomóc i obwiniając za to wyłącznie mnie. Taki stan często się powtarza i trwa kilka do kilkudziesięciu dni. W tym czasie unika definitywnie rozmów telefonicznych, nie mówiąc już o normalnej rozmowie - tłumacząc się, że chce być sam i musi sobie wszystko przemyśleć. Dla niego związek powinien opierać się na bezstresowym podejściu do wszystkiego - każdy drobny problem (zwrócenie uwagi, mój zły humor, krzyknięcie) staje się powodem, dla którego jego zdaniem warto zamykać się w sobie. Najgorsze w tym wszystkim jest również to, że w te sprawy ingeruje jego matka, utwierdzając go w tym, że to, co myśli, w pewien sposób jest słuszne. Co powinienem zrobić w takiej sytuacji i czy mogę liczyć na to, że z tego faceta tak naprawdę kiedyś będzie normalny facet? Dziękuję za odpowiedzi. Pozdrawiam.

Czy warto dalej być razem?

Mam 31 lat i wraz z partnerem - 29 lat, wychowuję niespełna 2 letnie dziecko, chłopca. Z ojcem mojego dziecka znam się od prawie 6 lat. Poznaliśmy się, kiedy ja mieszkałam sama w wynajmowanym mieszkaniu, zaś mój chłopak wraz z...

Mam 31 lat i wraz z partnerem - 29 lat, wychowuję niespełna 2 letnie dziecko, chłopca. Z ojcem mojego dziecka znam się od prawie 6 lat. Poznaliśmy się, kiedy ja mieszkałam sama w wynajmowanym mieszkaniu, zaś mój chłopak wraz z rodzicami i dziadkami (rodzicami matki). Ponieważ moja sytuacja materialna została poważnie zachwiana tzn. straciłam pracę z dnia na dzień i nie było mnie stać na dalsze, samodzielne wynajmowanie mieszkania, mój chłopak zaproponował, abym zamieszkała z nim wraz z jego rodziną.

Przystałam na takie tymczasowe rozwiązanie ponieważ mam mamę i 2 starszego rodzeństwa, z czego siostra usamodzielniła się i mieszka z mężem, a mama wraz z bratem i swoją siostrą w 35 metrowej kawalerce. Zgodziłam się, mimo iż proponowałam również chłopakowi, abyśmy wspólnie wynajęli mieszkanie, oczywiście jak tylko uda mi się znaleźć nową pracę.

Sytuacja mojego chłopaka była następująca: 3 miesiące wcześniej zakończył prawie 4-letni związek, odbywał służbę wojskową niespełna 4 km od własnego domu, toteż widywał się 2 razy w tygodniu z rodziną. Rodzice Pawła mieszkali również w trudnych warunkach, dom nadawał się właściwie do zburzenia, ze względu na "ząb czasu", który, niestety,  spowodował poważne zachwianie konstrukcji domu. Warunki w domu też trudne, ciasna sypialnia rodziców, salon połączony z kuchnią i malutki 2,5/3 pokoik mojego chłopaka. Salon zajmowali dziadkowie mojego chłopaka i tam toczyło się ich codzienne życie. Działka bardzo ciasna, bez mediów, własna studnia.

Chociaż na zdrowy rozsądek wydawałoby się, że mieszkanie 6 osób w takich warunkach jest niemożliwe, zgodziłam się entuzjastycznie, ponieważ uczucie między nami było silne i obydwoje wiedzieliśmy, że znaleźliśmy swoją drugą połówkę. Mojemu chłopakowi kończyła się służba, tymczasem ja całe te dni spędzałam sama w domu. Piszę sama, bo właściwie od początku czułam dziwny opór w porozumiewaniu się z przyszłymi teściami i ich rodzicami. Teściowa zawsze jasno wyrażała swoje zdanie, często zupełnie odmienne niż moje, ale postanowiłam być biernym słuchaczem i nie powodować konfliktów. Ona natomiast urażała mnie niemal na każdym kroku, nigdy nie pytała mnie o zdanie na dany temat, tylko z chlubą wyrażała własne opinie.

Było mi przykro, ale w zawsze w takich chwilach przyświecała mi myśl, że przecież nie wiąże z nią swojego życia, ale z jej synem, który mnie przecież kocha. I tak znosiłam wszystkie jej docinki, uwagi i poglądy w zupełnej samotności. Kiedy mój chłopak dopełnił służby i po 2 miesiącach powrócił do domu sytuacja bardzo się zmieniła. Teściowie zwoływali często zebrania w późnych porach wieczornych, wyciągając nas już z łóżka i domagali się, abyśmy jak najszybciej znaleźli pracę. W gruncie rzeczy rozumiałam ich, ponieważ mój zasiłek był niewielki i starczał tylko na moje potrzeby, zaś chłopak nie miał jeszcze pracy.

Ponadto jego rodzice postanowili zbudować nowy dom na tej samej, ciasnej działce, więc przez okres pół roku koczowaliśmy wszyscy w garażu. Teściowie zaproponowali nam, abyśmy zajęli poddasze w nowym domu, bo mieszkanie razem wychodzi wszystkim taniej. Dodatkowo, kiedy podjęłam pracę i próbowałam stworzyć kalkulację miesięcznych wydatków, teściowa śmiała się ze mnie i coraz bardziej sugerowała, ze kieszeń we wspólnym domu powinna być wspólna. Nigdy nie zapytała nas o plany, zakładając z góry, ze skoro ona ma syna jedynaka, to nie widzi innej możliwości, jak tę, abyśmy mieszkali w jednym domu.

Oczywiście niezbyt spodobał mi się ten pomysł, ponieważ mieszkanie z nimi zawsze traktowałam przejściowo i myślałam poważnie nad kupnem własnego mieszkania, co zresztą z mojego punktu widzenia, przy obecnym rynku, wydawało mi się nieosiągalne w pojedynkę, liczyłam natomiast, że kiedy razem będziemy pracowali, może początkowo wynajmując mieszkanie, w końcu weźmiemy wspólny kredyt i zaczniemy dorosłe życie tylko we dwoje. Mój chłopak nadal nie miał pracy, za to czas wolny angażował głównie w pomoc przy budowie domu teściów, ja również pracowałam fizycznie przy wyburzaniu starego domu oraz fundamentach nowego domu.

Spędzałam cały ten czas u Pawła, zapominając prawie o własnej rodzinie. Czasami nie miałam już siły, bo kiedy przychodziłam z pracy od razu przebierałam się i na nowo do ciężkiej roboty. Zaręczyliśmy się po roku znajomości. Myślałam, że idąc za ciosem wkrótce weźmiemy ślub i zaczniemy życie razem. Kiedy przebąkiwaliśmy coś na temat ślubu, teściowie bez ogródek dali mi do zrozumienia, ze oni będą partycypować w wydatkach i organizowaniu wesela.

Od jakiegoś już czasu czułam podświadomie jak teściowie próbują wpłynąć na decyzje Pawła, jak próbują dyktować nam swoje warunki, jako, że mieszkaliśmy z nimi. Chodziło tu o główne kwestie takie jak praca Pawła, jego wykształcenie, nasze mieszkanie u nich, oczekiwania wobec mnie. Rozmowy te przebiegały w atmosferze tajemnicy przede mną, tzn. rodzice wołali Pawła pod jakimś pretekstem do swojej sypialni późnym wieczorem, a nad ranem lub jeszcze tego samego wieczora Paweł zadawał mi pytania w stylu: "czy ja przypadkiem nie jestem pod twoim pantoflem?" lub oznajmiał mi plany na kolejne dni: jutro nie będzie mnie w domu cały dzień, bo jadę z tatą załatwiać to czy to...

Czułam się fatalnie, bo wracałam po pracy do domu, w którym czułam się obco, nie miałam z kim porozmawiać, nie chciałam korzystać z tel. stacjonarnego, a połączenia kom. były wówczas dość drogie, nie miałam w okolicy żadnej przyjaciółki, z którą mogłabym się spotkać, mama z bratem mieszkała 40 km dalej, a w miejscowości gdzie mieszkają teściowie jest mało autobusów albo wiecznie są korki, w których stoi się czasem 2 godziny.

Sytuacja stała się dla mnie beznadziejna, bo życie moje zaczęło wyglądać tak, że po pracy wracałam zmęczona i zniechęcona wszystkim. Kiedy chciałam pomagać okazywało się, że pod nieobecność taty Pawła nie mogłam i tak w niczym pomóc, nawet Paweł, gdy czasem chciał zabrać się za coś w swoim wolnym czasie non stop słyszał – „nie ruszaj, jak wróci tata to zadecyduje”, nawet jeśli chodziło tylko o przestawienie mebla z kąta w kąt.

W gruncie rzeczy nasze życie prywatne cierpiało coraz bardziej, bo nie mieliśmy czasu na wspólne wyjścia, na spotkania z przyjaciółmi i w ogóle na spotkania we dwoje. Kiedy w jakąś niedzielę chciałam spędzić 2 - 3 godz. sama z Pawłem okazywało się nagle, że jest coś do zrobienia, albo, że Paweł musi pojechać po zakupy, albo do centrum budowlanego itp. Nigdy nie było czasu dla mnie, a ja siedziałam sama jak kołek w starym domku lub garażu i zaczęłam powoli wpadać w stany załamania.

Zachowanie teściów wobec mnie było coraz bardziej bezpośrednie, a wręcz natarczywe. Najgorsze było w tym to, że mój chłopak nie widział nigdy w tym nic złego. Rodzice jego traktowali nas jak małe niezaradne dzieci, którym trzeba zaplanować życie i którzy nade wszystko muszą odwdzięczać się posłuszeństwem. Każda próba autonomii była przez nich odbierana jako bunt, na który reagowali w ten sposób, że przestawali się do nas odzywać na kilka dni, po czym Paweł jak skruszone dziecko musiał kajać się przed nimi, aby wszystko wróciło do porządku. A nie było.

Teściowie non stop wymagali od nas czegoś, a ze mnie próbowali zrobić czarną owcę, która buntuje ich syna przeciwko nim. Kiedy odmówiłam kiedyś zjedzenia kotleta, uzasadniając, ze mam cholesterol ponad normę, teściowa bez ogródek rzuciła do mnie: "tylko głupek może tak sądzić". Kiedy sprzeczałam się o coś z Pawłem, ona podeszła do niego i powiedziała: "daj spokój, głupiemu trzeba ustąpić", kiedy splądrowała nasz notes, który woziliśmy w samochodzie i zobaczyła moje zapiski, wyrwała kartkę i napisała na kolejnej jakieś swoje przemyślenia, dając mi tym samym do zrozumienia, że ona to czytała.

Kiedy podsłuchała naszą rozmowę na temat życia religijnego, wtrąciła następnego dnia, że wiara w Boga to wymysł dla ludzi głupich i łatwowiernych, księża to pedały i złodzieje. W domu przy zwykłych czynnościach zaczęła wtrącać się we wszystko, dając mi non stop reprymendy, że to robi się tak i tak, a nie tak jak ja to robię. W efekcie doszłam do wniosku, ze skoro każde nasze spotkanie na jakimkolwiek gruncie przynosi więcej złego niż dobrego to lepiej się nie spotykać. Przestałam uczestniczyć we wspólnych posiłkach, przy których nigdy nie można było spokojnie zjeść, bo zawsze teściowie poruszali albo tematy, które powodowały nasz stres, albo obgadywali swoich "przyjaciół".

Zaczęłam wkrótce widzieć inne rzeczy – teściowie nie mają żadnych zaprzyjaźnionych sąsiadów, z wszystkimi żyją w konflikcie, wychodzą z założenia, ze inni im wszystkiego zazdroszczą, teść ma konflikt ze swoją matką i bratem, który mieszka 500 metrów dalej. Kiedy zapytałam kiedyś Pawła, czemu nie zna swojej drugiej babci powiedział, że obiecała mu jakieś pieniądze na 18 urodziny, a potem powiedziała, że nie ma. Zrozumiałam, że Paweł jest pod ogromnym wpływem rodziców, bo jak można nie znać swojej babci z tak błahego powodu. Od teściowej słyszałam tylko, że matka jej męża to ... ( tu musiałabym podać niecenzuralne słowa).

Ponieważ konflikt między nami narastał zdecydowałam wyprowadzić się do siostry. W całym tym naszym życiu 3 razy wyprowadzałam się, aby potem znowu na pół roku wrócić, bo moje kolejne próby wspólnego mieszkania z nimi trwały w pozornej zgodzie zawsze ok.1/2 roku, po czym znowu wyprowadzałam się. Przez ten czas, ani razu teściowie nie zadzwonili do mnie i nie próbowali sami doprowadzić do rozmowy, ale bez przerwy tylko buntowali Pawła przeciwko mnie, a w kwestii wtrącania się zapuszczali macki coraz dalej. Paweł natomiast ciągle wmawiał mi, że rodzice bardzo się zmienili, że chcą żebyśmy byli szczęśliwi.

Kiedy towarzyszyłam Pawłowi na weselu, na które też zostali poproszeni teściowie, nie mogłam ubrać się w co chcę, wszyscy pojechali ze mną do sklepu, abym kupiła sobie "coś porządnego", nie ważne czy mnie było na to stać czy nie. Namówili Pawła na 3 letnią szkołę ochroniarską, bo ich znajomy zajmuje się ochroną imprez masowych. Byłam przeciwna, bo chciałam, aby Paweł zdobył porządne wykształcenie. Niestety, nie udało mi się odwieść go od tej decyzji, na czym oczywiście również ja straciłam, bo widywaliśmy się wtedy raz w tygodniu, soboty i niedziele zajmowała szkoła.

Oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej i coraz częściej dochodziło między nami do kłótni, których przyczyną byli teściowie. Paweł zaczął wyjaśniać mi, że jego rodzice są tradycyjni w poglądach i że powinnam ich zrozumieć, tym samym podporządkować się ich woli. Coraz częściej zaczynał zarzucać mi, że to ja o wszystko się czepiam, ze mieszkając razem w jednym domu możemy zaoszczędzić, że powinnam docenić to, że jego rodzice chcą nam w ten sposób pomóc przecież.

Paweł znalazł pracę w branży reklamowej, zupełnie przypadkiem, ponieważ był bez doświadczenia. Cieszyłam się z tej pracy do czasu, gdy jego powroty do domu zaczynały być coraz późniejsze, czasem 1-2 w nocy. Był przemęczony, ponieważ w wolnych chwilach pomagał nadal rodzicom przy budowie domu, więc doradziłam, aby znalazł inną pracę. Narzekał oczywiście, że praca go męczy, bo ciągle nadgodziny, za które szef mu nie płacił i ciągle w gotowości, bo nie wiadomo, czy szef nagle nie zadzwoni i nie oddeleguje o 400 km na montaż reklamy.

Widziałam, że Paweł bije się z myślami, przede wszystkim jest przemęczony, jednocześnie umowa na czas określony, która dobiegała końca stawiała przed nami wielką niewiadomą. Szef nie przedłużył umowy, a wszyscy w domu Pawła patrzyli na mnie, jakbym ja doprowadziła do tej sytuacji, bo przecież "ciągle mi się coś nie podobało". Chciałam jedynie aby mój Paweł otworzył oczy i zaczął myśleć dojrzale o pracy, wykształceniu, zaś teściowie ciągle podważali mój autorytet tłumacząc synowi, że wykształcenie się nie przydaje, bo w obecnych czasach trzeba mieć dobre znajomości, inaczej nie znajdzie się pracy.

Ojciec ciągle obiecywał mu załatwienie czegoś po tzw. "znajomości" jednak nigdy nie udało mu się załatwić Pawłowi pracy. Paweł zaś dojrzewał w przekonaniu, że tata w niedługim czasie znajdzie mu pracę lekką i dobrze płatną. W Pawle zaczęłam dostrzegać coraz więcej wad i coraz mniej odpowiedzialności. Kolejna jego praca również była krótkotrwała i jeszcze bardziej nas od siebie oddaliła. Doszło między nami do poważnej kłótni, której przyczyną było to, że Paweł nie wrócił do domu na noc, pojechał na jakąś imprezę ze znajomymi.

Czułam się urażona, że jako jedyna w jego domu nie wiedziałam o tym fakcie i denerwowałam się jego powrotem, podczas, gdy rodzice i dziadkowie wiedzieli o wszystkim i nic mi nie powiedzieli. Największy żal miałam jednak do Pawła, za to , że postawił mnie w tak idiotycznej sytuacji wobec swoich rodziców i dziadków. Wyszłam na idiotkę, która zupełnie nie interesuje się Pawłem ew. na osobę, do której Paweł nie ma zaufania, jeśli celowo nie informuje o swoich planach na wieczór. Po tej awanturze postanowiłam wyprowadzić się kolejny raz. Okazało się wkrótce, ze jestem w ciąży.

Między mną a teściową doszło do kolejnego konfliktu, który spowodował jej pies, duży doberman. Psa tego znałam od szczeniaka, więc zadziwiło mnie jego zachowanie, ale tłumaczyłam to sobie tym, że być może suczka jest w stanie wyczuć ciążę kobiety i być może dlatego tak zareagowała. Teściowa nie zapytała nawet czy nic mi nie jest. Do tego ostentacyjnie wyraziła swój pogląd wobec mnie gdy Paweł poprosił ją, aby psa zamykała w pokoju, gdy przebywamy na wspólnym piętrze – „w jej domu pies nie będzie więźniem”.

2 początkowe miesiące ciąży upływały mi w ogromnym stresie, bo były to miesiące listopad – styczeń, kiedy po pracy czekałam na przystanku autobusowym na Pawła ponad 3 godziny, bo bałam się sama wracać do domu, wiedząc, ze pies będzie przy drzwiach, a teściowa z pilotem w dłoni w oddalonym salonie. W końcu postanowiłam wyprowadzić się na dobre, w tym momencie bałam się już o zdrowie i życie dziecka więc nie liczyło się nic innego niż święty spokój.

Pracowałam zawodowo do końca 8 miesiąca ciąży, chociaż praca była stresująca, pozwalała mi zapomnieć o przykrościach. Zarabiałam na tyle dobrze, że mogliśmy wynająć mieszkanie i wspólnie spokojnie czekać na rozwiązanie. Byłam bardzo zawiedziona, kiedy okazało się, ze Paweł zostaje z rodzicami. Stanowisko swoje tłumaczył tym, że ma blisko do pracy i nie chce tego zmieniać, poza tym wynajem mieszkania to przecież koszty, na które teraz nas nie stać, bo niebawem urodzi się dziecko. Jednocześnie nie przedstawił żadnej własnej propozycji.

Czułam się strasznie rozczarowana i co tu dużo mówić - odrzucona i oszukana w momencie, gdy kobieta potrzebuje najwięcej wsparcia i czułości od mężczyzny. Wiedziałam, że zamieszkanie samej w tym momencie doprowadzić może mnie do głębokiej depresji, w związku z czym zamieszkałam z mamą w dość trudnych warunkach, dzieląc z nią jedno łóżko, w sąsiednim pokoju brat. Z Pawłem widywaliśmy się raz na tydzień, czasem raz na 2 tygodnie, a czasem Paweł wylatywał na delegacje, wtedy dzwonił do mnie raz w tygodniu na 5 minut.

Byłam bardzo zszokowana, kiedy otrzymałam sms z kwotą do zapłaty za rozmowy w tym okresie (rachunek na prawie 900 zł). Okazało się, że Paweł bez przerwy rozmawiał z rodzicami. Tłumaczył mi, że przecież nie mógł nie odbierać, kiedy do niego dzwonili. W tym momencie przypominały mi się nasze wspólne wakacje, podczas których jego rodzice dzwonili z częstotliwością co 2-3 godziny, żeby zapytać się nas co jemy, gdzie byliśmy, gdzie się wybieramy, jaka pogoda itp. Wracały również sceny mojego powrotu do domu Pawła, kiedy teściowa potrafiła zaczepić mnie na schodach i wypytywać co mam w torbie z zakupami. Cieszyłam się, że to już przeszłość i nie mogłam doczekać się rozwiązania.

Podczas moich spotkać z Pawłem ani razu nie poczułam się, że jestem pod jego opieką, nigdy nie wziął mnie za rękę, był bardzo na dystans i spotkania nasze traktował jako wymuszoną powinność. Kiedyś pokłócił się ze mną z powodu rozmowy z moją koleżanką, którą rzekomo słyszał jego ojciec, kiedy mieszkałam jeszcze u jego rodziców. Kiedy powiedziałam mu, że proponuję, aby jego ojciec na przyszłość słuchał uważnie, a nie co 2 słowo, z którego później robi aferę Paweł nakrzyczał na mnie, powiedział, że nie kocha mnie i odchodzi ode mnie. Padło podczas tej rozmowy wiele słów, których nie chcę przytaczać, ponieważ staram się od 3 lat wykreślić je z mojej pamięci. Gdyby nie pojawiła się wtedy moja mama, która załagodziła sytuację, myślę, że nie potrafiłabym otrząsnąć się z tego co usłyszałam i dziś moje życie wyglądałoby inaczej, może lepiej dla mnie.

Urodziłam synka z trudem, właściwie poród skończył się cesarskim cięciem, po którym nie mogłam długo dojść do siebie. Bóle kręgosłupa nie dawały mi spać przez 6 miesięcy, do tego źle gojąca się rana pooperacyjna, trudności z karmieniem. Gdyby nie pomoc mamy w tamtym okresie to nie wiem, czy potrafiłabym odnaleźć się w nowej sytuacji. Na 10 dni przed porodem jeszcze poszukiwaliśmy mieszkania do wynajęcia, byłam zmęczona upałami, ale cel był ważniejszy.

W końcu udało nam się wynająć mieszkanie. Paweł poprosił ojca o pomoc przy przewiezieniu swoich rzeczy, w związku z tym teściowa pojawiła się w naszym mieszkaniu równie szybko i zaczęła wszystko ustawiać po swojemu, decydować o kupnie firan, garnków itp. Nie odezwałam się ani słowem, bo nie chciałam się teraz denerwować niczym i odliczałam jedynie dni do porodu. Kiedy po porodzie leżałam w szpitalu teściowie pierwszego dnia odwiedzili tylko mojego synka, który leżał sam na oddziale noworodkowym, do mnie nawet nie zajrzeli.

Następnego dnia zaś, gdy dziecko leżało w swoim wózeczku przy moim łóżku, wpadli bez zapowiedzi, oczywiście błyskom aparatu nie było końca, ale na zdjęciach pojawiał się tylko Paweł i mój synek. Nigdy nie zrobili zdjęcia na którym jestem ja z dzieckiem. Ponieważ po porodzie otrzymałam dziecko dopiero w drugiej dobie i z trudem mogłam sama brać malca na ręce, nigdy również nie zaproponowali mi, że podadzą mi dziecko na ręce. Sami również zabrali się za jego przebieranie nie pytając mnie o nic, kupując kremy do pielęgnacji według własnego uznania, chociaż wszelkie niezbędne rzeczy zabrałam ze sobą do szpitala.

Po powrocie do domu w końcu odetchnęłam z ulgą. Potrzebowałam spokoju. Niestety musiałam leżeć, bo po paru minutach chodzenia kręgosłup nie wytrzymywał, do tego szwy, które ciągnęły tak, że chodziłam zgarbiona i z trudem znosiłam chwile karmienia, nawet na siedząco. Teściowie i dziadkowie Pawła zjawili się 2. lub 3. dnia po naszym powrocie, bez uprzedzenia. Kolejnym razem zjawili się wraz z kuchenką mikrofalową, dla której teściowa bez trudu znalazła miejsce na kuchennym blacie, w oknach założone zostały czarne moskitiery i wiele innych udogodnień, które teściowie uważali za słuszne.

Nie wytrzymałam już i w tym momencie poprosiłam Pawła o rozmowę na tzw. stronie, bo już poprzednim razem obiecał mi, że rozmawiał z rodzicami i nie będą więcej sami dokonywali wyborów do naszego mieszkania. Teściowa oczywiście wtrąciła się, zajrzała do pokoju, powiedziała, że nie wie o co mi chodzi bo przecież (tu jak zwykle argumenty), zrobili odwrót na pięcie i wyszli z naszego mieszkania. Oczywiście ja zostałam winną całego zajścia. Po kilku dniach Paweł powiedział, że rodzice są obrażeni na mnie, bo najpierw nie wstałam z łóżka kiedy pierwszym razem przyjechali i nie miał im kto podać herbaty, a potem jeszcze ta przykrość, która ich spotkała…

Od tamtej chwili minęło wiele miesięcy, teściowa usunęła mnie grona znajomych na pewnym portalu. Nigdy nie zadzwonili z pytaniem jak chowa się ich wnuk, jedyne ślady o ich istnieniu otrzymywałam z rozmów z Pawłem, rozmowy te często były nieprzyjemne i sprowadzały się na jeden tor – wszystko to moja wina. Teściowie nigdy nie wykonali do mnie telefonu, nawet gdy bywało dobrze. Nie wytrzymałam w końcu i napisałam do teściowej maila z pytaniem dlaczego nie interesuje się wnukiem oraz propozycją, że jeśli nie chcą mnie oglądać, na czas ich odwiedzin mogę wychodzić z domu. Nie chcę aby konflikt między nami wpływał na ich relacje z naszym synem.

Teściowa odpisała mi, że jestem egoistką, że jej ojciec nie chce mnie znać, bo strasznie go uraziłam tym, że nie poczęstowałam go herbatą, kiedy pierwszy raz po porodzie odwiedzili mnie wszyscy, jak to wszyscy bardzo kochają wnuka, ale ja uniemożliwiam im widywanie się z nim, no i że z egoizmu można się przecież leczyć. Okazało się niebawem, że ojciec mojej teściowej nic nie wiedział o tym, co ona napisała do mnie w mailu rzekomo w jego imieniu, ale z uwagi na jego wiek, poprosiliśmy go aby nie interweniował w tej sprawie i że my sami sobie z tą sytuacją poradzimy.

Od tamtej pory widziałam teściową raz tylko podczas 1. urodzin synka, które pomimo wszystko postanowiłam wyprawić w domu. Wiedziałam, że będzie również moja rodzina, więc postanowiłam zachowywać się zwyczajnie i nie zwracać uwagi na zachowanie teściów. W zasadzie gdy przemyślałam później całą sytuację, mogłam potraktować ich tak samo jak oni mnie przez te 5 lat trwania mojego związku z Pawłem - oni zawsze wyprawiali mu urodziny w domu i nigdy nie zapraszali mnie na nie, Paweł również nie zapraszał mnie.

Dziś sytuacja między mną a Pawłem jest bardzo napięta, przez przykrości które przeszłam przez jego rodziców nie potrafię wybaczyć mu jego zachowania w stosunku do mnie. Jestem pewna, że w jego rozumieniu rodzina i dom będą zawsze tam, przy rodzicach, a nie ze mną i dzieckiem.

Niedawno, gdy w trakcie jakiejś rozmowy powiedziałam do niego: "przecież masz rodzinę", powiedział do mnie: "mam syna". Zrobiło mi się tak przykro, że z trudem powstrzymywałam łzy. Paweł kocha synka, jednocześnie spędza z nim mało czasu, bo są ważniejsze sprawy: musi naprawić samochód, który stoi w garażu rodziców i im przeszkadza, jest zmęczony i bolą go oczy, głowa, brzuch itp.

Życie nasze wygląda tak, że ja pracuję na 4\5 etatu, dojeżdżam do pracy 1,5 do 2 godzin rano i wieczorem, w domu jestem o godz. 19. i często padam ze zmęczenia, ale chcę jak najwięcej czasu poświęcić jeszcze dziecku. Paweł ma pracę w systemie zmianowym, pracuje 3 dni, potem dzień przerwy, potem znowu 3 dni, weekendy najczęściej pracuje. W czasie gdy pracujemy obydwoje synkiem zajmuje się babcia Pawła i moja mama.

Z Pawłem mijamy się cały czas, albo kłócimy - na zmianę. Temat ślubu zniknął w otchłani i chyba już nie powróci, bo Paweł widzi tylko jedno rozwiązanie - nasze mieszkanie z rodzicami i uzależnia decyzję o ślubie od mojej decyzji wspólnego mieszkania. Wizyty jego rodziców u nas odbywają się pod moją nieobecność, kiedy pracuję, nigdy o nich nie rozmawiamy.

Obawiam się jedynie najgorszego, że jeśli ta sytuacja będzie trwała nadal, to kiedyś zaczną buntować dziecko przeciwko mnie, namawiać na mieszkanie z nimi i wpływać znacząco na wychowanie mojego syna. Ponadto, pomimo, iż prosiłam Pawła, aby spotkania ich z wnukiem odbywały się w naszym domu z uwagi na bezpieczeństwo dziecka, ze względu na psa, Paweł często zabiera dziecko do dziadków nie uprzedzając mnie o tym i nie informując nawet po fakcie. Przypadkiem dowiaduję się o tym.

Często w obecności swoich rodziców Paweł zachowuje się tak, jakby w tym momencie zrzucał odpowiedzialność za opiekę nad dzieckiem na nich, sam zamyka się wtedy w pokoju i zajmuje swoimi rzeczami, a posiłkami, przebieraniem dziecka i zabawą z nim zajmują się oni. Przed nami okres wakacji i pytania o wspólny wypoczynek są również nieuniknione, a ja coraz bardziej myślę o tym, czy nie wyjechać sama z dzieckiem i nabrać dystansu do spraw.

Boję się tylko, że taka krótkotrwała zmiana niczego dobrego nie przyniesie, może relaks dla mnie i służący dziecku wypoczynek. Coraz bardziej brakuje mi stabilizacji, żyję w "zawieszeniu" , nie mamy wspólnych planów i nie widzimy żadnych rozwiązań. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać na większość tematów, a kiedy próbuję zagadnąć o temat naszej przyszłości, otrzymuję odpowiedź, że znowu się o coś czepiam i że nie chce ze mną rozmawiać i słyszę „naraaaa”.

Paweł wraca do domu co dzień ok. 22, kiedy już śpię, a gdy nawet się spóźnia do domu - nie ma zwyczaju informowania mnie o tym sms-em, czy krótką rozmową. Następnego dnia kiedy jest to sobota i ma wolny dzień, zawsze ma coś do załatwienia i najczęściej śpi do 11-12, a potem ubiera się szybko, mówi „na razie” i znika na kilka godzin. Przestałam już go pytać dokąd wychodzi, bo albo mnie okłamuje, albo mówi, ze nie powie, bo będę się czepiać, albo wprost mówi, że jedzie do rodziców.

W domu każdą chwilę spędza przed komputerem na aukcjach, forach motoryzacyjnych itp., zasypia z komputerem i pierwsza czynność poranna to włączenie komputera. Ja jestem gdzieś obok, niewidoczna, nawet kiedy jestem blisko. Spędzamy wolny czas w osobnych pokojach, bo przecież nie potrafimy już rozmawiać ze sobą. Często podczas takiej kłótni łapię się na tym, że rzucam jakimś przedmiotem i mam ochotę wykrzyczeć Pawłowi jak bardzo mnie zranił, jak się na nim zawiodłam i że chcę od niego odejść, bo czuję się oszukana.

Parę razy doszło między nami do rękoczynów, boję się, że może się to powtórzyć, również w obecności dziecka. Podczas ostatniej kłótni usłyszałam słowa: "nienawidzę cię tak, że zrzuciłbym cię z balkonu". Przestraszyłam się. Od trzech miesięcy żyjemy razem, ale osobno, nie potrafię zbliżyć się do Pawła, przytulić, objąć, o seksie nie ma mowy, bo czuję się tak, jak gdyby Paweł chciał tylko wykorzystać moją chwilową słabość, za chwilę stając się zimny jak głaz. Stał się dla mnie obcym człowiekiem. W głowie mam te przykre wspomnienia z okresu ciąży i zupełny brak rozwiązań tej sytuacji z jego strony.

Wiem, że muszę kierować się dobrem dziecka, ale teraz już codziennie prześladuje mnie myśl, że lepiej byłoby odejść od siebie. Wiem, że nie zwiążę się już z nikim na stałe i to powoduje również ogromny dylemat, ponieważ zawsze marzyłam o większej rodzinie, 2 lub 3 dzieci, tymczasem wszystko układa się inaczej. Kiedy zapytałam kiedyś Pawła o dzieci nie miał nic przeciwko dwójce, później słyszałam już tylko pytanie - czy nie zdaję sobie sprawy jak wszystko jest drogie. I znowu, niestety, odżyły we mnie słowa teściowej: "jedynak to najlepsze rozwiązanie, bo nie ma sporów przy podziale majątku".

Czuję się dzisiaj bezradna, czasami brak mi sił na zabawę z dzieckiem i na codzienne starania, które do niczego nie zmierzają. Brak mi osoby, która mnie wysłucha, pocieszy, podsunie jakieś rozwiązania. Paweł nigdy nie zrobi nic sam przy dziecku, zawsze muszę o wszystko go prosić, a on potrafi tylko mówić, że ciągle się czepiam. Nie sprząta w domu, nawet w swoim pokoju, nie pomaga mi w innych czynnościach, nie sprząta nawet po sobie i nie zależy mu na tym. Zresztą zachowuje się tak, żebym widziała, że nie zależy mu na niczym.

Proszę o poradę: czy nasz związek ma jeszcze sens? Czy powinnam zrobić coś jeszcze zanim zdecyduję rozstać się z Pawłem? Czy powinnam pozwolić Pawłowi na zabieranie dziecka do domu dziadków, w którym jest niebezpieczny pies, biorąc pod uwagę obojętność jego rodziców w tej sytuacji, gdy pies mnie ugryzł? Pytań mam wiele, może zapytam jeszcze o to, jak mogę bez emocji ocenić tę trwającą sytuację i podjąć właściwe kroki? Czy dać nam jeszcze szansę i próbować coś zmienić? Jak nie bać się zmian i zrobić jakiś konkretny krok? Synek ma prawie 2 lata, za rok lub 2 lata chciałabym zapisać go do publicznego przedszkola, ale wówczas powinnam zameldować się gdzieś, aby starać się o przyjęcie dziecka. Na prywatne przedszkole mnie nie stać, niestety.

Boję się, że w niedługim czasie dziecko zauważy relacje między nami i w negatywny sposób odbije się to na nim, czego chyba obydwoje chcielibyśmy uniknąć. Jak organizować spotkania z rodzicami Pawła w kontekście odwiedzin wnuka, żebym miała jednocześnie kontrolę nad ich zachowaniem w stosunku do mojego dziecka? Będę wdzięczna za pilną ocenę sytuacji i poradę. Pozdrawiam, Paulina K.

odpowiada 2 ekspertów:
 Paulina Witek
Paulina Witek
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka

Nie potrafię dogadać się z moją mamą

Od 4 lat w ogóle nie potrafię porozumieć się z moją mamą. Zawsze się o coś pokłócimy, nigdy nie mamy tego samego zdania. Jest to prawda, że od 4 lat zmieniłam się... jestem bardziej pyskata, roztrzepana, więcej czasu przebywam z... Od 4 lat w ogóle nie potrafię porozumieć się z moją mamą. Zawsze się o coś pokłócimy, nigdy nie mamy tego samego zdania. Jest to prawda, że od 4 lat zmieniłam się... jestem bardziej pyskata, roztrzepana, więcej czasu przebywam z kumplami... Mojej mamie przeszkadza to, że zadaję się z chłopakami, czy późnymi nocami z nimi piszę. Uważa, że jestem za smarkata. Nie pozwala mi nigdzie wychodzić na imprezy, oczywiście do odpowiedniej godziny, czy nawet na spacery z kolegami. Na nic mi nie pozwala. Mam już tego dosyć... Chciałabym się z nią lepiej umieć dogadać. Ja nie potrafię niczego powiedzieć mojej mamie, po prostu nie mam do niej zaufania, a szczególnie o chłopakach. Mama ma później pretensje, że nic jej nie mówię. Ale ona mnie w ogóle nie rozumie, tłumaczy mi wszystko tym, że ona jak była w moim wieku tak nie robiła. POMOCY, bo ja już nie daję rady :(( przypomnę, że mam 15 lat.

Czy powinnam się wyprowadzić?

Witam! Mam 27 lat, stałą pracę, prawie skończone zaoczne studia, jestem sama, mieszkam z rodzicami. Moim problemem są relacje z mamą. Odkąd pamiętam często dochodziło do spięć, mama jest osobą nerwową, często krzyczy na mnie o drobiazgi, mimo że...

Witam! Mam 27 lat, stałą pracę, prawie skończone zaoczne studia, jestem sama, mieszkam z rodzicami. Moim problemem są relacje z mamą. Odkąd pamiętam często dochodziło do spięć, mama jest osobą nerwową, często krzyczy na mnie o drobiazgi, mimo że jestem dorosłą osobą. Czeto mówi, że np. nie poradzę sobie w dorosłym życiu. Z jednej strony chce być pomocna, a z drugiej strony chce, abym była mniej samodzielna. Z perspektywy czasu widzę, że na niektóre te rzeczy się godziłam, bo byłam zajęta pracą i równoczesnymi studiami. Często u nas w domu są kłótnie o drobiazgi, młodszy brat nie szanuje mamy, a ona cały czas mu ustępuję i wyręcza we wszystkim mimo tego. Rozmawiałam z nią na ten temat wiele razy, ale już nie mam nadziei, że to się zmieni. Mama boi się samotności w przyszłości. Często histeryzuje, symuluje chorobę, złe samopoczucie. Komentuje np. żonę mojego brata, że ona na pewno go kiedyś zostawi i wtedy on przyjdzie do domu, wtrąca się w nasze życie prywatne, przesiaduje u nas w pokoju jak zapraszamy chłopaka/dziewczynę. Jest to trochę krępujące. Zdaję sobie sprawę, że szuka uwagi. Nigdy nie pracowała, rzadko gdzieś wychodziła, teraz ma kilku znajomych. Czasami po prostu tego wszystkiego nie wytrzymuję. Ostatnio mam różne dolegliwości, robię różne badania, ale tak już było kiedyś, że po prostu z nerwów. Ból żołądka, zaparcia, ból w mostku, bóle głowy, problemy z krążeniem, jest mi często niedobrze, jestem przygnębiona, mam niskie poczucie wartości. Zastanawiam się nad wyprowadzką z domu. Może wtedy nasze relacje byłyby lepsze? Bo zaczynam od tego wszystkiego wariować.

Straszni rodzice - co robić?

Witam. Mam 16 lat i wiele problemów, lecz chyba najważniejszym z nich i źródłem wszystkich innych moich kłopotów są moi rodzice. Ciągle tylko się kłócą i nie obchodzi ich jaki to ma wpływ na mnie. Odkąd żyję, zawsze się kłócili...

Witam. Mam 16 lat i wiele problemów, lecz chyba najważniejszym z nich i źródłem wszystkich innych moich kłopotów są moi rodzice. Ciągle tylko się kłócą i nie obchodzi ich jaki to ma wpływ na mnie. Odkąd żyję, zawsze się kłócili i zawsze będą. Wiele razy straszą się nawzajem rozwodem, ale i tak wiadomo, że nic z tego nie będzie.

Ojciec jest od chyba 2 miesięcy na zwolnieniu lekarskim, ciągle siedzi w domu przed telewizorem i zamiast posprzątać albo pomóc to, mówiąc, że nie ma pieniędzy, kupuje papierosy, piwo i cały dzień śpi, je, ogląda telewizję. Później narzeka, że nudzi mu się w domu. Daje matce mało pieniędzy, choć wiadomo, że ma więcej, ale za to wszystko kupuje papierosy i piwo; nie obchodzą go rachunki i to, że matka wszystko kupuje i jeszcze ją naciąga.

Nie pamięta o urodzinach, nie ma żadnych kolegów, nigdy nie kupuje mi prezentów choć obiecuje, jego ulubionym zajęciem jest chyba trzaskanie drzwiami i demonstrowanie swojej złości oraz zużywanie wszystkiego, czego nie kupił. Nienawidzę go, potrafi popsuć mi cały dzień, tak jak to zrobił dzisiaj. Myślę, że niedługo oszaleję, jeśli będę wracała ze szkoły do domu, a on będzie w domu.

Ani chwili nie mogę spędzić tu sama, jak było dawniej. Podobało mi się to, że ich nie ma w domu, mogłam się wyciszyć, a teraz? Teraz mogę sobie o tym pomarzyć, bo niedługo wakacje, więc jeszcze gorzej... A matka? Matka wtrąca się w każdą rzecz w moim życiu. Uważa, że wszystko robię źle i za mało. A to źle coś położyłam, a to nie zamknęłam, do wszystkiego się czepia, a jak jest zła, to już w ogóle wyładowuje całą swoją frustrację na mnie. I to ona zawsze ma rację, nawet jeśli jej nie ma, to nie potrafi przyznać mi racji w końcu "dorosły wie lepiej"...

Jeśli mam inne poglądy niż ona, to mówi, że jestem głupia i się nie znam. Krzyczy coś do mnie z drugiego końca mieszkania, a potem denerwuje się, że tego nie zrobiłam, a ja po prostu nie słyszałam. Wystarczy, że usiądę na chwilę przed komputerem to ona zaraz wynajduje mi jakieś zajęcie. Właściwie to prawie wszystko muszę robić ja i matka, bo ojcu się nie chce nawet ruszyć. Więc dźwigam ciężkie siatki z zakupami, robię zakupy, sprzątam, składam pranie, wyjmuję naczynia ze zmywarki, odkurzam, jeszcze raz sprzątam... No i oczywiście uczę się.

Kiedyś, w szkole podstawowej, lubiłam brać udział w konkursach, matka mnie do tego zachęcała. To się zmieniło, gdy raz zajęłam, nie pierwsze, a siódme miejsce. Matka tylko powiedziała "Siódme, to dopiero świetne miejsce, beznadziejne". Od tamtej pory nienawidzę konkursów i rywalizacji, bo boję się że jak nie zajmę pierwszego miejsca to matka będzie zła. Uważa, że we wszystkim muszę być najlepsza, że jestem jakimś robotem! Mam robić to, co jej się podoba i nic innego. Nie mogę żyć własnym życiem, jeśli nie będzie zgodne z jej głupimi planami. Kiedyś nie chciałam robić wszystkiego czego mi kazała, ale jak zaczęłam zauważać, że tak jest bezpieczniej, że jak będę to robiła to nie będzie zła, to tak robię. Zawsze.

Więc wg niej jestem "grzeczna", a kiedyś powiedziała koleżance, że chciałaby, żebym była bardziej wygadana itd. To niech się zdecyduje! Przecież nie jestem robotem! Dodatkowo chciałaby, żebym ciągle z kimś wychodziła, a jednocześnie sprzątała i miała rewelacyjne oceny i w ogóle, żebym była idealna. Ciągle mi truje, że MUSZĘ (bo jak ona powie to tak jest) się z kimś umawiać w weekendy. I nie pamięta już że kilka dni temu mówiłam jej, jakie mam wredne koleżanki, że nienawidzę mojej klasy i szkoły.

Według niej muszę się umawiać z "kimkolwiek". Kimkolwiek? Z pierwszymi lepszymi głupimi dziewczynami, które tak mnie denerwują, że nie mogę z nimi wytrzymać 5 minut? Chyba niedługo zacznę kłamać, że z kimś wychodzę, żeby zostawiła mnie wreszcie w spokoju. Kiedyś jak jej powiedziałam "ja ci nie mówię, z kim masz się umawiać", to tylko zaczęła się śmiać i powiedziała, że jestem "niegrzeczna"...Muszę się ubierać tak jak ona chce. To co kupię, musi się też jej podobać, bo inaczej nie zostawi mnie w spokoju nigdy.

Zawsze całą winę zrzuca na mnie, jak czegoś zapomni, to rzuca się na mnie z pretensją "dlaczego jej nie przypomniałam". Nie umie przyjąć do wiadomości, że zrobiła błąd, więc najlepiej zrzucić to na mnie. Jest strasznie dwulicowa, mówi komuś, że ma ładną bluzkę, a w domu mówi do mnie "Widziałaś jaka to była okropna bluzka?". To mnie wykańcza, bo nienawidzę kłamstwa. I nienawidzę jej. Totalnie zrujnowała mi życie i jeśli jeszcze trochę zostanę w tym domu to zwariuję kompletnie i jako dorosła osoba będę musiała non stop chodzić do psychologa...

Muszę wyjechać z tego domu, z tego kraju na studia a potem do pracy, żeby wreszcie moi beznadziejni rodzice zostawili mnie w spokoju, dali mi po prostu żyć, bo to co jest teraz to nie jest życie. W takich warunkach nie da się żyć, a podobno każdy ma prawo do życia w dobrych warunkach. A ja takich nie mam, nigdy nie miałam. Nie czuję żadnej więzi z moimi rodzicami i rodziną, której kompletnie nie obchodzę. Nienawidzę ich i to się nie zmieni, bo trwa już od wielu, wielu lat. A teraz idę do nowej szkoły i chciałabym coś zmienić w życiu.

Chciałabym być szczęśliwa, a nie chodzić ciągle smutna przez moich głupich rodziców i niszczyć sobie życie. Źle mnie wychowali i teraz mam kłopoty w relacjach z ludźmi. Właściwie to ludzie zrobili mi już tyle złego, że ich po prostu nienawidzę. Chciałabym, żeby w nowej szkole było inaczej i żeby rodzice zostawili mnie w spokoju. Proszę o radę co mam zrobić w mojej sytuacji. Wiem, że na pewno nie porozmawiam z rodzicami, bo z nimi nie da się rozmawiać, oni nie słuchają. Wiem, bo próbowałam.

Jak poradzić sobie z agreswnym socjopatą i samemu nie zwariować?

W pracy mam kolegę z typowym zachowaniem socjopatycznym - manipuluje ludźmi, by mieć z tego korzyści, kłamie, stwarza sytuacje prowokujące innych, uderza z łokcia wybraną ofiarę, upokarza publicznie dla swojej satysfakcji, a kierownictwo, niestety, samo się boi i nie zwraca... W pracy mam kolegę z typowym zachowaniem socjopatycznym - manipuluje ludźmi, by mieć z tego korzyści, kłamie, stwarza sytuacje prowokujące innych, uderza z łokcia wybraną ofiarę, upokarza publicznie dla swojej satysfakcji, a kierownictwo, niestety, samo się boi i nie zwraca uwagi, jakby nie było problemu. Dwie osoby zwolniły sie już przez tego socjopatę z pracy, bo nie wytrzymały psychicznie manipulacji. Co zrobić, by ukręcić tej osobie nosa, nie robiąc jej fizycznie krzywdy, tak by dała spokój pozostałym ludziom i pozwoliła pracować?
odpowiada 1 ekspert:
Mgr Małgorzata Wierzbicka
Mgr Małgorzata Wierzbicka

Problem z matką czy ze mną?

Witam. Mam 30 lat. Jestem córką z pierwszego małżeństwa. Moja mama ponownie wyszła za mąż i mam 21-letnią przyrodnią siostrę. Mam problem z nawiązaniem więzi z własną matką odkąd pamiętam. Zawsze oczkiem w głowie była młodsza siostra, ale wiedziałam, że...

Witam. Mam 30 lat. Jestem córką z pierwszego małżeństwa. Moja mama ponownie wyszła za mąż i mam 21-letnią przyrodnią siostrę. Mam problem z nawiązaniem więzi z własną matką odkąd pamiętam.

Zawsze oczkiem w głowie była młodsza siostra, ale wiedziałam, że tak jest w rodzinach i nic sobie z tego nie robiłam. Nie jestem zazdrosna o nic co ma lub co robi moja siostra. Zawsze pamiętam o urodzinach, o Dniu Matki, o telefonie z pytaniem "co słychać?" czy "jak się czujesz mamo?" I co słyszę? Jedno i to samo szczekanie: nic nie słychać, wychodzę, nie mam czasu z tobą rozmawiać. Relacje z ludźmi w pracy mam dobre, z szefem tak samo. Jestem energiczną osobą i nie mam żadnych problemów interpersonalnych z kimkolwiek OPRÓCZ MOJEJ MAMY!

Dlaczego tak jest? W czym tkwi przyczyna? Często słyszałam, że mam charakter ojca (pierwszego męża mamy), a z nim się rozwiodła, więc domyślam się że dlatego czuje pogardę dla mnie. Do siostry tak często wpada na kawkę, a do mnie od roku nie zajrzała. Pytałam kilka razy dlaczego tak robi i nic konkretnego nie usłyszałam. Zastanawia mnie jedna rzecz: moja mama z dzieciństwa ma wspomnienia właśnie takie jak ja teraz opisuję - jej siostra (a moja ciocia  była bardzo faworyzowana, a ona była odstawiona na boczny tor. Dlatego być może nieświadomie powiela to co ją spotkało i kozłem ofiarnym jestem JA.

Może ma jakieś niezaspokojone potrzeby z dzieciństwa i awersją do mojej osoby rekompensuje sobie to? Błagam, pomóżcie mi, bo czasem nie mam już sił. Gdybym mogła znać instrukcje obsługi do własnej matki... Płaczę cicho w poduchę, żeby mąż nie widział. Ciężko mi z tym, bo mama to najbliższa sercu osoba, a mieszkając 3 osiedla od siebie w ogóle nie mamy ze sobą kontaktu. Zawsze tylko ja dzwonię i pytam co u niej.

Kiedyś porozmawiałam z nią i tłumaczyłam, że potrzebuję,  żeby czasem wpadła na kawkę, kiedy tylko chce, ale potem znów była cisza przez kilka miesięcy. P.S. Od roku mieszkam w nowym em i była dwa razy:( Bardzo nad tym ubolewam. Dodam jeszcze, że mam lepsze kontakty z teściową niż z własną matką.

Trudne dzieciństwo - jak przetrwać i być normalnym?!

Witam ! Mam 14 lat i mam na imię Marek... hm, pewnie myślisz, co ja tam wiem o życiu? Co za młody dureń ze mnie... a właśnie, że wiem coś o życiu! Ja rozumiem, że wielu ma gorzej ode mnie......

Witam ! Mam 14 lat i mam na imię Marek... hm, pewnie myślisz, co ja tam wiem o życiu? Co za młody dureń ze mnie... a właśnie, że wiem coś o życiu! Ja rozumiem, że wielu ma gorzej ode mnie... Ja rozumiem, że inni mają gorsze problemy... ALE JA SOBIE PO PROSTU NIE RADZĘ!!! Więc proszę o radę... bardzo mi na tym zależy... Więc....jw. w temacie jest problem trudnego dzieciństwa... Moi rodzice, jak byłem nawet bobasem, pamiętam, że z ciepłą domową atmosferą było kiepsko... Stosunki z ojcem i matką nie są najlepsze... ba, prawie ich nie ma ... : [ Alkoholicy , papierosoholicy... nie wiem, jak to nazwać... W ogóle mają chłodne podejście do mnie... kiedy dostaję oceny poniżej 5 jest awantura... Jak trója albo 4- jest szlaban do odwołania na poprawę. Zaraz oszaleję... Po co mam kuć tyle, jak i tak zapomnę za 3 dni... I to mój (2) problem...Czego się nauczę (wykuję) to od razu zapominam... Nie można inteligentnie uczyć się i lecieć na czwórach i trójach? Oni tego nie rozumieją... Matka ciągle chla dla zabicia czasu i pali jak lokomotywa... ojciec to samo... Tylko, że bardzo lubi dołować ludzi... niszczyć... poniżać... Już nic mnie nie cieszy... czasami płaczę bez powodu... ha, ha, a to najlepsze... Oni na to...: „O sooo ci chossiiiii... Eeehh, wychowaliśmy kaleke i płaczke... idź się wybeczeć do pokoju córciu....” (jestem Facetem). Mnie to już rozwala psychicznie i fizycznie... wyglądam jak siódme nieszczęście... nie mam przyjaciół, kumpli, koleżanek, kolegów... Może to wszystko przeze mnie? A może to ich wina... Otoczenie też nie jest najlepsze... Jest takie motto szkolne... " Co się lampisz ch***? Bo wp***** od dresów!" Taka nasza szkoła... a zaledwie garstka nauczycieli działa przeciw temu... Nie mam ochoty jeździć na wycieczki szkolne, bo po co? Nie lubię basenu... bo nie radzę sobie i nie najlepiej nie wyglądam... Kiedy widzę ludzi, to coś we mnie strzela... już się denerwuje i w ogóle... Przyzwyczaiłem się, że każdy mnie poniża, ośmiesza... miesza z błotem... To przeze mnie? Kurde... chciałbym być w jakiejś samotni, odciąć się od świata... BO NIKT MNIE NIE SZANUJE... TRAKTUJĄ JAK SZMATĘ DO WYCIERANIA... : [ Nie wiem, co mi się dzieje... tak wielu rzeczy nie mogę zrobić... A ILE MUSZĘ!!! To mnie przerasta i nie wiem, jak mam sobie poradzić... Idę do naszej p. psycholog... ale wątpię, czy to coś pomoże... No nie wiem, co robić, jestem po prostu załamany... wszystkim... Sądzę, że to i tak za mało, żeby opisać...

odpowiada 1 ekspert:
 Magdalena Pikulska
Magdalena Pikulska

Czy mój partner ma zdrowe podejście do rodziców?

Witam, od dłuższego czasu borykam się z tym problemem. Ja i mój partner mieszkamy ze sobą około 2 lata, naprzemiennie tydzień u moich rodziców, tydzień u Jego, aby pogodzić nasze wzajemne potrzeby mieszkaniowe oraz związane z kontaktem z bliskimi. Generalnie...

Witam, od dłuższego czasu borykam się z tym problemem. Ja i mój partner mieszkamy ze sobą około 2 lata, naprzemiennie tydzień u moich rodziców, tydzień u Jego, aby pogodzić nasze wzajemne potrzeby mieszkaniowe oraz związane z kontaktem z bliskimi. Generalnie tak, aby żadna ze stron nie czuła się pokrzywdzona. Tydzień, który przypada u mnie zwykle jest w miarę spokojny, pomijając to, że rodzice Jego potrafili niegdyś wydzwaniać od godziny 7 rano, budząc nas, by przekazać Mu jakieś istotne sprawy. Ponadto będąc u siebie, robię niemal za służącą chłopaka, gdyż jako że przypada tydzień "mojego dyżuru" muszę spełniać wszystkie Jego zachcianki. W jego domu jest inaczej. On bez przerwy spełnia zachcianki swoich rodziców, którzy zdają się notorycznie ignorować istnienie mojej osoby. Oboje pracujemy do godziny 18, po pracy Jego ojciec codziennie wymyśla dla Niego "coś do zrobienia", co wypełnia Jego czas na tyle, by wrócić do mnie do pokoju ok. godziny 21 niemal każdego dnia, i tak wyczerpuje Jego siły, że zaraz po tym kładzie się spać. Niestety w weekendy też nie możemy nadrobić straconego czasu, gdyż chłopak uczy się zaocznie i niemal co tydzień ma zjazdy na uczelni. A nawet gdyby nie miał, a jego Tato byłby świadom jego wolnego weekendu, na pewno wymyśliłby coś, co wypełniłoby choć częściowo Jego czas. Czuję się zignorowana do tego stopnia, że dziś nie wytrzymałam, nie zrobiłam awantury, ale kazałam się chłopakowi odwieźć do rodzinnego domu, w którym przynajmniej będę się miała do kogo odezwać i przestanie mnie denerwować fakt, że ktoś nie liczy się z tym, iż ja także potrzebuję czyjegoś towarzystwa. Chciałoby się rzec, że chłopak wspaniały, pomaga rodzicom ile wlezie, jednakże gdy jesteśmy u mnie, dopada go bezgraniczny leń i to ja robię za służącą, podczas gdy On może odpocząć po tygodniu wiernego służenia rodzinie. Tłumaczę Mu, że to nie jest zdrowe. Nie chcę przecież, żeby ignorował potrzeby swoich rodziców i nie pomagał im w ogóle, ale czy to naturalne, że rodzice wiedzą, jak zapełnić jego każdy wolny czas? On uważa, że rodzice są osobami, którym zawsze trzeba pomagać, ale gdzie w tym wszystkim jestem ja? Ja również wspieram swoich rodziców, ale Oni potrafią uszanować fakt, że prowadzę również swoje życie i cieszę się, że są na tyle normalni i wyrozumiali. Nie wiem, co robić, kocham Go bardzo, mieliśmy się zaręczyć w te wakacje i pobrać w przyszłym roku i nie wyobrażam sobie bycia z kimś innym. Podobnie czuje On. Nie chcę żyć bez Niego, ale z drugiej strony to już w pewnym sensie się dzieje. Pytam, czy jak założymy własny dom, też będzie jeździł na każde zawołanie rodziców, odpowiada, że nadal będzie chciał im pomagać. I co? Ja wtedy zostanę sama w domu, oczekując aż On powróci z codziennej misji ratowania świata? Czuję się niezwykle sfrustrowana, proszę o odpowiedź, czy Jego zachowanie oraz zachowanie jego rodziców mieści się w granicach normalności, pragnęłabym przekazać to Jemu. Czuję, że to ja staję się wrogiem i w jego mniemaniu osobą kompletnie niewyrozumiałą i nie potrafię sprawić, aby z końca kolejki, w której stoję, przebić się na pierwszy plan. Pragnę dodać, że chłopak nie tylko zadeklarował swoją miłość do mnie. Niejednokrotnie mi ją udowodnił w bardzo ciężkich sytuacjach życiowych, przy których niejeden człowiek by mnie zostawił. Ale do Niego nie dociera, że to co robi na co dzień, znacznie odstaje od normy. A może to ja się mylę?

Jak pomóc mamie, nie szkodząc sobie?

Witam. Zastanawiałam się, w jaki sposób opisać swój problem... Próbowałam podejść do tego emocjonalnie, ale wyszedł z tego tak niesamowity chaos, że przed chwilą edytowałam tekst, usuwając powstałe zdania. Podam więc może suche fakty. Jestem jedynaczką. Studiuję, jestem na I...

Witam. Zastanawiałam się, w jaki sposób opisać swój problem... Próbowałam podejść do tego emocjonalnie, ale wyszedł z tego tak niesamowity chaos, że przed chwilą edytowałam tekst, usuwając powstałe zdania. Podam więc może suche fakty. Jestem jedynaczką. Studiuję, jestem na I roku - 5 dni spędzam w mieście, w którym studiuję, weekendy spędzam w domu. Moi rodzice nie mieszkają razem, nie, nie są po rozwodzie, jednak można nazwać to separacją. To, że ich małżeństwo się rozpadło, jest, obiektywnie na to patrząc, winą mojego ojca, który jest kompletnie niedojrzały emocjonalnie, potwierdza to swoim zachowaniem i sposobem bycia. Moja mama, z reguły osoba bardzo konkretna i stanowcza, w relacji z nim zachowuje się w sposób kompletnie irracjonalny; nie potrafi ani złożyć pozwu o rozwód, ani z nim rozmawiać. W rezultacie, jestem świadkiem swoistej sinusoidy, raz ze sobą rozmawiają, jedziemy gdzieś razem, jemy razem obiad, a za kilka dni następuje regres spowodowany jakimś impulsem i moja matka mówi, że ma już tego wszystkiego dość, nie chce go znać. Dałabym sobie radę z taką sytuacją, tym bardziej, że dzieje się to od dobrych paru lat. Już jako mała dziewczynka, chcąc nie chcąc, byłam świadkiem kłótni, które, o zgrozo, były przeprowadzane w mojej obecności (dzieci rozumieją więcej, niż komukolwiek może się wydawać, do tej pory wciąż o tym pamiętam...). Jednak, ostatnio coś się zmieniło. Rodzice nie rozmawiają ze sobą, mama nie chce utrzymywać kontaktu z ojcem, twierdząc, że to on już nas olewa. Kiedy przyjeżdżam do domu, widzę, że śpi całymi dniami, nie odzywa się; kiedy próbuję z nią rozmawiać o jej samopoczuciu, zbywa mnie, mówiąc, że po prostu jest zmęczona, po czym mimochodem wspomina, że i tak siedzi całymi dniami w domu sama, więc się już przyzwyczaiła. Próbuje więc drążyć, tym bardziej, że jestem świadoma, iż od jakiegoś czasu bierze tabletki na uspokojenie. Dowiaduję się, że nie ma czasu na "psychologiczne bzdury". Czasami nie wytrzymuję nerwowo, płaczę, mimo że wiem, że to nie jest rozwiązanie. Próbuję ją przekonać, żeby zrobiła coś nowego ze swoim życiem, żeby coś zmieniła, a nie tkwiła w tym marazmie, przecież nie wszytko kręci się wokół tych problemów. Boję się, żeby nie zrobiła czegoś głupiego... Twierdzi, że zapisała się do psychologa, ale nie wiem, czy mogę w to wierzyć. Chciałabym zacząć żyć swoim życiem; bardzo ją kocham, ale czuję, że przez ten strach o nią tracę samodzielność; nie mam pojęcia, co robić. Pisze mi o tym jaki podły jest ojciec, a ja już nie odpowiadam, bo co właściwie mam odpisywać? Nie chcę dźwigać cudzych problemów przez całe życie; nigdy nie miałam chłopaka i czuję, że jest to rezultatem borykania się z tą całą sytuacją...

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Dlaczego krzyczę na mamę?

Mam 41 lat i po raz kolejny nakrzyczałam na mamę, która zarzuciła mi, że ciągle mam o coś pretensje. Bardzo kocham swoją mame i nie chcę jej krzywdzić, a niestety znowu zrobiłam jej przykrość. Zastanawiam się co jest powodem tego,...

Mam 41 lat i po raz kolejny nakrzyczałam na mamę, która zarzuciła mi, że ciągle mam o coś pretensje. Bardzo kocham swoją mame i nie chcę jej krzywdzić, a niestety znowu zrobiłam jej przykrość. Zastanawiam się co jest powodem tego, że chwilami nie panuję nad sobą i wtedy wyrzucam mamie przeszłość. Pamiętam, że jako mała dziewczynka musiałam szybko stać się dorosłą - majac 10 lat odkryłam romans mamy, ale nigdy jej tego nie mówiłam, aż do tej pory. Mama zawsze była bardzo apodyktyczna. Nigdy nie słuchała, co się do niej mówi, tylko wydawała polecenia i nie było dyskusji. Pamiętam rownież, że lubiłam, kiedy mama była popołudniami w pracy, bo wtedy miałam spokój, nikt nie krzyczał na mnie i nie miał do mnie pretensji. Często dostawałam lanie za darmo, czasem przez swoja młodszą siostrę, bo jak mama twierdziła, że to ja jestem starsza i powinnam być mądrzejsza, ale ja też byłam tylko dzieckiem. Nie wiem co tak naprawdę siedzi w mojej psychice, ale wiem jedno - że nie chcę więcej robić mamie przykrości, chciałabym z nią o tym porozmawiać, jednak wiem, że mama nigdy nie przyzna, że popełniła błąd. Jak mam z nią rozmawiać? Proszę o poradę. Dziś sama jestem mamą 20-letniej córki i rozmawiam z nią na każdy temat. Jeśli nawet się poróżnimy, to ja idę do niej i wyjaśniam sytuację, bo uważam, że to ja powinnam zadbać o to, żeby moje dziecko nigdy nie miało do mnie żalu. Moja mama tak nie potrafi - obraża się na mnie i prędzej czy później muszę ją przepraszać za to, że krzyczałam na nią. Wiem, że nie powinnam podnosić głosu na mamę i nie chcę tego robić, ale boję się, że teraz ją przeproszę, a za jakiś czas znowu wybuchnę. Beata

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Małgorzata Wierzbicka
Mgr Małgorzata Wierzbicka

Jak mam postępować z nastolatką?

Moja córka ma 16 lat. Spotyka się z chłopakiem, którego nie akceptuję. Widzę, że on ją kontroluje, jest bardzo zazdrosny, wręcz zaborczy, często słyszę jak ona mu sie tłumaczy. Ustaliliśmy, że spotykają się 3 razy w tygodniu u nas...

Moja córka ma 16 lat. Spotyka się z chłopakiem, którego nie akceptuję. Widzę, że on ją kontroluje, jest bardzo zazdrosny, wręcz zaborczy, często słyszę jak ona mu sie tłumaczy. Ustaliliśmy, że spotykają się 3 razy w tygodniu u nas w domu. Wcześniej córka zawsze jeździła do jego miejscowości, bywało że spotykali się codziennie po kilka godzin. Oni często się kłócą, non stop rozmawiają przez telefon, córka często płacze, wpada w histerię, rzuca telefonem. Nie ma żadnych koleżanek, nigdzie nie wychodzi, istnieje tylko on.

Spotykają się już około 2 lat, wcześniej zawsze miała jakieś koleżanki, urządzała urodziny w domu, chodziła do koleżanek, kolegów, miała przyjaciół. Teraz zamyka się w swoim pokoju. Postanowiłam, że pojedzie na obóz - znowu wpadła w histerię, mówi, że tylko siłą ją tam zawieziemy. Chcę, żeby się oderwała od tej całej sytuacji w domu i od niego. Płacząc ledwo łapie powietrze. Tłumaczy to strasznym lękiem przed nowymi znajomościami, nienawidzi być sama, zanim kogoś pozna.

Miesiąc temu jechaliśmy do Francji, także odmówiła wyjazdu, tylko pod wielką namową całej rodziny pojechała. Często boli ją głowa, podkrada mi tabletki przeciwbólowe, kiedyś znalazłam u niej żyletkę, ma też pociętą rękę. Nie rozmawia ze mną o swoim chłopaku. Boję się o nią. Kilka miesięcy temu poszła do psychologa (z własnej inicjatywy), która stwierdziła u niej depresję. Niestety córka już nie chciała już iść po raz drugi. Jest bardzo dobrym dzieckiem, bardzo dobrze się uczy.

Nasza sytuacja rodzinna jest skomplikowana, rozwiodłam się z jej ojcem 9 lat temu, przez 5 lat mieszkałam z innym mężczyzną, który nas zostawił. Teraz od roku jestem mężatką, córka nie lubi mojego męża. On pokazuje mi sytuacje, w których ona mnie oszukuje i kłamie. Nie wiem do kogo mam się zwrócić, wiem ze strasznie skomplikowałam jej życie i dlatego ona tak lgnie do pierwszego chłopaka, który okazał jej zainteresowanie, i tak mu się poddaje. A przecież jest strasznie mądrą i inteligentną osobą. Proszę o polecenie mi specjalisty, do którego mogłabym się zwrócić.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Patronaty