Twój przewodnik po zdrowiu

  1. Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
  2. Nie ma informacji, których szukasz? Wyślij pytanie do specjalisty.
Rozpocznij
7 6 6 , 6 8 3

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Konflikty w związku: Pytania do specjalistów

Problemy małżeńskie - jak mogę zmienić relacje rodzinne?

Witam, jesteśmy z mężem 5 lat, mamy 2-letniego synka. Nie potrafię poradzić sobie z relacjami mojego męża do mojej rodziny, a dokładniej ich brakiem. Chodzi mi o moją mamę, siostrę i brata. Brak porozumienia z siostrą zaczął się przed ślubem...

Witam, jesteśmy z mężem 5 lat, mamy 2-letniego synka. Nie potrafię poradzić sobie z relacjami mojego męża do mojej rodziny, a dokładniej ich brakiem. Chodzi mi o moją mamę, siostrę i brata. Brak porozumienia z siostrą zaczął się przed ślubem, ale my również nie mogłyśmy się dogadać, mamy całkiem inne charaktery, za to mieliśmy świetny kontakt z bratem. Wszystko było w miarę ok do momentu, kiedy pojawiły się problemy w ciąży. Z dnia na dzień wylądowałam w łóżku bez jakiejkolwiek możliwości wstawania i wtedy moja siostra przejęła kontrolę nad moim bratem. Brat wtedy od 2 lat nie pracował i nie miał zamiaru pracować, studiował zaocznie, a wszystko opłacała mu mama pożyczkami. Ja próbowałam mu wytłumaczyć, żeby zaczął pracować, siostra niby też, ale np. zmieniała samochód i sprzedała go bratu. Brat się cieszył, bo dla niego była to sielanka, siedział w domu, na wszystko brał pieniądze od mamy i woził się samochodem. Mnie rzadko odwiedzał, bo leżałam non stop, a siostra była super. Mężowi bardzo zależało, żeby brat zaczął pracować, zarabiał na siebie i pomagał mamie, w głowie mu się nie mieściło, że w ramach zmobilizowania brata można mu kupić samochód. Takich posunięć ze strony siostry było dużo. Mąż nie rozumie w ogóle tego i nie chce słyszeć o mojej siostrze. Wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało po urodzeniu synka. Michasia urodziłam po 10 tyg. leżenia jako wcześniaka. Na początku nie wychodziliśmy na dwór. W tym czasie moja mama przeziębiła się, dzwoniłam do niej codziennie, a pewnego dnia usłyszałam, że powinnam zostawić dziecko i przyjść do niej na kawę. Nic nie powiedziałam, ale nie wyobrażałam sobie, jak mam zostawić moje cudem urodzone dziecko i iść na kawę. Takich sytuacji było dużo i mąż odwrócił się od mojej rodziny. Od początku mieszkamy sami. Mąż jest typem domatora. Na wszelkie uroczystości w moim rodzinnym domu chodzę sama z synem, bo jego nie można z domu wyciągnąć, a poza tym ma żal do mojej rodziny. On i jego rodzina to typowi domatorzy, a moja wręcz przeciwnie. Ja lubię siedzieć w domu, jesteśmy szczęśliwi, ale też od czasu do czasu wyjść do rodziny i wtedy zaczynają się problemy, nie ma mowy, żeby poszedł ze mną. Nie wiem, jak sobie poradzić. Chodziłam sama, bo myślałam, trudno, jego sprawa. Jak wychodzę na spacer po południu z synem, to zawsze idę po mamę i razem idziemy, mąż mi wypomina, a i od mamy ostatnio usłyszałam, że on w ogóle nie opiekuje się synem, bo ciągle chodzę sama, a to jest kompletna bzdura, jest świetnym tatą i jak może, to jest z małym w domu, jak ja idę do pracy. Nie wiem, co robić, jak postępować, dość mam wysłuchiwania ze strony mojej rodziny, że oni są najważniejsi i ze strony mojego męża, że ciągle mnie wykorzystują, a ja przecież mam swój dom. Chciałabym, żeby mój mąż miał poprawny stosunek do mojej rodziny, żeby przestał czuć urazę... boli mnie to wszystko.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Jak dalej żyć i radzić sobie?

Błagam o pomoc. Nie mam pomysłu na swoje życie. Mąż zdradzał mnie z przypadkową, nic nie znaczącą dla niego dziewczyną. Wydało się. Ból rozrywał mi serce. Wybaczyłam, ale nie dla siebie. Dla nas, dla córeczek, dla rodziców i ze strachu...

Błagam o pomoc. Nie mam pomysłu na swoje życie. Mąż zdradzał mnie z przypadkową, nic nie znaczącą dla niego dziewczyną. Wydało się. Ból rozrywał mi serce. Wybaczyłam, ale nie dla siebie. Dla nas, dla córeczek, dla rodziców i ze strachu przed samotnością. Mieliśmy kredyt mieszkaniowy, zobowiązania. Tak trudno było żyć obok siebie. Ale chciałam - dla dzieci. Trwało to ok. roku. Pewnego dnia mąż powiedział mi, że ma dość, że mnie nie kocha, że poznał kogoś, kto jest dla niego całym światem, że wreszcie jest szczęśliwy, że już wie, co znaczy kochać i mówił, mówił, mówił wiele rzeczy, od których robiło mi się niedobrze. Wyprowadził się do niej. Widziałam tyle szczęścia w jego oczach, a on... nie widział mojego bólu, nie słyszał płaczu córeczek, kiedy zabierał rzeczy z domu. Złożył pozew rozwodowy. Zostałam sama, już nie walczyłam, nie miałam siły. On był zbyt silny. Silny swoją miłością. Ja byłam wrakiem. Zbitym psem. Na odchodne rzucił litościwe - nic od ciebie nie chcę. Nie zabiorę dzieciom lodówki czy komputera. To tyle. Odszedł. Nie chciał podziału majątku, nie chciał od nas nic i nic nie dał w zamian. Zero wyjaśnień, zero przeprosin. Boże, jak bolało, kiedy dowiadywałam się, że jest na ekskluzywnych wakacjach, a ja pożyczałam od znajomych pieniądze na rachunki. Boże, jak ich nienawidziłam. Idylla trwała cztery lata. Nie wyszło im. Prosił o szansę. Mówił, że kocha, że tylko my jesteśmy ważni, żebyśmy spróbowali. Pozwoliłam, by z nami zamieszkał, bo córki tak bardzo chciały być znów z tatusiem. Kochają go i potrzebują. A ja już nie czuję żalu, bo już nie czuję nic, tylko potworne zmęczenie. Potrzebuję go, by mnie odciążył w opiece nad dziećmi, by wziął odpowiedzialność, wynagrodził im ten czas, gdy były same. Jest dobrym ojcem i dobrym człowiekiem, ale co z nami. Czy uda się to poskładać? Czy jest szansa, bym zapomniała o tym, co zrobił, bym umiała zaufać? Najgorsze są chwile, gdy widzę go zamyślonego, nieszczęśliwego. Widzę smutek w jego oczach. Wiem, że nadal ją kocha, że tęskni. To ona nie chciała z nim być. Co ja mam robić? Nie mogę go wyrzucić, bo mieszkanie jest wciąż wspólne i dzieci mi na to nie pozwolą.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Magdalena Brudzyńska

Czy powinnam odejść od męża i związać się z jego bratem?

Witam! Jestem na rozdrożu i nie wiem czy dobrze robię. Z mężem jestem już 10 lat. Mamy córkę. On jest starszy o 10 lat i co dla mnie najgorsze, bardzo otyły. Kilka lat proszę, krzyczę itp., żeby coś z tym...

Witam! Jestem na rozdrożu i nie wiem czy dobrze robię. Z mężem jestem już 10 lat. Mamy córkę. On jest starszy o 10 lat i co dla mnie najgorsze, bardzo otyły. Kilka lat proszę, krzyczę itp., żeby coś z tym zrobił, ale bez skutku. Odpuściłam, a z czasem przyszło obrzydzenie i niechęć do niego. Wstydzę się gdziekolwiek z nim pokazać. Poza tym on zawsze jest zmęczony. Nigdy nie ma chęci na nic ani na zabawę z dzieckiem. O seksie nie ma mowy ponieważ jego dotyk mnie odrzuca. Jestem do niego bardzo przywiązana i szanuję go, ale już nie kocham. Kocham jego brata. Jakieś 3 lata temu jego młodszy brat zaczął u nas bywać, razem spędzaliśmy dużo czasu, ja, on i córka. Zżyliśmy się i to przerodziło się w miłość. Mąż dowiedział się o tym i mieliśmy się rozstać, ale bałam się o byt i zostałyśmy. Teraz wiem, że nie chcę tak dłużej żyć. Odchodząc będę musiała zmienić miasto (wrócę do rodzinnego), prace. Wszystkiego się obawiam a najbardziej co inni powiedzą na mój związek z jego bratem. Przejmuję się wszystkim i wszystkimi naokoło, tylko nie sobą a przecież nie mogę tu tkwić do końca życia i być nieszczęśliwą. Jego brat bardzo mnie kocha, nie potrafimy bez siebie żyć a moja córka go uwielbia. Tylko czy mam prawo być z nim szczęśliwa? Chcę odejść, ale nie potrafię a wiem, że nie zostanę sama i jego brat nam pomoże i chce z nami być i nas kochać. Proszę o pomoc bo nie wiem czy dobrze robię, chodzi mi o brata. Gdyby nie on, nigdy nie myślałabym o rozstaniu, bo za bardzo boję się, że nie dam rady i tkwiłabym tu nieszczęśliwa. Mąż waży ok. 160 kg a ja 55 kg. Wyglądamy groteskowo, obrzydza mnie jego ciało. Nie czuję do niego żadnego pociągu fizycznego, wręcz odwrotnie. Jestem jeszcze młoda i chcę żyć a z nim się już nie da. Mu się nie chce a z jego bratem czuję, że żyję i świat jest kolorowy :) Proszę o pomoc.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Magdalena Brudzyńska
Mgr Magdalena Brudzyńska

Czy powinnam zakończyć związek z egoistą?

  Witam! Mój problem polega na tym, że żyję prawie 4 lata z egoistą. Tak mi się przynajmniej wydaje. Mam problemy finansowe, nie pracuję i poprosiłam mojego partnera o pomoc. Jedyne co mi zaoferował, że może mi pożyczać pieniądze, a...

  Witam! Mój problem polega na tym, że żyję prawie 4 lata z egoistą. Tak mi się przynajmniej wydaje. Mam problemy finansowe, nie pracuję i poprosiłam mojego partnera o pomoc. Jedyne co mi zaoferował, że może mi pożyczać pieniądze, a ja kiedyś, jak znajdę pracę, to będę mu te pieniądze oddawać. Nie miałam innego wyjścia i zgodziłam się. Jednak teraz czuję się tym upokorzona i postanowiłam związek zakończyć, bo tak żyć nie potrafię. A on powiedział, że chodzi mi tylko o pieniądze i jestem zwykłą materialistką i boli mnie, że on pracuje i dużo zarabia i ja mu tego zazdroszczę, a na nasz dom powinniśmy razem pracować, bo mamy równouprawnienie, a ja jestem od tego, żeby w tym domu prać, sprzątać, gotować i wychowywać dzieci. W łóżku sytuacja wygląda podobnie. Szybko, bez czułości. Jego odpowiedź na mój problem - starzejesz się, znowu nie miałaś orgazmu. Proszę o pomoc! Czy to jest normalny związek i czy warto dla niego poświęcić wszystko wokół, bo pomimo jego egoizmu kocham go, ale mój rozsądek nie potrafi już pojąć takiego zachowania, co bardzo mnie rani.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Kamila Drozd
Mgr Kamila Drozd

Nie rozumiem mojej relacji z partnerem - czy mam podjąć się terapii?

Poznałam faceta, na studiach. Od początku czułam, że jest z nim coś nie tak, zdarzało się, że mnie lekceważył. W łóżku zawsze miał problemy z erekcją. Nic jednak nie było w stanie mnie powstrzymać - zakochałam się. Wiecznie zaabsorbowany swoją...

Poznałam faceta, na studiach. Od początku czułam, że jest z nim coś nie tak, zdarzało się, że mnie lekceważył. W łóżku zawsze miał problemy z erekcją. Nic jednak nie było w stanie mnie powstrzymać - zakochałam się. Wiecznie zaabsorbowany swoją pasją. Tańczył zawodowo, więc miałam powody do zazdrości, ale byłam tolerancyjna, mimo że zdarzało się b. często, że nie miał dla mnie czasu. Mówił, że zawsze tak będzie, odpowiadałam że to rozumiem. Ale do tego świata nie miałam dostępu. Kilka razy wyszedł na imprezę ze znajomymi, zostawiając mnie w domu i twierdząc, że nie mam zaproszenia. Płakałam, mówił że nie rozumie mojego rozgoryczenia. Zdarzyło się, że zajrzałam na jego GG, odkryłam, że kłamał. Jego partnerka dziwiła się, że nie przyszłam na imprezę, potem kłamał, że nie jesteśmy razem. Nie wytrzymałam - interweniowałam. Przepraszał. Nie chciał nauczyć mnie swojej pasji. Chodziłam do pobliskiej szkoły, żeby czymś mu zaimponować, pytał czego się nauczyłam, ale czułam, że patrzy na mnie z ironią, zawsze było coś nie tak. Dorabiałam całkiem nieźle tańcem, w artystycznym zespole amatorskim. Nie interesowało go nic. Całował inaczej, niż faceci których miałam, tak "płytko". Minęły studia, wynajęłam pokój. Byłam pewna, że zamieszkamy razem, zaczął się zastanawiać czy nie byłoby mu lepiej na campusie. Został ostatecznie ze mną. Zawsze był jakiś dystans, zawsze coś, w łóżku nigdy nie byłam zadowolona, chciałam więcej, a on zawsze był sfrustrowany albo udawaliśmy, że wszystko jest ok. Rozważaliśmy leczenie, bo wiedziałam że jego rodzice się rozwiedli z powodu ojca, który był psychopatą. Często wybuchał bez powodu, nie potrafił przeprosić, obojętnie patrzył na mój płacz, twierdził że to geny po ojcu i już nie da się nic z tym zrobić. Rzadko dawał mi prezenty, często czułam, że wykorzystuje mnie trochę finansowo. Ale wyznawał mi miłość, nie często, ale zdarzało mu się co jakiś czas powiedzieć "Kocham cię". Nigdy nie przedstawił mnie swojej matce, przez 3 lata - nie byłam u niego w domu. Tłumaczyłam to sobie odległością, gdyż jest obcokrajowcem. Kiedy wyjechał do kraju na pół roku, kończyć studia, przebąkiwał, że nie wie czy jeszcze coś do mnie czuje. W skrócie, zerwał ze mną przez telefon, bardzo przeżywałam, ryczałam i ryczałam. Potem wrócił, mówił że się pomylił. Byłam najszczęśliwsza. Ja pracowałam, on szukał pracy, nadal tańczył. Potem zaczął pracować w firmie wykorzystując języki obce, udzielał już tylko lekcji tańca po pracy, było lepiej nawet w łóżku, choć miał problemy. Potem przestał się ze mną kochać totalnie. Pytałam czemu, cierpiałam, ale on zamykał się w sobie. Postanowiłam wyjechać do innego kraju do pracy, planowaliśmy że dojedzie do mnie. Niedługo potem zerwał ze mną przez telefon, też na zasadzie - domyśl się, skoro cię olewam - załamałam się myśląc, że to moja wina. Natychmiast wróciłam do Polski, polepszyło się. Znów był sobą, zaczął mnie nawet całować. Potem mała przerwa, potem mnie odwiedził. Każdego miesiąca się widzieliśmy, miałam b. dużo urlopu. Pojechałam na 3 tyg. do kraju, wykręcał się pracą, żeby nie iść na ślub mojego brata. Pracował jak oszalały, od rana do nocy, nie odpisywał na moje SMS-y, całkiem mnie olewał. Znów ryczałam, pojechałam do niego – tłumaczył, że tak już jest, że już będzie tylko gorzej, że ma to po ojcu. Prosiłam, żeby się leczył, przez chwilę miał nawet ochotę (zaoferowałam, że mogę iść z nim), potem znów się zamknął, nawet nie chciał mnie całować. Przeżywałam katusze, on postawił ścianę milczenia i obojętności przede mną. Jednego dnia, powiedział, że idzie na weekend do wolnego pokoju koleżanki spać, bo jest przeziębiony i nie chce być koło mnie. Wybuchał bez powodu. Zero seksu. Podejrzewałam, że jest gejem, nawet zapytałam. Odpowiadał na "odczepnego" że nie wie. Potrzebuje czasu. Wróciłam do pracy. Znów jeden SMS i cisza. Nie miał czasu. Zmusiłam go, żeby zadzwonił, pytałam co z urlopem, który już był po części zaplanowany czekałam tylko na znak, żeby zrobić rezerwacje. Powiedział, że nie może nigdzie jechać ze względu na pracę. Pytałam czy nie chce przypadkiem jechać jako instruktor na obóz, wcześniej jak byłam w kraju zaprzeczał, teraz powiedział, że nie wie. Tłumaczył, że nam nie wyszło i że już nie mamy o czym rozmawiać. Na pytanie, czy kobiety mu się podobają stanowczo odpowiedział, że tak. Ale kazał mi szukać innego faceta. Wysłał mi piosenkę ze słowami "Między nami już nic nie ma", rozłączyłam się i rozpłakałam. Tym razem się wkurzyłam, napisałam coś obraźliwego, potem przeprosiłam. Powiedziałam, żeby się leczył, że musi... Już nie byłam tak załamana jak poprzednio, kiedy byłam sama w innym kraju, pustym mieszkaniu i nie chciałam żyć. Tym razem, mimo tej okropnej samotności i pustki, zauważyłam jak to on bardzo jest chory, że to nie moja wina, doszedł do mnie głos rozsądku. Ale fale żalu nadchodziły do mnie w nocy. On zawsze taki obojętny, całkiem olewał moje uczucia, nie mogłam zrozumieć. Nadal nie mogę. Czy on się ma szansę wyleczyć? Za bardzo się nim opiekowałam, czułam że mnie wykorzystuje, więc starałam się dzielić swego czasu obowiązki i przez krótki okres było dobrze. Teraz jestem totalnie zagubiona... totalnie... Co powinnam zrobić? Proszę o rady, chyba sama się udam do terapeuty jak on nie chce. Czuję że mnie ostro przemaglował. Dodam jeszcze, że prosiłam żeby zabrał mnie do domu, mówił że to nie ma sensu, bo tam nie ma nic ciekawego, na nic były moje tłumaczenia, że nie chodzi o atrakcyjność jego miejsca zamieszkania. Z drugiej strony nie chciałam naciskać. Wiem, że jego rodzice rozwiedli się gdy miał 11 lat, że on widział jakąś agresję ze strony ojca w stronę matki, nawet mówił że on ją dusił o groził nożem, więc to było coś poważniejszego. Dziwne jest to wszystko im więcej myślę nad tym. On utrzymuje kontakt z matką i ojcem oraz ojczymem. Ojciec chyba też się z kimś związał. Spotyka się z nim jeśli jest w kraju, jeździ z nim czasem na narty, ale to z matką ma dobry kontakt. Dziwne jest to, że z ojcem ciągle sobie kupują noże nawzajem na prezent. Jego ojciec pracował jako fotograf sądowy. Z opowieści wiem, że widział zdjęcia ofiar jako mały chłopiec. Chyba już za dużo analizuję, bo widzę jakieś dziwne schematy i coraz większą patologię. I jeszcze to że go widziałam jak tańczył z mega ekspresją, jak "chodzący seks". Nawet przez moją głowę przewija się myśl, że może ojciec go wykorzystywał seksualnie, bo mam wrażenie, że on ma jakąś rozdwojoną osobowość. A może już naprawdę za dużo myślę, może po prostu mnie nie kochał, a szukał sobie opiekunki, bo na pewno był i jest "oczkiem w głowie mamusi"i powtarza ciągle jakiś głupi schemat. Teraz ma lepiej płatną pracę, ale ma ciągle w niej problem. A potem jeszcze do nocy udziela lekcji w szkole. Planuje zmiany-mieszkanie, samochód. Oczywiście mnie w planach nie było. Powinnam go zostawić, odciąć się całkowicie, może kiedyś zrozumie i zacznie się leczyć. A może i nie. Przez jakiś tydzień wydawało mi się, że zbudowałam swoje plany bez względu na finał tego związku, bo wcześniej nie byłam w stanie, widziałam go wszędzie, nie potrafiłam wyrzucić go z mojej głowy. Powiedziałam sobie, że w najbliższym czasie wracam do Polski, bez względu na niego. W razie braku pracy i miłości rozważę powrót za granicę. Przez weekend próbowałam się z nim skontaktować, żeby ustalić sobie urlop, przyjazd do Polski, zabranie rzeczy od niego, obiecał że będzie w niedzielę. Pojawił się, ale nie chciał rozmawiać, był jak zwykle zapracowany, powiedział że to już kwestia czasu i się rozłączył. Napisał SMS-a, że będzie jutro. Ale zamiast tego zadzwonił, kiedy rozmawiałam z mamą przez skype'a, powiedziałam żeby oddzwonił za 15 min, zgodził się, ale tego nie zrobił. Bardzo się zdenerwowałam, zaczęłam do niego dzwonić nie odbierał. I wszystko zaczęło się od nowa, zadzwoniłam kilka razy, wyłączył telefon, płacz do 3 w nocy, paraliżujący żal, niemoc, poczucie bycia kimś niepotrzebnym i zmęczenie w pracy. Kilka SMS-ów, żadnej odpowiedzi. Jestem załamana, próbowałam zapomnieć, ale to wraca do mnie jak bumerang...

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Nieszczęśliwa w związku - co powinnam zrobić?

Mam 21 lat, jestem kobietą. Studiuję dziennie i wynajmuję mieszkanie. Jestem z chłopakiem prawie przez 5 lat. Zaczęliśmy 2005 r., 9 lipca będzie kolejna rocznica, jeśli w ogóle będzie. Nasz związek jest bardzo burzliwy. Poznałam go, gdy miałam iść do...

Mam 21 lat, jestem kobietą. Studiuję dziennie i wynajmuję mieszkanie. Jestem z chłopakiem prawie przez 5 lat. Zaczęliśmy 2005 r., 9 lipca będzie kolejna rocznica, jeśli w ogóle będzie. Nasz związek jest bardzo burzliwy. Poznałam go, gdy miałam iść do 2 klasy liceum. Zakochaliśmy się w sobie szybko. On zaczynając ze mną, kończył związek, będąc z dziewczyną starszą o rok. Był z nią przez pół roku. Mówił, że nie chce z nią być, bo cały czas się kłócili, poza tym dzieliła ich duża odległość. Zaczynając z nim, nigdy wcześniej nie miałam chłopaka na poważnie i wtedy też tak podchodziłam do tego. Jednak pokochałam go i byliśmy ze sobą bardzo szczęśliwi. Dosyć często się spotykaliśmy i nigdy się nie kłóciliśmy, do czasu. Tak było przez pół roku. Potem zaczęłam się dowiadywać o tym, że czasem jednak mnie kłamał. Wprawdzie z głupotami, ale jednak, a ja bardzo cenię sobie szczerość i lojalność. Okłamał mnie z jedną ważną sprawą dotyczącą jego upodobań co do używek. Próbowałam to zwalczyć, z marnym skutkiem, często się o to kłóciliśmy. Potem próbowałam to zaakceptować pod pewnymi warunkami, jednak on ich nie stosował. Rozstaliśmy się po raz pierwszy po 2 latach związku. Zaczęło się od jego wypadku. Miał wypadek samochodowy, w którym zginął człowiek. Przez ten cały czas byłam przy nim, gdy leżał w szpitalu, a potem w domu. Mimo że wtedy miałam maturę. Opiekowałam się nim i troszczyłam, chciałam przy nim być, bo bardzo go kocham i świata po za nim nie widzę. Gdy wyzdrowiał, coraz częściej spotykał się z kolegami, dla mnie nie miał już tyle czasu. Coraz rzadziej się widywaliśmy, bo nie chciał się ze mną spotykać. Bardzo cierpiałam. Byłam nawet z rodzicami u neurologa, nie mogłam sama sobie z tym poradzić. Gdy dotarło do mnie to, że już nie będziemy razem i muszę się z tym pogodzić, on chciał do mnie wrócić. Zgodziłam się, dając mu szansę, bo każdemu można dać szansę. Wtedy znów było jak dawniej. Do kolejnego razu. Wcześniej było ok, choć często też się kłóciliśmy. Nie ufałam mu i często go sprawdzałam. Dalej z niektórymi sprawami mnie okłamywał. Jesienią 2010 kolejny raz rozstaliśmy się. Co rok dla nas to był zły okres, ponieważ o tej porze miał dużo pracy, nie znajdywał dla mnie czasu. Złościłam się o to, że po pracy nie zadzwoni do mnie lub nie przyjedzie, a rozmawia sobie z chłopakami albo gdzieś z nimi jedzie. Kłóciliśmy się o to. Ja zerwałam, żeby dać mu nauczkę, żeby zatęsknił za mną i wrócił. Ale nie zrobił tego. Potraktował to jako wolność od kłótni i robił, co chciał. Spotykał się z kolegami, nie mając wyrzutów z mojej strony. Rozczarował mnie tym. Chciałam do niego wrócić. Na początku nie było tak źle. Potem coraz bardziej brakowało mi go. Myślałam, co robi, czy o mnie myśli. I znów z podkulonym ogonem chciałam, żebyśmy byli razem. Zastanawiał się nad tym, bo mówił, że mnie kocha, ale nie chce kłótni. Wiedział, że będę czekała na niego i dopiero po miesiącu, gdy mógł troszkę się wyszaleć, wrócił do mnie. Znów miało być dobrze, ale tak nie było. Od tamtego czasu, tak jak mi się wydaje, nie jestem dla niego tak ważna jak kiedyś, gdy byliśmy tak szczęśliwi. Częściej spotyka się z kolegami, bo ma możliwość. Za pierwszym razem, gdy rozstał się ze mną, nie miał tej możliwości aż tak dużej, bo nie miał prawa jazdy. Teraz je odzyskał i jest panem świata. Jedzie, gdzie chce i kiedy chce. Ja nie mogę go ograniczać, bo od razu jest kłótnia. Próbowałam nawet tak jak on, nie dzwonić do niego często i coraz bardziej traciliśmy kontakt ze sobą, bo on też nie dzwonił. Tłumaczył się, że jest zapracowany, ale o 22 to potrafi gadać z sąsiadem. Dla mnie tego czasu już brakowało. Była kolejna kłótnia poważna, przez co nie odzywaliśmy się do siebie przez tydzień. W końcu ja zadzwoniłam zapytać się, czy się spotkamy. Miało być dobrze, ale w kolejny weekend nie miał dla mnie czasu. Widzieliśmy się tylko jedną godz., gdy jechałam na autobus, bo musiałam do szkoły. Tłumaczył się, ale naprawdę niedzielę spędził, jeżdżąc z kolegami, a sobotę chciał mieć dla siebie. Znów długo się nie odzywaliśmy. Stwierdziłam, że on zawinił, to niech pierwszy wyciągnie rękę. Po tygodniu, to ja zadzwoniłam, czy się spotkamy. Wcześniej napisał mi esemesa, czy chcę z nim być. Odpisałam, żeby sam zadał sobie to pytanie. Gdy się spotkaliśmy, każdy myślał o rozstaniu. Długo rozmawialiśmy, przy tym płacząc. Znów jesteśmy razem. I teraz zastanawiam się, czy dobrze zrobiliśmy. Cały czas o tym myślę. Ja już nerwowo nie wytrzymuję. Wybucham i szybko się złoszczę. Kiedyś taka nie byłam. Nie jestem szczęśliwa. Czuję strach i samotność. Mam problemy ze snem, jestem lękliwa i często pojawia się ból w klatce piersiowej. Nie wiem, co robić. Martwię się tym wszystkim. Powiedział, że nie zrezygnuje z używek, gdy ma na to ochotę. Mówi, że często tego nie robi. Nie wiem, czy mu wierzyć i w co. Nie widzi nic złego w wielu sprawach, które nie pasują chłopakowi, który jest z kimś w związku. Inni patrzą na to, myśląc tak jak ja, że tak nie powinno być. Źle się z tym czuję. Odkąd znów jesteśmy ze sobą, nie kłócę się z nim, bo nie chcę. Staram się to wszystko posklejać, choć mu nie ufam. Pozwalam mu na to, na co wcześniej bym mu nie pozwoliła. Cierpię przy tym. Potrzebuję zainteresowania z jego strony i troski. Jednak nie dzwoni do mnie często, więcej ja. Potrzebuję go, choć rani mnie swoim zachowaniem. Nie umiem bez niego żyć. To smutne:( bo on umiał by pogodzić się z utratą mnie, a ja nie. Nie wiem jak zmienić swoje zachowanie, co zrobić, żeby było wszystko dobrze. Chcę być znów szczęśliwa. Szukam pomocy u was.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka

Jak pomóc mojemu partnerowi rozwiązać problem trudnej relacji z jego żoną?

Witam, dwa lata temu poznałam mężczyznę. Był żonaty z dwójką dzieci. Zakochaliśmy się w sobie, a ja od początku dawałam mu sygnały, że bycie tylko kochanką nie bardzo mi odpowiada. Po 3 miesiącach doszło do tego, że razem zamieszkaliśmy. Ścieraliśmy...

Witam, dwa lata temu poznałam mężczyznę. Był żonaty z dwójką dzieci. Zakochaliśmy się w sobie, a ja od początku dawałam mu sygnały, że bycie tylko kochanką nie bardzo mi odpowiada. Po 3 miesiącach doszło do tego, że razem zamieszkaliśmy. Ścieraliśmy się bardzo często, głównie z powodu, że wydawało mi się, że on cały czas zwodzi swoją żonę, a mnie tylko sprawdza czy będzie mu lepiej czy nie. Moje obawy się potwierdziły, bo odkryłam, że piszą z żoną non stop do siebie SMS-y, również o uczuciach o żalach itp. Trwało to długi czas, a ja już nie dawałam rady psychicznie i non stop robiłam awantury. Doszło do momentu jego powrotu do domu, dla dzieci, z którymi miał utrudniony kontakt, były manipulowane przez jego żonę i bardzo często widziałam, że cierpi z tego powodu. Wrócił tam, ale nie potrafił rozstać się do końca ze mną i sytuacja znowu się powtórzyła. Wrócił do mnie jak dzieci wyjechały na letnie wakacje, po prostu cichaczem się wymknął. Dziś znowu jest w domu. Nie wiem co mam robić. Bardzo się kochamy, ciężko nam bez siebie, ale on nie potrafi sobie poradzić z manipulacjami żony, która wypisuje mu, że jak nie przyjedzie to sobie coś zrobi, śledzi go i zmienia jego życie w piekło. Przy okazji w tym wszystkim uczestniczą dzieci, kiedy jest tam ma z nimi kontakt, jak był u mnie były zmanipulowane przez mamę, nie odbierały telefonów i nie chciały go znać. Co mam zrobić? Dał mi wiele, sama jestem po rozwodzie, a on dał mi wszystko, czego mi brakowało w poprzednim małżeństwie. Wiem, że jak kolejny raz wróci będzie to samo, będzie cierpiał z powodu ograniczonego kontaktu z dziećmi. Sytuację utrudnia fakt, że nie mogą sprzedać domu, w którym mieszkają. Na razie nie ma na to nadziei że, mogliby sprzedać i każde kupić sobie oddzielne lokum. Z jego relacji wynika, że cały czas mówi żonie, że nie są już razem i tylko razem mieszkają, ale ona zachowuje się, jakby cały czas miała pełne prawa do niego. Co mam zrobić? Bardzo cierpię, walczę o niego, chcę z nim być i mu pomóc, ale nie wiem jak. Jestem załamana, że go nie ma. Wiem, że jak będzie znowu u mnie prędzej czy później on się załamie z powodu dzieci, a ja bez niego nie widzę przyszłości.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Nie wiem - czy brnąć dalej w ten związek?

Witam! Mam 25 lat. Byłam z moim partnerem przez 5 lat. Od jakiegoś roku wszystko zaczęło się psuć i ostatecznie się rozstaliśmy. Kazałam mu się wyprowadzić. Na początku on nie wykazywał zainteresowania powrotem, jednak po miesiącu, kiedy ostatecznie powiedziałam...

Witam! Mam 25 lat. Byłam z moim partnerem przez 5 lat. Od jakiegoś roku wszystko zaczęło się psuć i ostatecznie się rozstaliśmy. Kazałam mu się wyprowadzić. Na początku on nie wykazywał zainteresowania powrotem, jednak po miesiącu, kiedy ostatecznie powiedziałam mu, że nic z tego nie będzie, on zdał sobie sprawę z obrotu sytuacji. W tym momencie nie wiem, co mam robić, ponieważ on się bardzo stara, robi wszystko, aby nam się udało. Jednak ja obawiam się, że po pewnym czasie wszystko wróci do normy i on nadal nie będzie się starał, a moje starania spotkają się z brakiem reakcji z jego strony. Powodem naszego rozstania był zły stosunek jego wobec mnie. Był wobec mnie bardzo nieprzyjemny, czasami potrafił być bardzo wredny i obojętny. Jeżeli ja chciałam na bieżąco rozwiązać jakiś problem, pojawiało się stwierdzenie, że nie, znów coś wymyślam. Dodatkowym problemem jest jego przywiązanie do rodziny. Dla niego bardzo się liczy rodzina i gdy jeździliśmy tam w odwiedziny, wówczas ja schodziłam na drugi plan. Jego ojciec mnie niezbyt tolerował, z czego wynikały często konflikty między nami. Sama nie wiem, czy nadal brnąć w ten związek, wydaje mi się, że go kocham, ale nie wiem, czy to może już tylko przyzwyczajenie. Kolejnym problemem jest to, że w momencie naszego rozstania on nagadał swojej rodzinie złych rzeczy na mój temat, że go wyrzuciłam z domu, że nigdy nie lubiłam jeździć do niego do domu. W tym momencie nie wyobrażam sobie kontaktów z jego rodziną. Jestem osobą o niskiej samoocenie, mój ojciec był alkoholikiem. Może po prostu obawiam się samotności. Bardzo proszę o radę.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Magdalena Boniuk
Mgr Magdalena Boniuk

Wyniszcza mnie związek z moim partnerem - czy ratować ten związek?

Witam, mam 26 lat a mój partner 27. Od przeszło 2 lat jesteśmy razem, od ponad roku wspólnie mieszkamy w jego domu. Ma 6 letnią córkę z poprzedniego związku, która w pełni zaakceptowałam. Różnimy się pod wieloma względami, ja jestem...

Witam, mam 26 lat a mój partner 27. Od przeszło 2 lat jesteśmy razem, od ponad roku wspólnie mieszkamy w jego domu. Ma 6 letnią córkę z poprzedniego związku, która w pełni zaakceptowałam. Różnimy się pod wieloma względami, ja jestem osobą wykształconą, na stanowisku dyrektora, on bez matury i bez pracy. Dnie spędza z kolegami, na wszystko ma czas siłownię, piłkę, basen, tenis. Ja w tym wszystkim czuję się zagubiona, a właściwie nie widzę dla siebie miejsca. Często lekceważy mnie i moje potrzeby. Nie słucha, kiedy mówię z czym się źle czuję i nie rozumie mojej potrzeby na spokojnie spędzony wieczór po pracy, tylko i wyłącznie z nim a nie z jego kolegami. Ostatnio też codziennie przebywa u nas jego straszy brat - również bez pracy i wykształcenia, często nocuje co jednak odbiera mi swobodę i intymność z uwagi na skrepowanie jego osobą. Rozmawiałam nie raz o tym z moim partnerem, ale nic sobie z tego nie robi. Uwłacza mi to w pewien sposób, bo daje mi do zrozumienia, ze się ze mną nie liczy, nie obchodzę go, nie szanuje mnie. Do tego podejrzewa mnie non stop o zdrady. Czy może to wynikać z faktu świadomości zaniedbywania mojej osoby pod wieloma względami (seksu, ciepła, zrozumienia, troski,uwagi)? Jest on osobą mało wylewną, w zasadzie nie okazuje emocji. Ale co może być przyczyną takiego traktowania mojej osoby i obojętnego podejścia do związku? Mam niemały żal, ponieważ długo przekonywałam się co do niego. Bardziej niż brak pracy, dziecko czy hulaszczy tryb życia przeszkadzało mi jego obojętne podejście do życia, ale myślałam że z czasem się to zmieni, że w związku dojrzeje, znajdzie cel. Dodam, że zawsze to ja wyciągam rękę, jestem z natury ugodową osobą. Mam 26 lat, myślę już o założeniu własnej rodziny, nie sądzę jednak, żeby to była właściwa osoba, wątpliwości mam już od dawna, nawet mu o tym wspominałam, żeby wiedział przez co może mnie stracić. Czy mogę zaryzykować stwierdzenie, że gdyby mu zależało, gdyby odwzajemniał moje uczucia, zaangażowanie w związek to spróbowałby chociaż żebym poczuła się lepiej i pewniej w tym związku? Zrezygnowałby z części młodzieńczych zachowań na rzecz naszego związku? Czy jego zachowanie można nazwać niedojrzałym? I czy jest szansa, że to się zmieni i że będę częścią jego życia, że będziemy mieli partnerski związek opierający się na trosce i oddaniu? Sama tego nie udźwignę, nie raz już próbowałam biorąc na barki cały ciężar odpowiedzialności płynący z bycia razem. Jak skłonić go do szczerej rozmowy? Jak z z nim rozmawiać, żeby zrozumiał sedno sprawy i powagę sytuacji. Zależy mi na nim bardzo, choć nie czuję tego z jego strony. Jednak ktoś kiedyś powiedział, że jeśli ktoś nie kocha nas tak jakbyśmy tego chcieli nie znaczy że nas nie kocha....

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka

Jak mam odróżnić miłość od przyzwyczajenia?

Witam! Mam chłopaka od 5 lat, w sumie to już nawet nie wiem czy jesteśmy razem, bo powiedziałam mu, że to koniec, jednak on nadal się stara i nie mogę o nim zapomnieć, spotykamy się dosyć często. A postanowiłam...

Witam! Mam chłopaka od 5 lat, w sumie to już nawet nie wiem czy jesteśmy razem, bo powiedziałam mu, że to koniec, jednak on nadal się stara i nie mogę o nim zapomnieć, spotykamy się dosyć często. A postanowiłam z nim zerwać dlatego, ponieważ go zdradziłam. Powiedziałam mu wszystko, bo jestem osobą, która nie umie kłamać i wiem, że nawet jakbym postanowiła do niego wrócić nie zdołałabym odzyskać jego zaufania i nas związek mógłby się opierać na samych spięciach, a tego nie chcę. Poza tym nie wiem, czy go nadal kocham, nie wiem czy to nie przyzwyczajenie i strach przed samotnością. Boję się, że bez niego sobie nie poradzę, bo na pomoc z jego strony zawsze mogłam liczyć, on wie, że trudno mi się rozstać z jego dobrocią a nie z nim samym, nie wiem czy takiego dobrego faceta znowu spotkam. Poza tym on stawia warunek, iż postanowię do niego wrócić mam zerwać kontakt ze swoimi znajomymi. Nie wiem co robić, proszę o poradę.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Czy ten związek ma szanse?

Mam 27 lat, on 32, jesteśmy parą od 9 lat. Była to miłość tak silna i wielka, że wiele dla niej oboje porzuciliśmy. Ja rzuciłam studia, wprowadziłam się do niego, on stracił kontakt ze znajomymi, obojgu nam popsuły się stosunki...

Mam 27 lat, on 32, jesteśmy parą od 9 lat. Była to miłość tak silna i wielka, że wiele dla niej oboje porzuciliśmy. Ja rzuciłam studia, wprowadziłam się do niego, on stracił kontakt ze znajomymi, obojgu nam popsuły się stosunki z rodzicami. Kochaliśmy się na zabój, nad życie, to było coś niesamowitego, trwało około 4 lat i od tamtego czasu zaczęło się coraz bardziej psuć. Żyjemy razem, oboje mamy dobrą pracę i nadal studiujemy. Rozwijamy się i realizujemy zawodowo. Ale w naszym związku brakuje szacunku, tolerancji, akceptacji - wyzwiska, szarpanina to podstawa naszych kłótni. Wiecznie obwiniamy się wzajemnie o wszystko. Ja często wpadam w furię i wyrzucam z siebie potok słów (kiedyś bardzo żałowałam takich słów wypowiadanych w złości, ale teraz już mi się to robi obojętne.) Seks przestał mi sprawiać przyjemność. Mam ciągle do niego pretensję, moim zdaniem nie bezpodstawne - mój partner jest wiecznie zmęczony i ciągle go coś boli, nie ma czasu na nic, oprócz tego, że chodzi do pracy i realizuje swoje pasje (trening w siłowni i komputer). Nie potrafimy poradzić sobie z narastającym bałaganem w naszym mieszkaniu. Stosy naczyń piętrzą się, stos prania, ja nie mam siły wszystkiego dookoła pilnować i ciągle pokazywać palcem, zwracać uwagę, że jest bałagan, sprzątać. Jemu nie przeszkadza brud w mieszkaniu. Od 2 lat proszę go o pomalowanie ścian, odświeżenie mieszkania, niestety, bezskutecznie. Wszystko się strasznie kumuluje we mnie, ta złość na to jego lenistwo, niezadowolenie z seksu, denerwuje mnie jego przesadna dbałość o swój wygląd zewnętrzny, a z drugiej strony wieczne krytykowanie mojego wyglądu, że ubrałam się zbyt wyzywająco, że nieładnie. Mam wrażenie, że łączy nas tylko braterska więź po tylu latach, brakuje mi ognia, brakuje mi czułości z jego strony, słów miłych, które nie będą brzmiały jak żart, nie chcę być traktowana jak młodszy brat. Wiele razy próbowałam odejść, ale nie mam odwagi, boję się, że jak się wyprowadzę, to nie będzie już odwrotu. Kiedyś chciałabym stworzyć normalny dom, ale on nigdy mi się nie oświadczył, wyśmiewa i bagatelizuje moje rozmowy o oświadczynach czy ślubie. Rozmawiamy czasem poważnie o wspólnej przyszłości, ale to raczej wypływa z mojej inicjatywy i to po ogromnej kłótni, i nie ma w nich mowy o małżeństwie i dzieciach. Mój partner nie chce dzieci „na razie”. A ja? Ja może kiedyś będę chciała, ale nie mam pewności, że on będzie chciał, nie wiem, jakim będzie ojcem - brakuje mu poczucia obowiązku. Po tylu latach mam takie straszne uczucie pustki i rozgoryczenia...

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Irena Mielnik - Madej
Mgr Irena Mielnik - Madej

Jak powinien wyglądać związek dwojga ludzi?

Witam! Mam 21 lat. Od półtora roku jestem ze swoim partnerem, od pół mieszkamy razem. Oboje jesteśmy studentami, w tym samym wieku. Poznaliśmy się w poprzednie wakacje, najpierw był kontakt sms’owy, aż zaczęliśmy się spotykać. Na pierwszym spotkaniu bardzo mi...

Witam! Mam 21 lat. Od półtora roku jestem ze swoim partnerem, od pół mieszkamy razem. Oboje jesteśmy studentami, w tym samym wieku. Poznaliśmy się w poprzednie wakacje, najpierw był kontakt sms’owy, aż zaczęliśmy się spotykać. Na pierwszym spotkaniu bardzo mi zaimponował swoim spokojem, powagą, opanowaniem. Również wyglądem, był dobrze ubrany. Naturalne wtedy dla mnie było to, że spotkamy się drugi, trzeci, czwarty raz... Nie było wielkich motyli w brzuchu, ogromnego miłosnego bum, ale czułam, że chcę z nim być, stworzyć dom i rodzinę, choć miałam zaledwie 19 lat. Poczułam coś takiego pierwszy raz.    W mojej rodzinie od zawsze był kult prawdziwego faceta, tzn. wysokiego, przystojnego, dobrze ubranego, wygadanego, takiego i do tańca i do różańca. A mój partner jest niski, o delikatnych rysach twarzy, bardzo wrażliwy, nieśmiały. Nie spodobał się tacie. Ale mimo wszystko postanowiłam spróbować. Było mi bardzo dobrze z nim, był opiekuńczy, czuły, troskliwy. Jest we mnie zakochany po uszy, wiem, że zrobiłby dla mnie wszystko. Chciałam go mieć tylko dla siebie. Zerwał dla mnie kontakty ze swoimi znajomymi. Nie wiem co to jest miłość, jestem ostrożna w wypowiadaniu słów kocham cię, bo jestem jeszcze niedoświadczona, ale jakoś podświadomie czułam, że chcę z nim być na zawsze.  Jak zamieszkaliśmy ze sobą, na początku było cudownie. Ale nagle po feriach zimowych coś się we mnie złamało. Pojawiły się ogromne wątpliwości. Zaczęłam go analizować tak od zewnątrz, jak mówi, jak się ubiera, jak wygląda. Wyszukiwałam kolejne wady. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, kołatanie serca, nie mogłam spać i jeść, że jestem taka próżna i szukam dziury w całym, a on jest przecież takim dobrym człowiekiem. Coś mi ciągle nie odpowiadało, choć z drugiej strony czułam, że nie chcę odejść, a rozstanie byłoby niedorzeczne. Poczułabym pustkę. Nagle (po półtora roku!) zaczęłam zauważać jego niski wzrost, że wygląda jak gimnazjalista, że do mnie nie pasuje, zaczęłam się tego bardzo wstydzić przed znajomymi itp. Że nie zachowuje się jak facet. Zaczął mi przeszkadzać jego sposób bycia, że jest taki mało energiczny, zgadza się na każde moje słowo, jestem w stanie wszystko na nim wymusić, a on nawet nie zareaguje. Brakuje mu takich typowo męskich cech, zdecydowania, szorstkości. Nie mówiąc o sprawach łóżkowych, bo są zawsze z mojej inicjatywy, wtedy kiedy ja mam czas i ochotę. Czasami się zastanawiam czy ja już nie traktuję go jak brata, przyjaciela, ale wiem że na pewno nie do końca. Brakuje mi ciągle "czegoś" nieokreślonego, nie jestem w stanie sprecyzować tej potrzeby.  Wiem, że nie mogę od niego za wiele wymagać, ma dopiero 21 lat. Czasem podobają mi się inni, tak tylko z wyglądu. Ale mimo wszystko lubię z nim spędzać czas, czuję się przy nim sobą, czasami myślę, że jest cudowny i odpowiednio trafiłam, że to na pewno ten, że to jest miłość właśnie. A z drugiej strony męczą mnie myśli, czy to na pewno tak powinno wyglądać. I nie wiem czy to jest miłość czy nie? Jaka powinna być między nami relacja na co dzień, w jakim stopniu powinna być przyjaźń między nami? Jak się ma do tego wszystkiego wygląd (bo przecież na początku nic mu nie zarzucałam)? O co w tym wszystkim chodzi? Jak mam rozpoznawać swoje uczucia, bo na razie jestem bardzo rozchwiana emocjonalnie, nie umiem się określić? Czy myślenie o innych będąc w poważnym związku jest na miejscu?  Dodam, że to mój pierwszy związek, nie mam żadnego wzorca rodzinnego, moja mama zmarła gdy miałam 7 lat, ojciec wyjechał na stałe za granicę. Wychowywała mnie siostra, która dbała tylko o to, żebym była najedzona, było mi ciepło i chodziła do szkoły. Nie wiem jak to wszystko powinno wyglądać... Obie moje siostry poszukują takiego ideału, którego zostałyśmy nauczone w domu i obie nie są szczęśliwe, mają po 30 lat i żadnych szans póki co na małżeństwo. A brat się wkrótce rozwodzi... Nie chcę popełnić życiowego błędu i rzucić chłopaka tylko dlatego, że jest dla mnie za dobry i za niski! Zresztą chyba tego nawet nie chcę i nie chodzi o strach przed samotnością czy coś takiego, ale strach, że mogę popełnić błąd rozstając się z nim albo też z nim zostając.  Mam wrażenie, że czasem brakuje mi wrażeń, jakiejś pasji i dlatego wymyślam takie bzdury, żeby sobie urozmaicić życie. Kiedyś przeczytałam, że jeśli pierwszy związek jest dobry, to trzeba o niego dbać, bo on jest najbardziej podatny na wstrząsy, a te emocje rzadko się powtarzają w przyszłości... Zawsze byłam rozsądną dziewczyną, ale teraz przechodzę sama siebie z tymi wątpliwościami. A niestety nie mam z kim o tym szczerze porozmawiać, nie mam zbyt wielu przyjaciół, a już nie takich którzy zrozumieliby moją sytuację.  Proszę o pomoc w ukierunkowaniu moich uczuć.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Co powinnam dalej zrobić, kogo wybrać?

Czuję obecnie wielką beznadziejność. Jestem w związku małżeńskim 4 lata, mamy córkę 2,5-roczną. W naszym związku pojawiają się co jakiś czas problemy. Od około 8 miesięcy jest totalnie źle. Ja jestem osobą bardzo emocjonalną, potrzebującą uczuć, on za to jest...

Czuję obecnie wielką beznadziejność. Jestem w związku małżeńskim 4 lata, mamy córkę 2,5-roczną. W naszym związku pojawiają się co jakiś czas problemy. Od około 8 miesięcy jest totalnie źle. Ja jestem osobą bardzo emocjonalną, potrzebującą uczuć, on za to jest bardziej oziębły i skąpy w uczucia. Ja widzę szklankę do połowy pełną, a on do połowy pustą. Mąż moim zdaniem zbyt często pije. W październiku 2010 stało się to już poważnym problemem. Mąż pił w ukryciu i wmawiał mi, że wypił tylko 3 piwa, a następnie odkrywałam butelkę po wódce. Było wiele rozmów z mojej strony i próśb. Byłam załamana. Ciągle to ja wyciągałam rękę, a teraz miałam tego dosyć. Przestałam już rozmawiać, bo nie miałam już na to sił, miałam dość płaczu. Przychodziłam z pracy, odbierałam dziecko, czekałam jak mąż zaśnie i oglądałam filmy, aby oderwać się od rzeczywistości, aby uciec. Pewnego dnia postanowiłam napisać do starego znajomego. Zaczęło się. Stałam się obojętna na starania męża, który rzucił palenie, starał się nie pić i obiecywał poprawę. Było mi łatwiej, bo z drugiej strony inna osoba obdarzała mnie miłością i doceniła to, czego nigdy mąż nie docenił. Wiem, stereotyp, normalka. Dzięki temu wyszłam z tego jakby obronną ręką, z tego załamania. Zaczęłam ponownie dostrzegać świat. Teraz znowu stan załamania powrócił. Sytuacja z mężem jest oschła; rozmowy na temat dziecka, pogody, a potem to już tylko rozgrzebywanie. Znajomy znowu liczy na coś więcej. Ja pewnie jestem w jakiejś iluzji lub pod wrażeniem tego nowego, bo wrażliwy taki sam jak ja, ale czy faktycznie. Poprzednio też myślałam, że jest ok i jak wyszło! Znowu ogarnia mnie bezradność, strach przed ruchem. Nie chcę krzywdzić dziecka - dla być może czegoś, co się rozpadnie. A z drugiej strony chcę być szczęśliwa. Od czego zacząć, ogarnia mnie duża niemoc. Płaczę cały dzień, nic mi się nie chce, coraz częściej szybko irytuję się na córkę. Jak sobie pomóc? Od czego zacząć? Proszę o szybką odpowiedź.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Czy powinniśmy rozstać się i jak sobie z tym poradzić?

Witam! Moja sytuacja wygląda następująco: po 4 latach bycia w związku (mam 27 lat), w związku w którym rozstawaliśmy się kilka razy, jestem na etapie uświadamiania sobie, że raczej nie ma sensu być nadal razem. Nie odzywamy się do siebie...

Witam! Moja sytuacja wygląda następująco: po 4 latach bycia w związku (mam 27 lat), w związku w którym rozstawaliśmy się kilka razy, jestem na etapie uświadamiania sobie, że raczej nie ma sensu być nadal razem. Nie odzywamy się do siebie praktycznie przez 3 tygodnie, tylko suche nic nie znaczące słowa, śpimy osobno od tygodnia. Obecnie spędzamy osobno weekend, ponieważ mój chłopak powiedział żebym podjęła ostateczną decyzję co chcę robić, bo on chce dalej ciągnąc nasz związek. Przeczytałam książki na temat radzenia sobie po rozstaniu, artykuły, forum, ale nadal myśl o byciu samej bez niego mnie przeraża, nie wiem czym się zająć. Wiem, że powinna zrobić coś dla siebie: zajęcia typu siłownia czy języki obce, ale jak o tym myślę to nie mogę się zmusić do żadnej decyzji. Mieszkamy ze sobą już ponad rok, a od niedawna wprowadziliśmy się do świeżo urządzonego przez nas mieszkania. Myślałam, że to nas do siebie zbliży. Stało się jednak zupełnie odwrotnie, wciąż narastające kłótnie o byle co, roszczenia i naburmuszania z powodu tego co powiedziała albo czego nie powiedziała druga osoba. Mój chłopak nie jest łatwą osobą do życia. Wiem, że poszłam dla niego na wiele ustępstw i przywykłam do jego nawyków, jednak czuję, że strasznie straciłam poczucie własnej wartości. Kiedyś uśmiechnięta, szalona teraz ciągle płacząca i narzekająca, że nie czuję się szczęśliwa, i że nie tak to miało wyglądać (ma się to jednak tylko w związku, w pracy na co dzień jestem pewna siebie). Mój chłopak, również nie czuje się komfortowo w takiej sytuacji. On też kiedyś się dla mnie zmienił, wszyscy zauważyli, że na lepsze. Jednak mówi, że to ja muszę się teraz zmienić, że muszę się mniej czepiać. A ja po prostu punktuje go za to co robi, nie czułam nigdy, żeby jakoś bardzo się o mnie starał, dlatego ja przejmowałam inicjatywę, ale też chciałam coś dostawać. On twierdzi, że mi to dawał, i że ja przesadzam, albo że jak może coś dla mnie robić, skoro ja jestem taka złośliwa itp. Chcę również powiedzieć, że wielokrotnie rozmawiałam z nim i mówiłam o moich potrzebach, o tym jakbym chciała, by mnie traktował, doceniał, zabiegał o mnie. Sex jest również dla mnie bardzo ważny, a od dawna ta sfera praktycznie między nami nie istnieje (o tym też często próbowałam rozmawiać, pytać czemu nam nie wychodzi w tych sprawach, czemu nie ma ochoty), ale nie przyniosło to żadnego rozwiązania. Moje rozmowy na pierwsze dni przynosiły skutek, jednak późnej wracało wszystko do stanu poprzedniego. Jestem osobą, która wciąż wierzyła, że da się to jeszcze zmienić, naprawić poświęcić, że dwie osoby, które się kochają nie mogą krzywdzić się w taki sposób... Nawet teraz myślę, że może jednak powinnam zostać spróbować, choć wiem, że zaraz mogę tego żałować. Nie chcę zmarnować życia obudzić się za dziesięć lat zmęczona psychicznie i fizycznie, że zmarnowałam sobie życie, i że już jest za późno. Strasznie mnie dręczy ta sytuacja, już od dłuższego czasu mam wahania nastroju, nic mi się nie chce, nie wiem jaką decyzję podjąć. Nie wiem, czy potrafię sama ze sobą przebywać w mieszkaniu bez niego. Teraz przebywam u siostry, żeby tylko samej nie siedzieć. Boję się tego, że mogę sobie z tym nie poradzić i się zamknę w sobie, że też będę żałować, że zerwałam bo nic lepszego mnie nie czeka. Nie uważam go za złą osobę. Wydaje mi się, że nie pasujemy do siebie, jednak dobre chwile też były i było nam ze sobą dobrze. Nie wiem czemu on, mimo tego jak jest, chce jeszcze być ze mną. Wiem, że też ma obawy przed zerwaniem. Przyjaciółka mi mówi, że potrzebuję pomocy, bo sama sobie nie poradzę. Ona twierdzi, że jesteśmy pomyłką i marnujemy sobie życie, ale ja chcę podjąć własną decyzję, nie pod presją. Ona mnie nie naciska, ale czuję, że raz się z nią zgadzam i chcę zerwać, a jak jestem sama, siedzę tak koło nieodzywającego się do mnie chłopaka to w myślach krzyczę, żeby coś zrobił, żebyśmy mogli się sobą cieszyć. Ale on tylko dalej siedzi i tak mijają dni, tygodnie. To dlaczego mówi, że nie chce tego kończyć. Jestem zaradną osobą, z dobrą pracą a nie mogę sobie poradzić w związku. Nie wiem jak to się potoczy, ale nie chcę w przyszłości popełniać tych samych błędów, tak samo czuć się w związku, bo wiem, że dalej to się posypie. Jak znów nabrać pewności siebie, na którą nigdy nie narzekałam. Myślałam, że do tej pory to już będziemy małżeństwem i może z dzieckiem, a my się kłócimy jak nastolatki, jesteśmy bez większych zobowiązań, moglibyśmy się cieszyć życiem, a jest jak jest. Niby kiedyś usłyszałam, że jest coraz bardziej pewien, że chce bym była jego żoną, ale nigdy o tym nie rozmawiamy, chyba że ja podejmę temat. O to czy na temat małżeństwa myśli, też zawsze ja pytałam. Bardzo proszę o pomoc, nie wiem co robić.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Z dnia na dzień partner przestał się odzywać - co to oznacza?

Mam 20 lat, mój partner 26. Jesteśmy razem od 2 lat. Z partnerem mamy raz wzloty raz upadki, ale przestaje się nam układać. Z dnia na dzień przestał się odzywać. Początkowo unikał rozmowy (muszę dodać, że mieszkamy jakieś 100 km...

Mam 20 lat, mój partner 26. Jesteśmy razem od 2 lat. Z partnerem mamy raz wzloty raz upadki, ale przestaje się nam układać. Z dnia na dzień przestał się odzywać. Początkowo unikał rozmowy (muszę dodać, że mieszkamy jakieś 100 km od siebie, ale widujemy się w weekendy i w zależności jak wypadnie czas w ciągu tygodnia), ale pisał, że kocha i będzie dobrze tylko chce pomyśleć w samotności. Zgodziłam się. Ale teraz on unika nawet pisania. Już piąty dzień milczy. Zapytany co się dzieje ignoruje mnie i powtarza, że mam się nie martwić. Chciałam przyjechać i wesprzeć go w jakiś sposób. Odmówił i stwierdził, że teraz musi pomyśleć nad naszym związkiem i tym co do mnie czuje. Czy ten związek ma jeszcze szansę?  

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Moja dziewczyna ucieka do innego mężczyzny - jak uratować związek?

Witam! Byłem z dziewczyną 2,5 roku, jak wszyscy planowaliśmy spędzić całe życie ze sobą (mieszkamy ze sobą 50/50 - jeden dzień u niej drugi u siebie w domu - daleko mam pracę i ciężko od niej mi było dojeżdżać). Mamy...

Witam! Byłem z dziewczyną 2,5 roku, jak wszyscy planowaliśmy spędzić całe życie ze sobą (mieszkamy ze sobą 50/50 - jeden dzień u niej drugi u siebie w domu - daleko mam pracę i ciężko od niej mi było dojeżdżać). Mamy po 29lat. Od pewnego czasu zaczęła się bardzo dziwnie zachowywać, nie wiedziałem dlaczego. Któregoś dnia zauważyłem, że pisze z kimś przez GG, telefon (padły nawet słowa Kocham Cię). Mam za to do niej pretensję, że zrobiła mi to za plecami (niby dawała mi znaki wcześniej, że jest coś nie tak, ale tego nie widziałem, źle to odczytywałem). Również mam do siebie, bo ją bardzo zaniedbałem w ciągu ostatniego okresu (powiedziała mi to i to potwierdzam). Bardzo mi na niej zależy. Ona twierdzi, że sama nie wie co ma z "nami" zrobić. W przyszłym tygodniu chce z koleżanką wyjechać na wakacje za granicę. Stwierdziła, że zobaczy co się będzie działo, czy będzie tęskniła za mną czy nie. Jak myślicie czy mogę coś zrobić, żeby uratować związek? Mam jeszcze tydzień do jej wyjazdu. A za 2 tyg. są jej urodziny.

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Co powinnam zrobić, czy to da się naprawić?

Poznaliśmy się 4 lata temu. Ja, lat 23, mieszkająca w dużym mieście, samotna matka 3-letniego chłopca, świetnie zarabiająca prostytutka. Było mnie stać na wszystko, czego chciałam. Poza pracą w agencji miałam stałego sponsora, który wpłacał co miesiąc sumkę, o której...

Poznaliśmy się 4 lata temu. Ja, lat 23, mieszkająca w dużym mieście, samotna matka 3-letniego chłopca, świetnie zarabiająca prostytutka. Było mnie stać na wszystko, czego chciałam. Poza pracą w agencji miałam stałego sponsora, który wpłacał co miesiąc sumkę, o której inni mogą pomarzyć za 2 spotkania w miesiącu. ON właśnie obchodził 40 urodziny i z tej okazji postanowił się zabawić... padło akurat na mnie. Poza tym właśnie się rozwodził po wieloletnim związku, ja kończyłam związek z żonatym mężczyzną, też byłym klientem zresztą. Dla nie znających środowiska - tak się często zdarza, że klienci i prostytutki wiążą się w pary, w mniej lub bardziej chorych związkach. No więc spędziliśmy ze sobą noc. Po 2 miesiącach spotkaliśmy się ponownie, już na neutralnym gruncie i nie w celach seksualnych. Ze względu na moje doświadczenie z mężczyznami, bynajmniej nie seksualne, oraz jego doświadczenie wynikające z wieku oraz przebytego małżeństwa, bardzo szybko zorientowaliśmy się, że jesteśmy dla siebie osobami, jakich szukamy. Zaręczyliśmy się po 2 miesiącach. Ja odeszłam z pracy - prawie, on przeprowadził się do mnie... co wcale nie było łatwe, od wielu lat mieszkał za granicą, tam miał przyjaciół, dorastającą córkę, dom, tam pracował. Zrezygnował ze świetnej oferty pracy na Cyprze, ponieważ moje dziecko nie miało paszportu, a jego ojciec nie chciał podpisać zgody na jego wyrobienie, jednocześnie przyjechał z niespłaconym kredytem, który wziął na siebie w trakcie rozwodu, a i z pracy odszedł z różnych powodów. Przez rok żyliśmy z pieniędzy, które dostawałam od sponsora i to właśnie jest to „prawie odeszłam z pracy”. On nie pracował z wielu także powodów, ze względu na to, że w moim mieście nie znał absolutnie nikogo, przez prawie 20 lat mieszkał za granicą i Polska specyfika była mu obca po takim czasie, a także dlatego, że obydwoje lubimy wygodne życie i o pracy na budowie nie było mowy. Zresztą mi to odpowiadało. Pokochaliśmy się, zaprzyjaźniliśmy. Kiedy mój kontrakt ze sponsorem się kończył, wyjechaliśmy do mniejszego miasta, gdzie on miał dawnych znajomych i miał większe możliwości, jeśli chodzi o pracę. Przez jakiś czas razem z bratem prowadzili współpracę przewozową z dużą firmą, ale okazało się to niewypałem. Otworzyliśmy nie do końca legalny interes, w rezultacie po 3 latach ja 2 razy zostałam aresztowana, on wylądował w puszce na 3 miesiące, firma z dnia na dzień przestała funkcjonować. Wyszłam z aresztu po 3 dniach, z czterdziestoma groszami w kieszeni, bo tyle mi zostawili policjanci, w trakcie rewizji zabrali samochód i wszystkie pieniądze, i sprzęty, które mieliśmy w domu. Musiałam pożyczyć pieniądze, żeby jechać po synka do biologicznego ojca, który zaopiekował się dzieckiem na te 3 dni. Z dnia na dzień musiałam nagle płacić adwokatom, opłacić mieszkanie, przedszkole, życie, wiecie jak to jest... ponieważ 40 groszy jakoś nie chciało starczyć na wszystko. Zamieściłam ogłoszenie w dziale towarzyskim i wróciłam do pracy. Ponieważ jestem atrakcyjną osobą, w tej branży zarabiam świetnie, ale i tak nieraz sytuacja zmusiła mnie do sprzedania się za pieniądze poniżej mojej godności i z mężczyznami, którzy normalnie wywołują u mnie odruch wymiotny. Ale kiedy musisz następnego dnia wpłacić dużą sumę adwokatom albo zapłacić przedszkole lub lekarza, prostytutka zaciska zęby i robi swoje. Tak jak każdy fliziarz przyjmuje zlecenie na płytki u nieprzyjemnego klienta lub tak, jak musisz znosić obcesowe i chamskie zachowanie przełożonego. Kiedy adwokat partnera powiedział, że mam 3 dni na uzbieranie 10 000 zł kaucji, przez 3 dni pracowałam bez przerwy, uwierzcie mi... ciało ma swoje granice, które ja nie jeden raz w ciągu tych 3 miesięcy złamałam, zapożyczyłam się u rodziny i jego kolegów. Kiedy wyszedł, zapytał o to, po 2 tygodniach... bał się wcześniej. To było rok temu. Od tego czasu borykamy się z wieloma problemami natury prawnej i finansowej, sprawy w sądzie ciągną się za nami jak smród po gaciach, adwokatom nie płacimy już od ponad pół roku, bo nie mamy z czego, nie ma mowy o drogich ciuchach, wyjazdach za miasto na weekend, on odmawia sobie prawie wszystkiego, spodnie dosłownie prują mu się na tyłku. Teraz żyjemy biednie, ale to nic w porównaniu z tym, co przeżywamy wewnątrz siebie. Rozumiem go, bo ja jestem zazdrosna o niego nawet, kiedy on mówi, że jakaś laska fajnie wygląda (byliśmy raczej nowoczesnym związkiem i mi nie przeszkadzało, że oglądał się nawet w moim towarzystwie za fajną dziewczyną, wiem, że taka jest męska natura). A co dopiero, gdyby miał uprawiać seks z tyloma kobietami. Często wybuchają między nami z tego powodu awantury, że jemu nie dawałam tak często (cierpię na Vulvodynię), a z frajerami mogłam nawet 5 razy dziennie, że za każdym razem, kiedy się kochamy lub kiedy on ogląda porno, widzi mnie, jak biorą mnie inni, jak spuszczają się na mnie, jak obrabiam fiuty różnego rodzaju i kształtu, kiedy idziemy sporadycznie przez miasto lub robimy zakupy w hipermarkecie, wie, że trzymając mnie za rękę, za drugą trzyma mnie połowa facetów z miasta, czuje się poniżony, wiedząc, że ten, który akurat patrzy w naszą stronę, może właśnie mnie posuwał i teraz się z nas śmieje, że tacy zakochani idziemy, a on mnie posuwał o tyłu i skakałam po nim na jeźdźca. Mój partner bardzo przeżywa to, co się stało, chciał popełnić samobójstwo, jest w głębokiej depresji. Kochamy się, dlatego walczymy o siebie. Ja także cierpię na depresję, podejrzewam u siebie nerwicę żołądka, z powodu stresu bardzo wypadają mi włosy, on osiwiał do końca, kiedy nie może znieść bólu, pije, ja zresztą też lubię sobie załagodzić nerwowe sytuacje. Od kilku miesięcy zaczęłam cierpieć na bezsenność, zasypiam albo kiedy jestem tak zmęczona, że kładę się do łóżka na partyzanta, czyli w ciuchach, albo kiedy się opiję. Oczywiście w ciągu dnia muszę trzymać siebie w ryzach, mam przecież synka, który chodzi do zerówki i potrzebuje normalnego domu. Robię więc zakupy, gotuję, chodzę na plac zabaw, na hulajnogę, na wywiadówki, staram się jak mogę. Mój partner chce sypiać z innymi kobietami, żeby... wyrównać rachunki, żebym mogła go zrozumieć, w złości wykrzykuje przez łzy, że jak będziemy mieli pieniądze, będzie chodził na prostytutki, żeby...no wiecie. Kiedy mówię mu, żeby dał ogłoszenie i zobaczył, jakie to super zajęcie uprawiać seks z obleśnymi starszymi osobami, które traktują cię jak pudło do..., on mówi, że czuje się wyruchany przez tych tych wszystkich, z którymi robiłam to ja, jak wywrócona na drugą stronę prezerwatywa. Boi się, który z jego kolegów, których ja nie znam, był u mnie jako klient. Jest nam ze sobą coraz ciężej, ale nie potrafimy bez siebie żyć. Ja znoszę upokorzenia z jego strony, jego ucieczkę z domu do kolegów lub w pracę, a potem jego łzy. Znoszę je, bo go rozumiem, choć na pewno nie w całości pojmuję jego ból. Ale nie chcę się zgadzać na trójkąt, kiedy ja sama nie mogę liczyć na to. Idąc ze mną ulicą, przytuli mnie, pocałuje... nie całujemy się w ogóle zresztą. Jak mam się na to zgodzić, kiedy on nie pójdzie ze mną do knajpy, w restauracji byliśmy 2 razy w ciągu tego roku i to nie z powodu braku kasy. A ja modliłam się, żeby tylko żaden mój klient nie przyszedł przypadkiem akurat tu z żoną na obiad. Nie chcę go stracić, ale nie chcę też stracić siebie. Co robić, co robić!?

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek

Jak naprawić nasze intymne relacje?

Witam! Mieszkam ze swoim chłopakiem od 1,5 roku, znaliśmy się przedtem 2 miesiące. Tylko na samym początku było dobrze w łóżku. Szybko okazało się, że jest bardzo zazdrosny, miałam wrażenie, że jest to chorobliwa zazdrość, która powodowała wieczne kłótnie, miał... Witam! Mieszkam ze swoim chłopakiem od 1,5 roku, znaliśmy się przedtem 2 miesiące. Tylko na samym początku było dobrze w łóżku. Szybko okazało się, że jest bardzo zazdrosny, miałam wrażenie, że jest to chorobliwa zazdrość, która powodowała wieczne kłótnie, miał wieczne pretensje o wszystko, nie okazywał mi uczuć, tylko szukał powodów do zazdrości i okazywał pogardę oraz brak zaufania. Powodowało to moją frustrację i brak ochoty na seks, co jeszcze więcej dawało mu powodów do zazdrości. Po roku udało mu się, po moich wielokrotnych prośbach, wyleczyć z zazdrości. Jednak namiętność nie wróciła. Czuję się z nim dobrze, bardzo go kocham i chciałabym spędzić z nim życie. Uprawialiśmy seks jednak sporadycznie, nie potrafiłam na nowo się otworzyć po tym nieprzyjemnym okresie, byłam w łóżku "sztywna", mój chłopak nie był usatysfakcjonowany. Dopiero, gdy dochodziło do awantur, groził, że odejdzie, że ten związek nie ma sensu, zaczynałam bardziej się starać, ale i tak nie czułam z jego strony zadowolenia, czułam się skrępowana, że nie jestem dość dobra. On był bardzo sfrustrowany, powiedział, że nie będzie już zabiegał o seks, że teraz ja mam się starać. Starałam się, ale nie czułam od niego zachęty, potwierdzenie, że jest mu fajnie, że chce więcej. Za każdym razem coś szło nie tak, zadzwonił telefon i nie mogłam się skoncentrować albo miał pretensje do siebie, że jest kiepski, bo ja rozkręcałam się dopiero, gdy on już kończył. Wiem, że uważa to jako wielką swoją porażkę, jest niedowartościowany i był już wcześniej (stąd ta chorobliwa zazdrość). I tak to nasze życie seksualne zamierało do obecnego momentu, w którym on nie chce się kochać w ogóle, odmawia mi za każdym razem. Powiedział, że nie ma już ochoty po tym wszystkim, że bardzo to podziałało na jego męskie ego, nie ma już ognia między nami i związek ma się ku końcowi. Ja chyba dopiero teraz poczułam prawdziwy, silny pociąg seksualny do niego, gdy on mnie odtrąca. Nie chcę go stracić, wiem, że ma racje, w obecnym stanie ten związek jest bez sensu, chciałabym wszystko naprawić, być dla niego pociągająca i zaspokajać jego potrzeby. Ale moje próby wszystkie są odrzucane, on już po prostu mnie nie chce. Co mam zrobić, żeby przebolał i zamknął w głowie ten zły okres, uwierzył, że mnie pociąga i jest moim ideałem faceta? Aby chciał dać nam ostatnią szansę?
odpowiada 1 ekspert:
 Redakcja abcZdrowie
Redakcja abcZdrowie

Ratowanie związku - czy warto?

Witam ! Jestem mężatką od 13 lat. Mam 2 dzieci- 12 lat i 2,5 roku. Mąż jest młodszy o 7 lat. Ja mam 43. Gdy poznałam męża sądziłam, że jest idealnym partnerem dla mnie. Mąż to samo sądził o mnie....

Witam ! Jestem mężatką od 13 lat. Mam 2 dzieci- 12 lat i 2,5 roku. Mąż jest młodszy o 7 lat. Ja mam 43. Gdy poznałam męża sądziłam, że jest idealnym partnerem dla mnie. Mąż to samo sądził o mnie. Niestety życie pokazało, że nie tak łatwo żyje sie we dwoje. Od samego początku nasze małżeństwo nie należało do łatwych. Patrząc z perspektywy mąż wytyka mi, że : * nie uprawialiśmy sexu tak często jak on tego by sobie życzył - pomimo tego, że w jego mniemaniu się starał (kwiaty, świece itp. zdarzylo sie kilka razy owszem). Wychowana byłam w przeświadczeniu, że sex jest " be". W dniu ślubu byłam dziewicą, nie miałam doświadczeniana tym polu. Mąż zawsze był bardzo delitkatny, nigdy nie robił nic na siłę. * Nie dbałam wystarczająco o dom - no trzeba tu nadmienić, że mąż jest strasznym pedantem, do tego stopnia, że na suszarce naczynia mają stać w odpowiedniej kolejności, żaden okruszek nie może leżeć na stole -sprawdzał ręką po przyjściu z pracy czy stół jest bez skazy, w szafie ubrania mają leżeć równiutko złożone w kostkę itp. Przyznaje bez bicia, że czasami "olewałam" te jego "wymogi" * Zbyt ulegam rodzicom i za często ich odwiedzam. Nie potrafię im się przeciwstawić. Mmm...jestem jedynaczką, wychowaną raczej konserwatywnie. Rodzice bardzo mnie kochają, ale mają czasami despotyczny charakter. Wymagają bezwzględnego posłuszenstwa, bo jak nie to się obrażają. Byłam między młotem a kowadłem. *Mąż twierdzi, że nie mamy wspólnych zainteresowań. No przyznać trzeba, że mnie nie interesuje to co jego i na odwrót. * Nie wyjeżdżaliśmy prawie nigdzie razem. Byliśmy raz na wczasach nad morzem i raz u mojej i jego rodziny. To wszystko. Nie liczę oczywiście wyjazdów jedniodniowych. Gdy zaczęło się psuć, mąż zaczął wychodzić z domu do tego stopnia, że więcej go nie było niż był. Na mnie spadł ciężar prowadzenia domu, wychowywania dzieci (w zasadzie to nigdy sie nimi nie zajmował - młodszym dzieckiem wogóle), zakupy, praca. On miał zainteresowania, które rozwijał, spotykał się z kolegami, miał czas na relaks, bo był zestresowany przebywaniem w domu ...ze mną... W końcu doszło do tego, że zaczął spać w pokoju obok. Gdy sytuacja była już nie do zniesienia, po ktorejś z kłótni kazałam mu się wyprowadzić. Wychodząc powiedział, że to na kilka dni. Wynajął mieszkanie. I tak minęło półtora roku. Spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu. Czasami uprawialiśmy sex (było fajnie), jeździliśmy z dziećmi tu i tam. Sądziłam, że może jakoś się to ułoży. Przez ten czas wyremontowałam mieszkanie - w czasie, gdy ze mną mieszkał nie było na to pieniędzy, bo trzeba było np. zmienić auto, kupić drogi sprzęt do filmowania, gitarę itp. Zrobiłam też remont w moim sercu. Stwierdziłam, że jednak go kocham. Dla niego zmieniłam się. Dbam o mieszkanie, siebie, dzieci, nie utrzymuję aż tak zażyłych kontaktów z rodzicami jak przedtem, zmieniłam patrzenie na sex- z małą pomocą sexuologa. Postanowiłam ratować nasze małżeństwo - dla dzieci, dla nas. I tu wybuchła bomba. Okazało się, że mąż ma kochankę. Od dłuższego czasu. Nie dowiedziałam się tego od niego tylko od " życzliwej " znajomej. On sam się wypierał, w końcu jednak się przyznał. Chcąc się zemścić umówiłam sie na randkę z mężczyzną. Gdy się o tym dowiedział - szalał- był zwyczajnie wściekły. Zaprzestałam spotkań - były dwie randki tzn. spotkanie na kawie - on ma tą "panią" od dłuższego czasu - bo jak stwierdziłam nie warto ryzykować utraty związku dla może przelotnej znajomości. Powiedziałam mu o tym, staram się wybaczyć mu tą zdradę. Chcę spróbować, dać nam szanse. Wielokrotnie rozmawiałam z nim o tym, ale mąż twierdzi, że wciąż nie wie co zrobić - czy zostać ze mną czy wybrać życie z nią. Przyznaje, że teraz widzi jak dla niego dużo znaczą dzieci, że mu ich brakuje, że tęskni za nimi. Rozważa powrót do domu ze względu na nie, żeby miały go cały czas, a nie kilka razy w tygodniu. Młodszy syn bardzo płacze, gdy mąż wychodzi i prosi "...zostań z nami, ja cię bardzo kocham. Nie idź ". Córce pogorszyły się wyniki w nauce - z szóstek zrobiły się trójki, jest też niegrzeczna. Często prosi ojca, aby został w domu. Mąż twierdzi jednak, że mu się pozmieniało względem mnie.. Widzi moje zmiany, że się staram, ale " ja tego nie czuje ", tak mi odpowiada. Stwierdził ostatnio, że on nie ma złudzeń względem Nas. Bo nas już nie ma. Jesteśmy ja i on. Na pytanie czy kocha tamtą odpowiedział mi, że on chyba nikogo nie potrafi kochać, a przecież we mnie był zakochany bardzo...był... Co ja mam w tej sytuacji zrobić? Czy warto walczyć o to, żeby wrócił i sklejać to co zostało? Czy dla nas może byc jeszcze jakaś szansa? Sądzę, że mąż by wrócił gdyby miał nadzieję, że może być fajnie i tak jak trzeba między nami, bo we mnie zaszły zmiany tak wielkie ,że sama nie mogę tego pojąć. Czy ja naprawdę mogłam dojrzeć do małżeństwa dopiero teraz? Tylko czy na to nie jest zbyt późno? Czy moich dobrych chęci wystarczy za nas dwoje? Jak go przekonać, żeby dał nam szansę? A może lepiej dać sobie spokój i zacząć żyć bez niego? Proszę o radę, bo naprawdę nie mam pojęcia co mam robić? Co Pani o tym wszystkim myśli? v.

odpowiada 2 ekspertów:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka
Mgr Magdalena Hanna Nagrodzka

Czy drugi związek warto ratować?

Od trzech lat jestem w związku. Oboje jesteśmy po rozwodach ja od 6 lat on od 3. Wszystko było w porządku, ot dwóch rozbitków spotkało się na zakręcie. Ale niestety od roku z dnia na dzień jest coraz gorzej. Zaczęło...

Od trzech lat jestem w związku. Oboje jesteśmy po rozwodach ja od 6 lat on od 3. Wszystko było w porządku, ot dwóch rozbitków spotkało się na zakręcie. Ale niestety od roku z dnia na dzień jest coraz gorzej. Zaczęło się od tego, że była żona mojego partnera złożyła w sądzie pozew o podwyższenie alimentów (mają 2 dzieci) no i zaczęło się. Zaczęły się jego użalania, że to nie on chciał się rozwieść tylko ona, że płaci i tak dużo a teraz ona go całkiem oskubie. Załatwiłam mu dobrego adwokata i w sumie sąd podwyższył alimenty tylko nieznacznie, bo z resztą inaczej przy jego zarobach nie mógł. Ale on od tego czasu ma żal do całego świata, a to, że dzieci nie odbierają telefonów, a to że nie ma wystarczająco dużo zleceń i nie dorobi. Codziennie pojawiło się też piwo, po którym jest jeszcze bardziej marudny, uszczypliwy i roszczeniowy. A ostatnio dzieci mojego partnera zmieniły numery telefonów i nie odzywają się do niego. Zaczął się dramat. Zawsze swoje niepowodzenia wyładowywał na mnie, jakby to była moja wina. Ja oczywiście zawsze zdecydowanie reagowałam. Jednak jak okazało się, że jego dzieci tak go potraktowały, on stwierdził, że nie chce mnie ranić i najlepiej się rozstać, że jego najbliżsi przecież poznali się na nim i wygonili go z domu nie za darmo, że ja nie zasługuję na to żeby cierpieć itd. Oczywiście znowu na mnie się skupiło. Potem oczywiście przeprosił, ma poczucie winy, ale jest zły że je ma. Stwierdził, że ma duży kłopot i miał prawo wyładować się. Mieliśmy tyle planów na wspólną przyszłość, ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy faktycznie nie zakończyć tego związku. Mój były mąż zostawił mnie dla innej kobiety i jakoś sobie poradziłam, popadłam w depresję, ale poradziłam sobie. Byłam bardzo samotna i jak spotkaliśmy się z obecnym partnerem byłam niezmiernie szczęśliwa, że mój zły los skończył się. Był opiekuńczy, troskliwy i ciepły, ale teraz go nie poznaję, zachowuje się tak jakby był diametralnie inną osobą. Nie chcę być sama, ale nie chcę też reanimować związku, który zaczyna być toksyczny. Proszę o radę. Agnieszka

odpowiada 1 ekspert:
Mgr Arleta Balcerek
Mgr Arleta Balcerek
Patronaty