Twój przewodnik po zdrowiu

  1. Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
  2. Nie ma informacji, których szukasz? Wyślij pytanie do specjalisty.
Rozpocznij
7 6 6 , 6 8 3

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Relacje: Pytania do specjalistów

Nie mogę porozumieć się z ojcem

Mam 15 lat. Bardzo często kłócę się z ojcem, nie mam ani matki, ani rodzeństwa. Tata spotyka się z moją ciocią. Nie mogę się z nim dogadać od bardzo dawna, gdy byłam mała, nie miałam takich problemów, niestety...

Mam 15 lat. Bardzo często kłócę się z ojcem, nie mam ani matki, ani rodzeństwa. Tata spotyka się z moją ciocią. Nie mogę się z nim dogadać od bardzo dawna, gdy byłam mała, nie miałam takich problemów, niestety teraz jest coraz gorzej... Tata dziwi się, dlaczego go okłamuję, robię to tylko dlatego, by móc wyjść i spotkać się z chłopakiem. Nie chcę go okłamywać, ale to jedyne rozwiązanie, bo jestem pewna, że nie pozwoliłby mi, gdybym go spytała... Strasznie mi ciężko, nie mam z kim pogadać... Zawsze muszę stawiać mu czoła sama, bo nikt inny się za mną nie wstawi... Myślimy zupełnie odmiennie i nie potrafimy się zrozumieć... Nie wiem, co mam robić... Jedyne wyjście jakie widzę, to po prostu wyjść i nie pytać go o zdanie...

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Joanna Żur-Teper
Mgr Joanna Żur-Teper

Co mi jest? Co ja mam robić?

Witam, mam 19 lat, piszę maturę w tym roku... Od dłuższego czasu nie radzę sobie z niczym. Nie potrafię ogarnąć najprostszych spraw. Od początku roku szkolnego miałam spięcia z mamą, dotyczące mojego chłopaka. Byłam u psychologa szkolnego z tym, ale...

Witam, mam 19 lat, piszę maturę w tym roku... Od dłuższego czasu nie radzę sobie z niczym. Nie potrafię ogarnąć najprostszych spraw. Od początku roku szkolnego miałam spięcia z mamą, dotyczące mojego chłopaka. Byłam u psychologa szkolnego z tym, ale na wizycie i moim płaczu się skończyło, gdyż moja mama jest zapracowana, utrzymuje całą rodzinę i nie mogła przyjść do pani psycholog. Bardzo często mama z moim bratem naśmiewali się ze mnie, z moich znajomych, chłopaka, ja często tego nie wytrzymuję i plączę. Ostatnio plączę codziennie, od kiedy tata codziennie wydziera się całe dnie na każdego. Ja nie wytrzymuję tego już, moja mama sama zauważyła, że nie mogę już tego wytrzymać, że wszystko jest jak w zegarku, wszyscy chodzą na zawołanie taty ;/ (czasami jak w wojsku). Kiedyś płakałam po głośniejszej awanturze i mi przechodziło, nawet później już się "uodporniłam" na to, a jednak znów mam załamanie. Przestałam spotykać się ze znajomymi, z rodziną, w sumie zamknęłam się w sobie, jak już wychodzę, to za namową przyjaciółki. Nie umiem powiedzieć, gdzie tkwi mój problem, wiecznie jestem przemęczona, plączę albo śpię, żeby nie myśleć, biorę ziołowe tabletki na uspokojenie, jednak nie bardzo działają, ale są niezbędne, żebym mogła się skupić na nauce w tym ciągłym hałasie. Jest mi źle, nie wiem, co mam robić, czasami mam głupie myśli, bo tak naprawdę nikt mnie nie rozumie i nie jestem w stanie nikomu powiedzieć, co tak naprawdę czuję :(

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Jan Karol Cichecki
Lek. Jan Karol Cichecki

Czemu mnie krzywdzą?

Mam na imię Marcin, mam 22 lata, mam pracę. Od kilku miesięcy myślę o śmierci, a w tym miesiącu mi się to nasiliło. W domu jestem źle traktowany, gorzej niż siostra. Matka ciągle mi mówi, że wszyscy się cieszą jak...

Mam na imię Marcin, mam 22 lata, mam pracę. Od kilku miesięcy myślę o śmierci, a w tym miesiącu mi się to nasiliło. W domu jestem źle traktowany, gorzej niż siostra. Matka ciągle mi mówi, że wszyscy się cieszą jak mnie w domu nie ma, wszyscy mnie obgadują. Z nikim się nie zadaję, a mam przesrane na osiedlu, bo ktoś nagadał coś na mój temat. W domu ciągle mają do mnie pretensje o wszystko, a do siostry o nic, mimo że postępuje jeszcze gorzej niż ja. Ja pracuję, ona nie, a ma więcej praw w domu i nic jej nie mówią, a ja pracuję, daję na dom i mam same zakazy; niedługo nawet kąpać się nie będę mógł, bo woda leci. Ciągle słyszę, że jestem chory psychicznie itp. Nie wiem, czemu oni tak mnie traktują :( czemu tak mnie krzywdzą, jestem już po jednej próbie, a teraz widzę, że chcę znowu, bo nie mam po co, dla kogo żyć :( A w głębi serca nie chcę tego robić, tyle że nie widzę innego wyjścia.

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Trudna sytuacja w domu, a chcę, by życie znów nabrało kolorów

Od ok. pół roku czuję się fatalnie. Gdy zerwałam z chłopakiem, ten nie dawał mi spokoju, ciągle mnie męczył, nachodził, robił awantury. Nie wytrzymywałam tego psychicznie, próbowałam się od niego uwolnić, ale bez skutku. W końcu on się zmienił...

Od ok. pół roku czuję się fatalnie. Gdy zerwałam z chłopakiem, ten nie dawał mi spokoju, ciągle mnie męczył, nachodził, robił awantury. Nie wytrzymywałam tego psychicznie, próbowałam się od niego uwolnić, ale bez skutku. W końcu on się zmienił i od jakiegoś miesiąca dałam mu szansę. W domu jest gorzej niż źle. Mama z ojcem są po rozwodzie, ale mieszkamy razem. Ojciec pije, robi awantury, najwięcej mi. Mama przez to jest rozdrażniona i nie traktuje mnie poważnie. Niedługo będę mieć 18 lat, a praktycznie nie mogę nic. Nie mogę pojechać pod namiot ze znajomymi, o 22 muszę być w domu. Dla niej liczy się nauka i praca w domu. Choć sama nie pracuje, każe mi wykonywać dużo obowiązków domowych. Od pewnego czasu czuję się ciągle zdołowana, czuję się beznadziejnie, nie mam na nic ochoty, przez to, że nie ruszam się z domu, przytyłam. Praktycznie codziennie płaczę. Łatwo jest mnie wyprowadzić z równowagi. Często wpadam w szał. Krzyczę na wszystkich i nie mogę się powstrzymać. Lepiej mi jest wtedy, kiedy sobie ulżę i popłaczę. Czasami mam myśli, żeby się zabić, bo jak jestem beznadziejna, to po co mam żyć? Nie wiem, co mam zrobić. Chcę to zmienić, żeby moje życie nabrało kolorów i energii.

Jak sobie z tym poradzić? Rozwód rodziców, kompleksy itd.

Mam 25 lat. Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałam 6 lat. Wszystkie problemy zawsze chowałam do środka, pokazując ludziom, że wszystko jest OK, ale chyba dłużej już się tak nie da. Mam problem z tatą. Przez szkołę podstawową i liceum...

Mam 25 lat. Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałam 6 lat. Wszystkie problemy zawsze chowałam do środka, pokazując ludziom, że wszystko jest OK, ale chyba dłużej już się tak nie da. Mam problem z tatą. Przez szkołę podstawową i liceum widywałam go raz na 2-3 miesiące. Przyjeżdżał, posiedział godzinę i uciekał. Raz na jakiś czas zabierał mnie na wakacje na kilka dni. Ja natomiast pamiętam zawsze to czekanie. Czekanie na telefon, na przyjazd... Czekałam czasem po kilka godzin, bo jednak zawsze coś mu po drodze wypadło. Miałam go za kochanego tatusia, który czasem da kieszonkowe i jest fajny, bo gra na gitarze i śpiewa, taki z niego luzak. Byłam dumna, bo nikt ze znajomych takiego ojca nie miał. Oczywiście, gdy byłam starsza, kłóciłam się z mamą, bo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ona jest na niego zła, wygadywałam głupoty w stylu "on jest od ciebie lepszy". Sytuacja zmieniła się na pierwszym roku studiów (zaocznych), kiedy postanowił, że zatrudni mnie w swojej firmie. Wyrwał mnie z małego miasteczka do Warszawy. Byłam zadowolona, że będę go miała w końcu przy sobie, jednak rzeczywistość mocno mnie zaskoczyła. Ojciec kazał mi do siebie mówić po imieniu, żeby nie wszyscy wiedzieli, że jestem jego córką. Zaczęło się wyśmiewanie moich zainteresowań (np. czytanie Harrego Pottera), wytykanie błędów w sposób szyderczy ("posprzątałabyś tu, nie tak jak u siebie w domu mama to robi za ciebie"). W pracy było jeszcze gorzej. Chciałam mu zaimponować, pokazać, że coś potrafię, ale natychmiast zostałam sprowadzona do parteru. On jest szefem, mogę wyrazić swoje zdanie, ale i tak on ma zawsze rację - tak mi kiedyś powiedział. Wszystko to sprawiło, że wykonywałam swoje obowiązki z przymusu, robiąc rzeczy, które były średnio komukolwiek przydatne, bo wszystkie moje próby zaproponowania czegoś były gaszone i kończyło się to awanturą i płaczem. Dodam, że od małego miałam skłonność do tycia. Gdy byłam malutka, byłam ślicznym bobaskiem, ojciec jeździł ze mną po kolegach i chwalił się jak lalką. Później jednak lekarze nafaszerowali mnie lekami, czego skutkiem było mocne przybranie na wadze. W tym okresie również ojciec zaczął zdradzać mamę (ona nie mogła schudnąć po ciąży). Wszystko to doprowadziło do rozwodu, ale dla mnie to oznaczało, że ja utyłam i że to przeze mnie tata już mnie nie chce. Dlatego właśnie z każdego jego przyjazdu próbowałam wyrwać jak najwięcej. Pamiętam naukę śpiewu, kiedy starałam się jak najbardziej, a on mi powiedział, że nie umiem śpiewać, bo nie używam przepony. Zabolało, ale byłam dzieckiem i nie pojmowałam tego. Tak samo sprawa miała się w pracy. Robiłam coś, chcąc mu zaimponować, a on albo nie miał czasu, albo mówił, że to na nic. Po 1,5 roku postanowiłam wrócić do domu, zasłaniając się wymówką, że chcę zająć się nauką oraz sobą i schudnąć, bo w warszawskim tempie nie mam czasu, żeby o siebie zadbać. Po rocznej przerwie znów zaproponował mi pracę i tak wylądowałam w domu przy komputerze, pracując dla niego. Już na początku potraktował mnie jak zło konieczne, mimo że sam mi tę pracę zaoferował. Miałam znaleźć sobie zajęcie, a ja nie potrafiłam mu powiedzieć nie... Dlatego dawałam się poniżać, wciąż mając w głowie, że to mój ojciec. Praktycznie stałam się dla niego pracownikiem. Każda rozmowa telefoniczna dotyczyła pracy, na prywatne rozmowy poświęcał kilka minut. Nawet w święta rozmawiał ze mną o firmie, jednocześnie podkreślając między wierszami, że tak bardzo pragnie dobrych stosunków rodzinnych. Dziś po raz pierwszy od jakiegoś czasu zadzwonił do mnie, ochrzaniając za sprawy firmowe. Oczywiście jak za każdym razem, gdy z nim rozmawiam, popłakałam się. Miałam aż spazmy, co zdarza mi się tylko w kontaktach z nim. Powiedział, że nie dzwoni do mnie i nie porusza ciężkich tematów dlatego, że tak się zawsze nasze rozmowy kończą. Awanturą i płaczem. Nie potrafię z nim normalnie rozmawiać. Ma mnie za lenia, grubaskę, choć nie mówi tego wprost. A ja tak wiele chciałabym zmienić, ale nie mogę, dopóki nie ułożę sobie tego, co mnie z nim łączy. Nie ma dla mnie czasu, jestem nie dość dobra. Dodam, że po pracy dla niego zajmuję się innym projektem, związanym z moimi studiami i jestem tam spełniona, czuję się świetnie, kiedy ktoś mnie docenia, jednak na razie tamten projekt nie może stać się moją pełnowymiarową pracą. Jestem więc uwiązana, a nie poszukam nowej pracy, dopóki nie schudnę (stąd idzie moje niskie poczucie wartości) i gdy nie ułożę sobie wszystkiego. Co mam zrobić? Nie wiem, czy mam siłę dalej uśmiechać się, gdy w gardle mnie ściska, i chcę wykrzyczeć, że tak bardzo go kocham i tak bym chciała mieć normalnego tatę, a nie szefa. On natomiast mówi, że mam nie mieszać pracy i spraw prywatnych. Tylko jak to zrobić? Mam kochanego męża, resztę rodziny - jest mi z nimi dobrze, ale nie potrafię cieszyć się życiem, kiedy mam takie niepoukładane sprawy. Nie mam motywacji do schudnięcia, boję się relacji z ludźmi, zawsze chcę wszystkich zadowolić. Proszę o pomoc...

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Nie mam właściwie żadnych relacji z rówieśnikami - czy to jest normalne?

Mam prawie 22 lata i właściwie nie jestem w stanie mieć normalnych relacji z rówieśnikami. Właściwie nie mam z nimi żadnych relacji. Nie chodzę na imprezy, nie mam przyjaciół. Nie umiem gadać z ludzmi w moim wieku. Mnie bawią głupoty,... Mam prawie 22 lata i właściwie nie jestem w stanie mieć normalnych relacji z rówieśnikami. Właściwie nie mam z nimi żadnych relacji. Nie chodzę na imprezy, nie mam przyjaciół. Nie umiem gadać z ludzmi w moim wieku. Mnie bawią głupoty, których inni studenci nie rozumieją, pod tym względem dobrze się dogaduje z 10-13 latkami. Brzmi to śmiesznie, ale taka jest prawda. Mam trzy znajome w moim wieku, ale z każdą z nich łączy mnie konkretny wspólny temat i zawsze mówimy tylko o tym, chciałabym niby mieć więcej przyjaciół, ale nie potrafię się tak zachowywać, żeby móc ich pozyskać. Albo jestem sztywna, niedostępna, milcząca i ponura. Albo wariuję jak dziecko, śmieję się z niczego i gadam o jakiś głupotach, aż inni tylko dziwnie się patrzą. Nie prowadzę wtedy normalnej konwersacji, nie umiem zresztą, tylko cały czas gadam na jakiś temat, na którego punkcie mam akurat obsesję. Czy powinnam się leczyć, czy po prostu mam taką osobowość?
odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Relacje z przyjacielem. Co mam dalej robić?

Witam! Dwa lata temu zdiagnozowano u mnie silną depresję. Wiem, że ta choroba jest niewyleczalna, dzisiaj mi trochę przeszło. Nabawiłam się tej choroby przez chłopaka, który mnie zostawił. Rok po tym, poznałam chłopaka. Początkowo myślałam, że zauroczyłam się nim,...

Witam! Dwa lata temu zdiagnozowano u mnie silną depresję. Wiem, że ta choroba jest niewyleczalna, dzisiaj mi trochę przeszło. Nabawiłam się tej choroby przez chłopaka, który mnie zostawił. Rok po tym, poznałam chłopaka. Początkowo myślałam, że zauroczyłam się nim, więc nie zdawałam sobie z tego sprawy. Później miałam wesele. Poprosiłam go. Był z kimś, więc mi odmówił. Kilka miesięcy później on miał wesele. Zadzwonił, zgodziłam się i poszłam w ekspresowym tempie na wesele, bo zaledwie miałam kilka dni. Było super, na weselu przekonałam się tylko, że to ten. Teraz ja miałam imprezę kameralną w pracy, zaprosiłam go, poszedł ze mną. Wszyscy super się bawiliśmy, on nawet do swoich znajomych i rodziny powiedział, że było zarąbiście. Później spotkaliśmy się w barze, tzn. on mnie zaprosił. Powiedziałam, że ode mnie z pracy jest wyjazd do kina. Prosił, żebym nas zapisała i zapłaciła za bilety, on mi odda. Zrobiłam to. Kiedy przyszedł czas wyjazdu, on napisał mi esemesa, że nie jedzie. Pojechałam sama, było mi bardzo przykro. Teraz jestem z nim umówiona na naprawę samochodu, nie wiem co robić. Nadal bardzo go kocham, ale wiem, że nie mogę pozwolić sobie na takie traktowanie. Jak mu pokazać, że tak się nie postępuje, że wymagam przeprosin. W ogóle co mam dalej robić?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Joanna Kwiatkowska
Mgr Joanna Kwiatkowska

Jestem niedobra dla mamy - dlaczego?

Dobry wieczór, nie wiem od czego zacząć. Mam 27 lat. Od małego byłam oczkiem w głowie mojej Mamy, a teraz jestem dla niej bardzo niedobra. Moi rodzice są po rozwodzie już 15 lat, nie mam kontaktu z Tatą, bo Tata... Dobry wieczór, nie wiem od czego zacząć. Mam 27 lat. Od małego byłam oczkiem w głowie mojej Mamy, a teraz jestem dla niej bardzo niedobra. Moi rodzice są po rozwodzie już 15 lat, nie mam kontaktu z Tatą, bo Tata nie żyje, ale tu nie o to chodzi. Mama zawsze była po mojej stronie, a ja ją ranię, jestem dla niej niedobra i nie wiem, dlaczego krzyczę na nią, wyzywam ją, choć czasami nie jest nic winna. Czy to mi zostało z dzieciństwa, jak moi rodzice się kłócili? Czy ja powinnam leczyć to, że jestem niedobra i jeśli tak, to jak? Pomóżcie mi, bo ja już jestem strzępek nerwów. A chcę tak naprawdę usiąść z Mamą i porozmawiać jak z Przyjaciółką, nie chcę być dla niej niedobra. Co mam zrobić? Jak sobie poradzić z całą sytuacją? Naprawdę mnie to męczy, a nie wiem co mogę zrobić... Czekam na jak najszybszą odpowiedź. Pozdrawiam
odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Maminsynek i co dalej?

Witam, od 4 lat jestem mężatką maminsynka... mam już dość. Ale może od początku. Mąż pochodzi z rodziny, w której ojciec lubi sobie wypić i nic go nie obchodzi, nic nie umie w domu robić i nie robi. A matka... Witam, od 4 lat jestem mężatką maminsynka... mam już dość. Ale może od początku. Mąż pochodzi z rodziny, w której ojciec lubi sobie wypić i nic go nie obchodzi, nic nie umie w domu robić i nie robi. A matka wychowuje swoje dzieci (synowie – mój mąż (l. 26), bracia (l. 23, l. 23) i córka (l. 13)) w przekonaniu, że "przecież nic się nie stało", "on/ona na pewno nie chcieli". Każdy ma ją gdzieś i się z nią nie liczy. Zanim wyszłam za męża mamisynka rozmawiałam z nim o jego rodzinie i panującej tam atmosferze, zapewniał mnie, że mam się nie bać, bo on nie jest mamisynkiem. I przekonałam się... w ciągu czterech lat małżeństwa usłyszałam tyle wyzwisk, że nie byłabym w stanie tego zliczyć. Nie będę podawała przykładów, bo nie wiem, czy takich wulgaryzmów można tutaj używać. Do tego przez rok teściowa latała do nas codziennie i nie ważne, czy to była 8 rano, czy 10 wieczorem. W końcu wywalczyłam, że tak już nie chodzi, ale co z tego, jak wiecznie są telefony i jego odwiedziny tam. Zrobił się z niego jeszcze większy mamisynek niż wcześniej. Nie raz mnie okłamał, zostawił i pojechał z nimi na urodziny babci 300 km, byle ich czasem nie urazić. Ja z tego wszystkiego dorobiłam się nerwicy i powoli odstawiam tabletki na depresję. Jak zachorowałam, to co usłyszałam od męża mamisynka? Że byłam już chora przed małżeństwem!!! Mam już dosyć, kiedyś byłaś uśmiechniętą, lubiącą się bawić osobą, teraz siedzę w domu, bo boję się, że jak pójdę do pracy, to już całymi dniami będą u siebie siedzieć. Mieszkamy z mamisynkiem na jednym osiedlu, teściowa w domu ma jeszcze całą trójkę. A oni nawet dywaników nie potrafią sami pomierzyć. Nie mówiąc już o tym, że jak się pokłócimy, a maż mamisynek do nich pójdzie, to zawsze pocieszą go alkoholem!!! Nie raz już rozmawiałam z teściową i prosiłam, ale nic to nie dało, ona ma swój świat. Dziś znowu były telefon, to w minutę mamisynek się zebrał i do nich poleciał, a od nich do pracy. Mogłabym tu jeszcze dużo więcej pisać, bo mamisynek i jego rodzinka, to jest temat rzeka. Nie mówiąc już o ponad 10 telefonach do męża, jak gdzieś jesteśmy, a oni coś chcą i widza, że nas nie ma w domu. Mąż oczywiście nie widzi w tym problemu i woli się ze mną rozwieść, niż czasem urazić swoich rodziców, a ja jestem nic nie wartą osoba, która mu w domu służy... Sama nie wiem, po co siedzę w tym toksycznym związku, i chociaż bardzo chcę odejść, to nie potrafię :( Czuję, że gdzieś tam w środku mam nadzieję, że ten mamisynek się zmieni, ale jak na tacy mam podane, że tak się nie stanie. Zresztą mąż sam mi o tym powiedział. On nie jest niczemu winny, a każde słowo zaczyna się od "bo Ty...". Proszę o pomoc albo wytłumaczenie tak toksycznego związku...
odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Co zrobić, by przyjaciółka wróciła?

Jestem dziewczyną i mam 15 lat. Zacznę moją historię od początku. W 5 klasie podstawówki, za namową mojej koleżanki Darii, którą znam odkąd się urodziłam, przepisałam się do innej szkoły, do której Daria właśnie chodziła. Ona mieszka obok mnie. W...

Jestem dziewczyną i mam 15 lat. Zacznę moją historię od początku. W 5 klasie podstawówki, za namową mojej koleżanki Darii, którą znam odkąd się urodziłam, przepisałam się do innej szkoły, do której Daria właśnie chodziła. Ona mieszka obok mnie. W szkole poznałam jej przyjaciółkę, jeśli można ją tak nazwać, bo to była 5 klasa podstawówki. Miała na imię Sylwia. Zakumplowałyśmy się i zostałyśmy 3 przyjaciółkami. Potem poszłyśmy z Sylwią do innego niż Daria gimnazjum i zdobyłyśmy się na poważną rozmowę i, jak się okazało, Daria do mnie obgadywała Sylwię, a do Sylwii mnie, o czym nie wiedziałam. Nie mówiłyśmy jej o tym, że znamy prawdę. Potem Daria się zmieniła, zaczęła się ubierać w obcisłe ciuchy i miniówy, malować ostry makijaż, kolczykować się, przeklinać, palić, pić i zadawać ze starymi facetami. Urwałyśmy więc z nią kontakt i było super. Byłyśmy tylko my dwie. Nauczyciele mówili, że jesteśmy papużki nierozłączki. Wszystko robiłyśmy razem i o wszystkim mówiłyśmy: ona jest niepowtarzalna, nie ma takiej drugiej. Jakieś 3 miesiące temu ona zaczęła od nowa przyjaźń z Darią. Na lekcji piszą ze sobą SMS-y, co mnie dołuje, po lekcjach są razem - razem jeżdżą do starych facetów i piją. Dla mnie już Sylwia nie ma czasu, nie jest taka miła dla mnie jak kiedyś, chamsko odpisuje i ma gdzieś, czy się za to obrażę, liczy się tylko Daria. Choć czasem spotykamy się tylko we dwie i jest super, dopóki nie zacznie gadać o Darii, jaki to ona ma problem i ona jej pomaga, i jak się cieszy z jej szczęścia, bo poznała nowego chłopaka (26-letniego, a my mamy po 15 lat). Kiedyś mi ją odbierała i teraz znów zaczyna, nie wytrzymuję, płaczę każdego dnia. Szczera rozmowa nic nie daje, ona powiedziała, że nie odpuści Darii. Jestem załamana, a dźwięk SMA-a przyprawia mnie o dreszcze (dosłownie), bo mam wrażenie, że to od niej i że zaraz napisze: "Nienawidzę cię" lub "Jutro nie będzie mnie w szkole, idę na wagary z Darią". Nienawidzę siebie. Mam ochotę przedawkować leki i zapomnieć. Rano budzę się ze łzami po kolejnym koszmarze, że ona jest z Darią, a mnie nienawidzi. Już nie mam sił. Mój tata mieszka za granicą, odwiedzam go jak się da często. Byłam u niego na święta i zamiast się cieszyć, to ja płakałam jak nie widział, no bo po tak długiej przerwie nie wiadomo, co zastanę w domu. Może sie zmówią przeciw mnie, jak nie będzie mnie na co dzień przez te dwa tygodnie? Boję się jej zaufać lub sprzeciwić, obawiam się odmowy, sprzeciwu i rozczarowania. Naprawdę nie daję sobie już rady. Chcę, by było jak dawniej. Tylko my dwie. Na wakacje nie będzie mnie całe dwa miesiące, będę za granicą, a one planują wspólny wypad pod namioty bez zgody rodziców, a Sylwia nawet nie napisze SMS-a, jak tam u mnie? To mnie przerasta, jestem załamana, a na co dzień widzę je razem, jak spacerują, a kiedyś było tak pięknie. Dla mnie tylko ona się liczy, nie ma takiej drugiej. Chcę o nią walczyć, lecz nie mam sił. Nie mam sił na nic, poddaję się. Chcę zapomnieć i odpłynąć. Jak mam ją odzyskać?

Co mam robić, gdy mój chłopak wyprowadził się ode mnie?

Jestesm Monika, mam 18 lat i od 14 roku życia byłam z jednym chłopakiem. Od 2 lat mieszkaliśmy razem do dziś. Wczoraj się pokłóciliśmy o brak czasu dla mnie i braku zainteresowania z jego strony. Każdy dzień wolał spędzać z...

Jestesm Monika, mam 18 lat i od 14 roku życia byłam z jednym chłopakiem. Od 2 lat mieszkaliśmy razem do dziś. Wczoraj się pokłóciliśmy o brak czasu dla mnie i braku zainteresowania z jego strony. Każdy dzień wolał spędzać z moją rodzina i im usługiwać, niż być ze mną. W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam mu o tym, ale dalej było tak samo - do wczoraj. Gdy wstałam rano, byłam rozpalona i miałam wysoką gorączkę, a on zamiast zająć się mną, zaczął sprzątać i gotować - a mogła to zrobić moja mama. Jak mu o tym powiedziałam, zdenerwował się, ubrał i pojechał do swojego domu. Przez resztę dnia się nie odzywał, tylko wieczorem napisał, że nie wraca. Dzisiaj przyjechał i zabrał rzeczy, nie chciał ze mną porozmawiać. Bardzo go kocham i nie wiem, co mam robić, bo nie odbiera telefonu i nie odpisuje. Pomóżcie, proszę!!!

Czy relacje z rodzicami powodują u mnie objawy nerwicy?

Witam serdecznie. Mam poważny problem... nie wiem czy ze sobą, czy "tylko" z rodziną, w której się wychowałam, ale muszę coś z tym zrobić. Zacznę od tego, że mam 37 lat, od 12 lat nie mieszkam z rodzicami. Odwiedzam ich...

Witam serdecznie. Mam poważny problem... nie wiem czy ze sobą, czy "tylko" z rodziną, w której się wychowałam, ale muszę coś z tym zrobić. Zacznę od tego, że mam 37 lat, od 12 lat nie mieszkam z rodzicami. Odwiedzam ich sporadycznie, bo każda wizyta jest dla mnie piekłem na ziemi i koszmarem. Po drugie - mieszkam na drugim końcu Polski, ale nie kryję tutaj, że jest to z mojej strony zręczna wymówka i że w innej sytuacji przyjeżdżałabym częściej.

Chodzi o to, że mój ojciec jest alkoholikiem i (przepraszam za mocne słowo, ale trzeba to choć raz nazwać po imieniu) degeneratem. Po pijanemu przeklina, grozi pobiciem lub śmiercią, demoluje mieszkanie itd. Na kacu jest również agresywny, denerwuje się wtedy z byle powodu, oblewają go obfite poty, trzęsie nim jakaś febra, dopóki znów się nie upije. I tak w kółko, byle nie trzeźwieć. Gorszego stadium pijaństwa chyba nie ma. Moje dzieciństwo wyglądało jak prawdziwa wojna: ojciec bił głównie matkę i starszego brata, ale mnie i młodszej siostrze też się nieraz oberwało. W chwilach szału kilkakrotnie okaleczał siebie nożem. Lista wszelkich upokorzeń jakim się przyglądałam lub jakich zaznałam w rodzinnym domu jest długa. Raz (a miałam wtedy jakieś 18 lat, siostra koło 16) na oczach moich i siostry zaczął dusić poduszką matkę. Nie wiem, czemu się nie broniła, w końcu ojciec pijak, ale nie Herkules. Nie pamiętam dokładnie, która z nas ją wtedy wyratowała. Po tym incydencie namawiałyśmy ją na rozwód, byłyśmy zdecydowane zeznawać w sądzie przeciw własnemu ojcu, byle tylko ten koszmar się skończył.

Wszystko na nic. Moja matka nie widziała wówczas i do dziś nie widzi żadnego problemu. Oto jej powiedzonka: wszyscy mężczyźni tacy są, jako głęboko wierząca katoliczka nie uznaję rozwodu, jesteśmy rodziną i powinniśmy się kochać/wspierać, jestem z nim dla dobra rodziny, on beze mnie stoczyłby się na dno, dzięki swojemu poświęceniu trafię do Nieba, on właściwie to już nie pije tyle co dawniej, on się zmienił odkąd zaczął ze mną chodzić do kościoła itd., itp., etc. Tyle, że ja żadnych pozytywnych zmian nie widzę, a przypuszczam wręcz, że jest coraz gorzej.

W każdym razie wygląda na to, że mama zmieniać tego nie zamierza. Mam nawet powody do gorszych obaw. Jej ta sytuacja musi, o dziwo, w jakiś sposób dogadzać: widziałam kilka razy jak wciskała ojcu w rękę pieniądze, gdy wychodził z domu. Wracał potem kompletnie pijany. Zbulwersowana zapytałam jak tak można, na co z rozbrajającym uśmiechem odparła, że robi to, żeby dał jej spokój i żeby nie było awantur! Ale ja jestem święcie przekonana, że te awantury tak czy owak zdarzają się regularnie. Skąd się bierze to moje przekonanie? Zwyczajnie, za każdym razem gdy odwiedzam rodziców, ojciec jest pijany jak bela, do tego agresywny. Wielokrotnie mnie zaczepiał i zaciskałam wtedy zęby (oraz pięści), gotowa do tego, żeby się w razie potrzeby obronić.

Nie będę opisywać całego mojego życiorysu, ale nie byłaby to dla mnie nowość. Przy okazji ostatniego Bożego Narodzenia ojciec chciał się koniecznie z kimś bić, głównie adresował to do mojej siostry, która zresztą od wielu lat stopy w tym domu nie postawiła (przyjechała z dobrymi intencjami, jak przypuszczam). Potem nas wyzywał od różnych i obiecywał, że w nocy zabije matkę, a potem nas... "Kochana" mamusia, ledwo się awantura zaczęła, zdezerterowała grzecznie do kościoła, polecając nas zapewne Bożej opiece... Dodam jeszcze, że wszystko się działo przy kilkuletnim dziecku siostry i gdyby nie paskudna pogoda - pewnie też byśmy "wybyli" z domu. Oczywiście przezorna mama wysłuchała jedynie kilku pierwszych słów tej tyrady i poczuła gwałtowną potrzebę modlitwy - z jej punktu widzenia nic złego się zatem nie wydarzyło. Tylko, że mnie okłamywanie siebie aż tak gładko nie idzie, chociaż się bardzo staram i przymuszam do podobnej "ślepoty".

A mianowicie w nocy po tym zajściu praktycznie spać nie mogłam i złapała mnie dziwna przypadłość: serce bardzo mocno i nieregularnie mi "pikało", w gardle czułam coś w rodzaju kuli albo kluchy. Ogólnie wydawało mi się, że się zaraz uduszę i umrę, jeśli zasnę. Musiałam pomimo mrozu i wiatru otworzyć okno, żeby chociaż trochę to opanować. Rano były następne rewelacje - niby spokojnie zaczęłam jeść śniadanie, ale wystarczyło, że ojciec wstał z łóżka, a omal nie zemdlałam. Nagle poczułam silny ból w klatce piersiowej, zgniatający mi mostek. Znowu brakowało mi powietrza i pociemniało mi przed oczami, nogi się pode mną ugięły. Nie wiem, co mi się wtedy stało, ale zupełnie straciłam nad sobą panowanie. W takim dziwnym stanie, jakby półsnu, jakby zapadania się w jakąś otchłań rozbeczałam się jak dziecko i zapowiedziałam, że więcej do tego domu nie przyjadę, skoro notorycznie takie święta się tu urządza. Ojciec "nie słyszał", matka wyciągnęła termometr, podejrzewając u mnie grypę! Dobre sobie! A ponieważ termometr jakoś nie chciał wskazać gorączki, wręcz przeciwnie - coś tam poniżej 36 kresek pokazał - zaczęła wyciągać wszelkie nasercowe medykamenty, którymi się truje bez konsultacji z lekarzem. Odmówiłam, nie biorę nieznanych leków. Bóle serca i brzucha pojawiały się (z przerwami różnej długości) jeszcze przez kilka godzin. Bezsenność, klucha w gardle i uczucie, że umrę w nocy (a może obawa, że "tatuś" mnie zadźga jakimś nożem???) towarzyszyły mi do końca pobytu w tym jakże uroczym miejscu...

Klucha przeszła mi po kilku dniach (tydzień, może trochę dłużej) spania na własnych śmieciach. Ale oczywiście męczyły mnie nieco dłużej koszmarne sny z moim ojcem w roli głównej. Ostatni z tych snów jeszcze jako tako pamiętam - chciałam uciec z walizką w jednej ręce, a biletem w drugiej, kiedy zatarasował sobą drzwi wejściowe, grożąc mi zakrwawionym nożem. Makabra i tyle. Kilka dni temu z kolei "nawiedziła" mnie szacowna rodzicielka. Ale to było sto razy gorsze. Śniło mi się, że skarżyłam się przed nią na wszystkie krzywdy jakich doznałam, a ona się tylko śmiała nieludzko i diabolicznie. Ja płakałam jak dziecko - ona się śmiała. Mówiłam o wszystkich swoich lękach i obawach, bólu i poniżeniu - ona się śmiała. I wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę moja matka jest demonem. Zaczęłam ją bić po twarzy - śmiała się dalej tym nieludzkim śmiechem. Katowałam ją, masakrowałam jej twarz, żeby zobaczyć prawdziwe oblicze zła - śmiała się dalej. Krew płynęła strumieniami z tej paskudnej, zmasakrowanej mordy - śmiała się bez przerwy. Obudziłam się wystraszona, roztrzęsiona... ale przede wszystkim czułam ogromną bezradność. I w tamtej chwili, próbując się uspokoić obiecałam sobie, że na pewno na Wielkanoc tam nie pojadę. Słowo daję - nie pojadę i nic mnie do tego nie zmusi. Koszmar minął, ja zasnęłam, żadna klucha i bóle się od tej pory nie pojawiły, ale uświadomiłam sobie, że ja w gruncie rzeczy mam z tym wszystkim wcale niemały problem! Ponieważ objawy (chyba???) nerwicy, pod postacią bólu serca, bólu brzucha, drżenia rąk itd. miewałam od czasów szkolnych, przypuszczam więc, że nie ma sensu więcej udawać, że nic złego się nie dzieje i próbować tak "przegwałcić" własną psychikę, żeby sprostać narzuconej mi roli "kochającej" córki. Narzuconej... Bo prawda jest taka, że od dawna nie kocham własnych rodziców.

Nawet nie mam wyrzutów sumienia, bo czuję się usprawiedliwiona w zaistniałej sytuacji. Poza tym, niech mi ktoś wytłumaczy, czy do miłości można przymusić choćby własną córkę, jeśli nigdy się jej tejże miłości, ciepła, wsparcia, bezpieczeństwa, poczucia wspólnoty i innych tego typu rzeczy nie dało? Przez całe moje dzieciństwo, a w życiu dorosłym również, rodzice stawali mi się z dnia na dzień coraz bardziej obcy, coraz bardziej przerażający. Nigdy nie pozwolili abym ich poznała, nigdy nie poznali mnie, nigdy nie zadali sobie trudu zbudowania jakiegoś pomostu między nami, a wszystko co ja próbowałam budować runęło w ciemność, w której czaiło się tylko niedowierzanie i strach. Może to jest tragikomiczne, ale do dziś boję się ich tym rodzajem strachu, który czuje człowiek wobec niepojętego dla siebie wszechmocnego, surowego bóstwa.

Ten strach zmuszał mnie do okazywania zewnętrznych pozorów przywiązania czy szacunku. Ale tego wszystkiego nie ma w moim sercu, a to co robię to jedna wielka farsą. I co gorsza, to jest farsa w farsie, bo moja matka odgrywa swoją rolę pradawnej Tiamat, odnoszę tylko wrażenie, że Tiamat żąda zbyt wielu niepotrzebnych ofiar z ludzi. A mniej poetycko - moim zdaniem alkoholizm mojego ojca tylko po części wynika z jego winy. Moja matka w jakiś sposób to akceptuje, a wręcz wymyśla tysiące powodów dla których ojciec leczyć się nie może lub nie powinien (miałam z nią takie rozmowy), zrzucając winę na wydarzenia z czasów prehistorycznym, w tym na II wojnę światową w czasie której rodzice się urodzili; nędzę czasów powojennych, o której nie mam pojęcia, zatem nic nie rozumiem; na ustrój komunistyczny lub śp. babcię (mamę ojca), która od bodajże 17 lat nie żyje. Oczywiście wyciągane są takie sentymentalne argumenty jak dobro dzieci (od lat jesteśmy dorośli, o jakich dzieciach tu mowa?), trwałość rodziny (a czy ta rodzina w ogóle kiedykolwiek istniała?) i kreślony jest taki obraz jakby leczenie alkoholika było życiową tragedią, która zburzy jej świat, zakłóci jej porządek, wywróci wszystko do góry nogami.

Gdybym tylko mogła - osobiście rozwaliłabym jej ten świat, który zbudowała sobie w głowie. Prawdę mówiąc, urodziłam się w tym świecie, dorastałam w nim, a do dzisiaj się nie przyzwyczaiłam i nie wiem, co to w ogóle jest za cudo. Myślałam nawet o zakłóceniu tego świata przez zgłoszeniu na policję świątecznych wybryków ojca. Ale nie wiem, czy to da jakiś skutek. Moja matka gotowa się wszystkiego wyprzeć, albo mieć do mnie żal, że się wtrącam w jej sprawy. No i nie wiem jaka jest gwarancja, że sąd przymusiłby ojca do leczenia. Gdy myślę o tym wszystkim, ogarnia mnie zarówno wściekłość i gniew, jak i bezradność i ból. Mogę tak tłuc po mordzie demona z mojego koszmaru w nieskończoność, a on będzie się ze mnie nadal śmiał.

Na razie szukam w sobie siły, żeby odmówić dalszych wizyt w domu rodziców. Choćby kosztem postawienia warunku "Dopóki nie pójdziesz na odwyk - na oczy mnie nie zobaczysz". Bardzo to nie po mojemu i czuję spory niesmak, do tego trzęsę portkami ze strachu, ale... Od wizyty Wielkanocnej wymówię się bez trudu (pewnie jakimś tanim kłamstwem, bo nie wiem, czy mi to ultimatum przejdzie przez gardło), ale z Bożym Narodzeniem będzie problem - toż to bardzo rodzinne święto, a ja jako osoba rozwiedziona, bezdzietna... a przez to samotna, zapewne bardzo tęsknię za rodzinnym gniazdkiem i znajdę tam rozkosz i ukojenie, tudzież głęboką rodzicielską miłość... Tfu! Tylko, że mnie się te rozkosze przejadły i nie mam ochoty więcej jechać. A zakomunikowanie tego w tak prostej i przystępnej formie sprawia mi spore kłopoty, choćby dlatego, że wymyka się ogólnie przyjętej konwencji w relacji dziecko - rodzic. Ba, ale to co wyprawiają moi rodzice też łamie wszelkie konwencje :-(

Tak sobie myślę: rozpisałam się nieludzko, a cały ten elaborat oddaje jedynie blady cień istotnej prawdy i jest tylko drobnym okruszkiem wszystkiego, co mam w tej sprawie do powiedzenia. Nie mam z kim pogadać o tym wszystkim. Dla osób z mojego otoczenia mogłoby być niezłym zaskoczeniem, gdybym wyznała, że mam ojca alkoholika. A i dla mnie taka "spowiedź" od strony emocjonalnej byłaby bardzo trudna. Takie pochodzenie nie pasuje w ogóle do mnie, do mojego wizerunku i obecnego stylu życia. Niezręczna sprawa wyznać to komukolwiek, choć prawda ciąży mi jak kamień u szyi. Jednakże byłabym wdzięczna za jakąś opinię lub praktyczną radę, bo w moim odczuciu stoję wobec niezłej stajni Augiasza. Byłabym również wdzięczna, gdyby ktoś mnie oświecił i wyjaśnił mi, co się w ogóle wokół mnie i ze mną dzieje.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Jak spokojnie żyć z toksycznymi rodzicami?

Jestem dorosłym dzieckiem toksycznych rodziców. Mam 27 lat. W domu niczego nie brakowało, wychowałam się w trudnych czasach poprzedniego systemu. Moi rodzice mieli ciężkie życie. Skończyłam studia, pracuję. Nie pamiętam: okazywania sobie uczuć, przytulania, mówienia sobie "kocham", wsparcia psychicznego. Pamiętam:...

Jestem dorosłym dzieckiem toksycznych rodziców. Mam 27 lat. W domu niczego nie brakowało, wychowałam się w trudnych czasach poprzedniego systemu. Moi rodzice mieli ciężkie życie. Skończyłam studia, pracuję. Nie pamiętam: okazywania sobie uczuć, przytulania, mówienia sobie "kocham", wsparcia psychicznego. Pamiętam: krytykę, uwagi, porównywanie do innych, kłótnie. Pewnego dnia zdałam sobie sprawę z tego, że co bym nie zrobiła, to i tak coś zawsze będzie nie tak. Np. że źle wyglądam, źle się ubrałam, mam złe włosy, złego chłopaka, źle się odżywiam. Nie ma możliwości dialogu, moje zdanie się nie liczy. Nie mieszkamy razem, z ich pomocą kupiłam mieszkanie... i ciągle słyszę, że jestem niewdzięczna (bo przytyłam kilka kg). Czuję się zgaszona, nerwowa, smutna. Płaczę prawie codziennie, zastanawiam się, czy nie lepiej by było nie żyć. Uciekam od ludzi. Nie jestem pewna siebie, mam poczucie winy. Bardzo źle się czuję. Prawie codziennie mam koszmary. Nic mi się nie chce, nie mam na nic siły, ochoty. Mam poczucie beznadziejności i że nic dobrego mnie już nie spotka.... Kocham moich rodziców. Jestem zaradna, potrafię na nikogo nie liczyć. Nie umiem prosić o pomoc. Badanie mam OK (morfologia, hormony, cukier). Co mam robić?

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Jak poradzić sobie ze stresem w pracy?

Pracuję w sekretariacie i szef często krzyczy na innych, nie na mnie, ale ja nie mogę tego wytrzymać, muszę aż brać tabletki uspokajające, bo tak mi serce kołacze. Nie umiem sobie z tym poradzić. Proszę o radę.

Co zrobić? Dlaczego on się do mnie teraz nie odzywa?

Może zacznę od tego, że mam 18 lat i mam na imię Ewelina. Mam pewnego bardzo dobrego kolegę, najlepszego, i czasem nie chcę mówić, że to tylko kolega, bo kolega to dla mnie ktoś taki fajny, ale nie bardzo ważny,...

Może zacznę od tego, że mam 18 lat i mam na imię Ewelina. Mam pewnego bardzo dobrego kolegę, najlepszego, i czasem nie chcę mówić, że to tylko kolega, bo kolega to dla mnie ktoś taki fajny, ale nie bardzo ważny, a on jest dla mnie ważny. A więc chodzi o to, że szliśmy kiedyś w paczce, a ja się do niego nie odzywałam (nie odzywałam się, ponieważ był on wobec mnie nie w porządku, dla innych moich koleżanek, które pierwszy raz na oczy widział był milutki i nawet dla tych, których rzekomo nie lubił, również był bardzo miły, na wszystko pozwalał, a ja gdy coś robię, to zawsze źle, gdy czegoś nie zrobię, są pretensje, no ale tak bardzo mnie to nie wkurzało, gdy nie zobaczyłam, że inni mogą tak robić), no i zaczął się tak wypytywać. Ja nie chciałam mówić, bo po pierwsze nie chciałam jeszcze tak wcześnie o tym mu mówić, a po drugie chciałam dokładnie przemyśleć, czy w ogóle ma to sens, żebym mu to mówiła, bo zazwyczaj nic nie bierze się samo z siebie i tego strasznie nie rozumiem... W końcu mu powiedziałam dokładnie, o co mi chodzi. Zaśmiał się, jakbym sobie żartowała i stwierdził, że jestem zazdrosna, a mi w ogóle nie było do śmiechu. Byłam przygotowana na to, że powie, że jestem zazdrosna i może tak to odebrał, ale tu chodzi o to, że jest bardzo wielka różnica miedzy mną a innymi dziewczynami. Widzę się z nim praktycznie codziennie i mówimy sobie wszystko. Nie wiem, czy wziął sobie to do siebie, ale potem był tak dziwny, z nikim nie gadał, jedynie do mnie mówił czasem coś. Nie wiem, czy to przeze mnie, ale tak to wyglądało, i nawet żałowałam potem, że miałam do niego takie pretensje, ale on jakby był na mnie zły. Piszę do niego, a on mi w ogóle nie odpisuje i już nie wiem, co myśleć o tej sytuacji, bo przecież nie zrobiłam nic złego! Ale staram się jakoś racjonalnie myśleć i nie dołować za bardzo, mimo tego, że ta sytuacja przytłacza mnie trochę. No, jedynie chciałabym wiedzieć, co powinnam zrobić, a czego nie? Starać się z nim pogadać czy nie? A jak on dalej nie da żadnej odpowiedzi?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Joanna Żur-Teper
Mgr Joanna Żur-Teper

Co zrobić, by się w nim nie zakochać?

Kiedyś byłam na wycieczce, poznałam fajnego chłopaka... to trwało jeden dzień, później napisałam do niego na GG i się pokłóciliśmy... więcej od tego czasu nie pisaliśmy. Potem zaczął się rok szkolny. Przyszłam do jego szkoły, z początku byliśmy dla siebie...

Kiedyś byłam na wycieczce, poznałam fajnego chłopaka... to trwało jeden dzień, później napisałam do niego na GG i się pokłóciliśmy... więcej od tego czasu nie pisaliśmy. Potem zaczął się rok szkolny. Przyszłam do jego szkoły, z początku byliśmy dla siebie obcy, później, nie wiem od kogo, dostałam jego nr i napisałam. Tego dnia ruszyło mnie serce, wiedziałam, że gdzieś go jeszcze masz... Zaczęliśmy gadać na wszystkie tematy, pocieszać się, pomagać, aż w końcu on uświadomił mi, że nic z tego nie będzie... że nie będziemy razem... Potem chwila przerwy. Tym razem to on do mnie napisał, zaczęło się to, co kiedyś, ale nie czułam nic do niego. Tylko kolega, nic więcej. Pewnego dnia pojechaliśmy na basen, spędziliśmy razem dużo czasu i fajnie się bawiliśmy... teraz, gdy o tym myślę, w oku kręci mi się zła. Nie wiem, co mam robić, nie wiem, czy ja znowu coś do niego czuję. Piszemy SMS-y i gadamy, ale ja nie chcę cierpieć, tak jak kiedyś. Co mam zrobić, żeby o tym nie myśleć, żeby się w nim nie zakochać... Nie chcę niszczyć naszej znajomości... ;[

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Joanna Żur-Teper
Mgr Joanna Żur-Teper

Jak mam dogadać się z mamą?

Ostatnio ciągle kłócę się z mamą. I to o rzeczy zupełnie nieistotne (np. o to, że nie odłożyłam na miejsce szczotki do włosów). Bardzo dobrze się uczę, nie szlajam się, a ona o wszystko się czepia. Czasami mam...

Ostatnio ciągle kłócę się z mamą. I to o rzeczy zupełnie nieistotne (np. o to, że nie odłożyłam na miejsce szczotki do włosów). Bardzo dobrze się uczę, nie szlajam się, a ona o wszystko się czepia. Czasami mam tego dość i powiem jej kilka niemiłych rzeczy, a wtedy już w ogóle wszystko się psuje. Powiedziała mi, że nie będę dostawała żadnego kieszonkowego i że nie będzie mi dawała na nic. A ja przecież jestem w takim wieku, że potrzebuję trochę pięniędzy. Najgorsze jest to, że jak próbuję się jej nie stawiać, to denerwuje mnie na maksa i wtedy jest jeszcze gorzej... Co mam zrobić?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Joanna Kwiatkowska
Mgr Joanna Kwiatkowska

Czy psycholog pomoże?

Moja córka ma 14 lat. W tym roku w jej klasie organizowana jest wycieczka na 2 dni do Zakopanego. Ma jechać cała klasa. Moja córka ma taki problem, że kiedy wyjedzie gdzieś beze mnie, to po prostu płacze, nie chce...

Moja córka ma 14 lat. W tym roku w jej klasie organizowana jest wycieczka na 2 dni do Zakopanego. Ma jechać cała klasa. Moja córka ma taki problem, że kiedy wyjedzie gdzieś beze mnie, to po prostu płacze, nie chce jeść. 5 lat temu pojechała na wycieczkę do Gdyni i tam właśnie się to zaczęło. Płakała, chciała do domu. Pojechałam po nią. Nie wiem, czym spowodowany jest brak samodzielności mojej córki. Chciałabym wiedzieć, czy da się to jakoś wyleczyć? I czy w tym wypadku pomoże psycholog?

odpowiada 2 ekspertów:
 Paulina Witek
Paulina Witek
mgr Magdalena Rachubińska
mgr Magdalena Rachubińska

Rodzice naciskają, a ja nie wiem, co robić. Proszę, pomóżcie.

Ja już powoli zaczynam wariować. Jestem na skraju wyczerpania nerwowego. Cały czas płaczę, nie jem, nie śpię, to jest straszne, niech to się wreszcie skończy. Moi rodzice po 3 latach związku przestali akceptować mojego chłopaka. Mam 24 lata i niedawno...

Ja już powoli zaczynam wariować. Jestem na skraju wyczerpania nerwowego. Cały czas płaczę, nie jem, nie śpię, to jest straszne, niech to się wreszcie skończy. Moi rodzice po 3 latach związku przestali akceptować mojego chłopaka. Mam 24 lata i niedawno skończyłam studia. To był moment, od którego się wszystko zaczęło. A to, że on mi nie dorównuje wykształceniem, że znajdę sobie kogoś lepszego, i że w ogóle beznadziejny. Później były szantaże emocjonalne i groźby oraz wyzwiska. Zobaczyli, że groźby nie skutkują, to zaczęli brać mnie na litość. Teraz niby jest wszystko dobrze, nic nie mówią, stwierdzili, że to moje życie, ale mimo to ja się czuję paskudnie. Nie wiem, boję się ich czy co, bo nie wiem, jak to nazwać. Czuję, że coś wisi w powietrzu, mam jakieś lęki. Nie wiem, czy ja jestem od nich aż tak bardzo uzależniona emocjonalnie??? Bo po prostu to, co teraz się ze mną dzieje, te objawy, przede wszystkim fizyczne, jakiegoś stresu, to po prostu masakra. Kocham mojego chłopaka, jest wspaniały, bardzo dobrze mnie traktuje, nie wyobrażam sobie życia bez niego - serce by mi pękło. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy zerwać, ale to, co się teraz ze mną dzieje sprawia, że czasami chcę się poddać i zerwać z nim, bo już nie mam siły, bo jestem aż tak bardzo niedojrzała. Jestem jak jakaś mała dziewczynka. Ja chcę walczyć o tę miłość, bardzo chcę walczyć, ale zachowuję się nieracjonalnie. Jak się z nim spotykam, to za chwilę każe mu się odwozić do domu, bo mam jakąś paranoję, że już muszę wracać. Jak dorosnąć??? Przepraszam, ale może dla niektórych wyda się to śmieszne, ale dla mnie takie nie jest. Czy ja zwariowałam???

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Czy i jak poradzić sobie z mamą?

Witam, mam 23 lata. Mieszkam od zawsze z mamą. Miałyśmy kiedyś przerwę półroczną, spowodowaną tym, że wyprowadziłam się do swojego faceta. Czemu? Bo nasze relacje są jak huśtawka... Wszystko zaczęło się w okresie, kiedy to moja mama przeszła operację usunięcia...

Witam, mam 23 lata. Mieszkam od zawsze z mamą. Miałyśmy kiedyś przerwę półroczną, spowodowaną tym, że wyprowadziłam się do swojego faceta. Czemu? Bo nasze relacje są jak huśtawka... Wszystko zaczęło się w okresie, kiedy to moja mama przeszła operację usunięcia jajników i macicy. Łatwo by było zgonić wszystko na hormony. Ale to zbyt proste. Mama jest po rozwodzie, od zawsze miała we mnie oparcie i od zawsze, odkąd się kłóciłyśmy, zawsze to ja pierwsza wyciągałam rękę, bo nie potrafię żyć z nią w konflikcie. Jednak ostatnio staje się do nie do zniesienia. Jestem od 2 miesięcy bez pracy. Nie jest tak, że się nie staram jej znaleźć, mam nawet zapewnioną od kwietnia, więc jest to tylko kwestia czasu. To także mnie dołuję, ale jest to inna kwestia. Chodzi mi głównie o stosunki z mamą. O wszystko się czepia. Przykład? Ostatni weekend, jak zawsze, spędziłam u mojego faceta. Aby uniknąć wyrzutów, pisałam jednego SMS-a dziennie z zapytaniem o plany i samopoczucie. Wczoraj wróciłam wieczorem do domu, usiadłam, opowiedziałam, jak spędziłam te dni. A mama z łaską mi odpowiadała na pytania, by później zarzucić mi, że nie pożałowałam jej, kiedy napisała, że źle się czuje i że wczoraj wieczorem nie napisałam jej SMS-a. Były Walentynki myślałam, że podobnie jak ja, spędza miło czas ze swoim partnerem. Kiedy ja jestem ze swoim, staram się wyłączyć, nie myśleć o tym, że moja matka stara się na każdym kroku wywoływać u mnie falę współczucia, że przy każdej kłótni wypomina mi to, że nie mam pracy i powinnam się wyprowadzić skoro tak jej nienawidzę. Nie jest to przyjemne, po każdej takiej akcji mam okropnie silne bóle głowy z tyłu, które wręcz wyciskają mi łzy z oczu. Tracę ochotę na cokolwiek i mam wrażenie, że rozsypuję się na milion kawałków. Gdybym miała pracę i środki finansowe, wyprowadziłabym się choćby na pokój do obcych. Byleby tylko nie przeżywać tego z taką częstotliwością. Kocham ją, zawsze tak było i będzie, jednakże nie mogę zrozumieć, czemu wyżywa się na mnie za każdą swoją porażkę/ból czy nie udany dzień. Ja też miewam gorsze i wolę to zapisać w pamiętniku lub wypłakać się w poduszkę. Nie mogę sobie z tym poradzić. I nie wiem już jak się zachowywać, postanowiłam, że zignoruję to, że wczorajszy konflikt był przełomem, bo nie zrobiłam nic, za co musiałabym przeprosić, więc zdaje się, że czekają nas długie ciche dni... Obawiam się o swoje zdrowie, wcześniej miałam depresję przez ojca, jestem bardzo wrażliwa, szybko płaczę i wszystko mocno przeżywam... Boję się czy znów nie mam jakiejś nerwicy.

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Patronaty