Twój przewodnik po zdrowiu

  1. Opisz swój problem. Pomożemy Ci znaleźć odpowiedź w bazie ponad miliona porad!
  2. Nie ma informacji, których szukasz? Wyślij pytanie do specjalisty.
Rozpocznij
7 6 7 , 2 0 1

odpowiedzi udzielonych przez naszych ekspertów

Rzetelnie + Bezpiecznie + Bezpłatnie

Emocje: Pytania do specjalistów

Czuję, jakbym była w stanie zawieszenia...

Mam 21 lat, właściwie nie mogę powiedzieć, żebym uważała, że jestem chora. Po prostu myślę, że chciałabym z kimś porozmawiać, otwarcie, bez skrępowania, bardziej na zasadzie rozmowy dwóch równych sobie ludzi, niż na zasadzie lekarza i pacjenta. Nie niszczę swojego...

Mam 21 lat, właściwie nie mogę powiedzieć, żebym uważała, że jestem chora. Po prostu myślę, że chciałabym z kimś porozmawiać, otwarcie, bez skrępowania, bardziej na zasadzie rozmowy dwóch równych sobie ludzi, niż na zasadzie lekarza i pacjenta. Nie niszczę swojego życia, funkcjonuję normalnie, jednak wiele rzeczy jest mi po prostu obojętnych. Wstaję rano, idę na uczelnię, wracam, oglądam coś dla zabicia czasu i uciszenia myśli, idę spać.

Często zdarzały mi się problemy z zasypianiem, napady smutku, wręcz płaczu, czy też roztrzęsienie, jednak nie jest to permanentne. Bywam wesoła, a bywam smutna, wydaje się normalne, jednak nie do końca czuję się z tym wszystkim dobrze. Nigdy nie miałam problemów typu brak zdecydowania, zawsze wiedziałam, czego chcę, co powinnam zrobić, co czuję, a teraz takie prozaiczne dylematy nie pozwalają mi przestać zadręczać się myślami, wspomnieniami. Czuję po prostu taką jakby stagnację, stan zawieszenia, ale jednak wszystko w koło żyje...?! Czy powinnam porozmawiać z kimś, lekarzem? Jeśli tak, to gdzie w Poznaniu byłoby takie coś możliwe?

Nie potrafię cieszyć się, będąc sama

Witam. Niestety mam skłonność do opisywania faktów strasznie szczegółowo i z reguły piszę i mówię (jeśli już mam okazję) dużo. Co prawda parę miesięcy temu opisałam na jakimś forum psychologicznym całą moją historię ostatnich 7 lat, ale nie zostałam tam...

Witam. Niestety mam skłonność do opisywania faktów strasznie szczegółowo i z reguły piszę i mówię (jeśli już mam okazję) dużo. Co prawda parę miesięcy temu opisałam na jakimś forum psychologicznym całą moją historię ostatnich 7 lat, ale nie zostałam tam potraktowana zbyt poważnie. Teraz wydaje mi się, że tego wszystkiego, co zawarłam właśnie w tamtym poście nie muszę tutaj pisać. Wydają mi się te rzeczy znacznie mniej ważne i może też fakt, że wyrzuciłam z siebie trochę żalu spowodował, że jestem niejako 'oczyszczona'. Mój problem tkwi (na tę minutę, bo jeśli miałabym spojrzeć na to szerzej, pisałabym i pisała:)) w tym, że nie potrafię czasem określić swoich uczuć. Nie potrafię ich nazwać, sprecyzować.

3 miesiące temu rozstałam się z chłopakiem, z którym byłam 5 lat. Przez rok mieszkaliśmy razem, podczas gdy ja studiowałam - on pracował. W ciągu tych 5 lat wiele się między nami wydarzyło, parę razy mnie zawiódł (choć nie wiem, czy to odpowiednie wyrażenie. Może zawodzi się tylko raz?). Rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie. Powiem, że był całkowicie innym chłopakiem niż w momencie, gdy go poznałam. Po pierwsze był dla mnie bardzo ciepły, czuły i kochany (wcześniej był typem imprezowicza), zazdrosny i po parę razy dziennie słyszałam 'kocham cię'. W momencie, gdy zaczęliśmy być ze sobą, odwróciła się ode mnie moja przyjacioółka (przyjaźniłyśmy się 7 lat). Rok wcześniej zmarło moich dwóch dziadków. Okres ten nie był dla mnie łatwy.

Ale nie w tym rzecz. Zorientowałam się, że z tym, że straciłam przyjaciółkę, a także innych przyjaciół, z całym tym bólem, który we mnie siedział nie mogłam poradzić sobie przez bardzo długi czas. Dopiero w tym roku mam wrażenie, że po prostu zniknął. Może dlatego, że nowe miasto i nowi ludzie? Sama nie wiem... Tak więc zaczęłam pisać o tym, że nie potrafię nazywać swoich uczuć, a przeszłam do opowiadania o tym, o czym właściwie już powinnam skończyć mówić:)) Czasem jestem zwyczajnie zmęczona, ale za nic nie położę się do łóżka, nie pośpię... tylko siadam, płaczę. Wydaje mi się, że jest wszystko źle, że nie wiem czego chcę, że wiem, że nie kocham mojego byłego chłopaka, że nie chcę z nim być, a z drugiej strony cholernie tęsknię za tym co było, gdy było fantastycznie.

Nie potrafię poradzić sobie z samotnością. Ale nie taką samotnością 'braku mężczyzny'. Bo z tym nigdy nie miałam problemu i nigdy na siłę nie szukałam miłości. Uważam, że to ona nas znajdzie. Po prostu nie potrafię cieszyć się byciem sama. Gdy jestem w domu, nie wiem, co mam ze sobę zrobić. Czasem jest lepiej - czytam gazety, robię coś na kompuetrze. A czasem fatalnie. Boli mnie to, że moje szczęście, radość życia uzależniły się od innych osób. Bo tak naprawdę, patrząc na swoje życie, widzę, że przeszłam z rąk rodziców w rece przyjaciółki, potem jednego chłopaka i drugiego. I nawet ciężko mi podejmować jakieś decyzje.

W tym roku wyjechałam za granicę na 2 miesiące. Było ciężko, smutno niekiedy, tęskniłam cholernie za rodzicami, ale wiem i widzę, że ten pobyt dużo mi pomógł, wiele się nauczyłam, stałam się silniejsza. Moje problemy się zmieniły. Ale nadal jest coś nie tak. Czasem myślę wieczorami o tym, co będzie, gdy poznam kogoś i czy w ogóle jeszcze się zakocham? Czy będą takie chwile i wspaniałe momenty jak w ostatnim związku? Czasem myślę, że życie jest tak przewrotne, że kto wie, czy za 2-3 lata nie spotkam mojego byłego (który utrzymuje, że nadal mnie kocha i będzie kochał całe życie), będziemy mądrzejsi, po innych związkach i pewni, że się kochamy?

Sama nie wiem... potrafię się dobrze bawić, kocham tańczyć, lubię rozmawiać z ludźmi. Ale nie lubię, tak jak gdy miałam 16-17 lat (teraz mam 21), tłumów. Poza tym ciężko mi znależć bratnią duszę... nie wiem co mi jest. Chciałabym, żeby ktoś spojrzał na to z boku. Powiedział mi, co widzi, czytając zlepek tych kilkuset słów. Czy to ja wymyślam, czy jest coś nie tak.

Agresja - czy można poradzić sobie z nią samemu?

Odkąd pamiętam, byłem nieśmiały. Miałem kłopoty, próbując rozmawiać z rówieśnikami, a z rówieśniczkami w ogóle nie byłem w stanie prowadzić dialogu. Często kończyło się na mamrotaniu i ucieczce. Życie poszło do przodu, mam paru dobrych znajomych, jednak żadnego nie...

Odkąd pamiętam, byłem nieśmiały. Miałem kłopoty, próbując rozmawiać z rówieśnikami, a z rówieśniczkami w ogóle nie byłem w stanie prowadzić dialogu. Często kończyło się na mamrotaniu i ucieczce. Życie poszło do przodu, mam paru dobrych znajomych, jednak żadnego nie mogę nazwać przyjacielem. Nie potrafię powiedzieć im wszystkiego, choćbym chciał. Prześladuje mnie wrażenie, że jedyną przyczyną, dla której się ze mną zadają to wyśmiewanie mnie za moimi plecami. Jestem uznawany za inteligentnego, znającego się na ludziach, jednak zupełnie nie działa to wobec mnie samego (w tym wypadku jestem niemalże ślepy).

Nie mam problemów z wyjściem ze znajomymi do kina czy pójściem do klubu, jednak jestem uznawany za aspołecznego. Spore trudności mam również w utrzymaniu świeższych znajomości. Trudno mi jest pohamować niechęć do osoby, która mnie zraniła. Nawet jeśli to było nieumyślne/przypadkowe/urojone. Zazwyczaj kończy się na znienawidzeniu + monologu celnie wytykającym wady, po którym dana osoba nie chce mnie znać. Czasami reflektuję się w porę i udaje mi się to jakoś powstrzymać. Po paru tygodniach nastawienie do osoby zazwyczaj ulega wyzerowaniu (możliwe, że ma to związek z moją kiepską pamięcią do wydarzeń).

Dręczą mnie straszne huśtawki nastrojów. Bywają takie dni, że co 15 minut mam skrajne zmiany nastawienia do życia. Nauczyłem się odgrywać nastrój odpowiedni do sytuacji, mimo że wewnątrz czuję zupełnie inaczej. Często mam wrażenie, że jestem zasilany nienawiścią. Czuję wtedy potężną niechęć/odrazę do wszystkiego, a w szczególności do siebie samego. Często mam poczucie beznadziejności i bezcelowości mojej egzystencji.

Najbardziej irytują mnie szczęśliwe pary. Wzbiera we mnie wtedy złość na samego siebie, że nie potrafię być atrakcyjny dla płci przeciwnej i nie jestem w stanie stworzyć żadnego związku. Gdy widzę osobę, którą darzę uczuciami, zazwyczaj czuję bezsilność i straszny smutek (chwilami mam ochotę wyć). Wbrew pozorom jestem osobą tolerancyjną (niekiedy aż za bardzo), spokojną (zawsze mówię spokojnie, bez unoszenia się, trzymam nerwy na wodzy).

Boję się odrzucenia

Witam. Zbliża się osiemnastka, a ja nadal nie mogę odnaleźć kobiety. Nie jestem osobą wstydliwą, ale boję się "odrzucenia". Boję się, że dziewczyna powie mi: nie pasujemy do siebie, przykro mi, ale nic z tego nie wyjdzie... itp. Boję się...

Witam. Zbliża się osiemnastka, a ja nadal nie mogę odnaleźć kobiety. Nie jestem osobą wstydliwą, ale boję się "odrzucenia". Boję się, że dziewczyna powie mi: nie pasujemy do siebie, przykro mi, ale nic z tego nie wyjdzie... itp. Boję się tego, że nie będę mógł spojrzeć w oczy tej dziewczynie, która mnie odrzuciła... 3 lata temu miałem dziewczynę, z którą byłem pół roku. Od tego czasu nie potrafię odnaleźć innej. Warto dodać, że to dziewczyna podbiła do mnie. Idąc wieczorem i widząc młode pary, czuję się... źle, bo zaczynam czuć się samotnym, zaczyna brakować mi kobiety, dzięki której życie nabiera kolorów. Jestem osobą zadbaną, miłą, wesołą, o własnym eleganckim stylu, a mimo to boję się odrzucenia i czekam, kiedy znów któraś dziewczyna podbije do mnie...:(

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Związek wirtualny - wyobrażam sobie, że jesteśmy parą. To staje się moją obsesją. Co robić?

Jestem kobietą w wieku 19 lat i ogólnie sądzę, że moje samopoczucie nie jest do końca "normalne". Znam pewnego chłopaka przez internet już od roku, jednak od jakichś 2 miesięcy zaczęłam go kochać. Uczucie jest tak silne, że wręcz nie...

Jestem kobietą w wieku 19 lat i ogólnie sądzę, że moje samopoczucie nie jest do końca "normalne". Znam pewnego chłopaka przez internet już od roku, jednak od jakichś 2 miesięcy zaczęłam go kochać. Uczucie jest tak silne, że wręcz nie daje mi spokoju. Znam jego psychikę, wiem jak wygląda. Ostatnio doszłam do takiego stanu, że zaczęłam szukać jego powiązań rodzinnych, kim są jego rodzice, jak mają na imię, ile mają lat, gdzie pracują. Zdobyłam jego adres domowy, znalazłam stronę, na której opisywał swoje dni, jak je spędził, co robił i co czuł. Wiem, że ta obsesja, w jaką wpadłam jest zła i szukam pomocy, jednak słowa innych jakby do mnie nie docierają. Odpowiadam po prostu, że wiem to wszystko i jestem tego świadoma, ale uczucia pozbyć się nie mogę.

Jego obraz nęka mnie w snach, w życiu osobistym. Pomału zaczynam już sądzić, że jesteśmy ze sobą, ale przecież to nieprawda. Nie jesteśmy, możliwe, że nie będziemy. Nasze relacje są zwyczajne, gadamy dość prosto, bez zbędnej emocjonalności, jednak on mnie często ignoruje. Najpierw chce, bym pisała, kiedy chcę i o czym chcę, bym mu o sobie przypominała, ale po 2 dniach już nie ma na nic ochoty, albo mu się po prostu nie chce z lenistwa, albo ma może ważniejsze sprawy? Nie wiem. Ma on 16 lat, czasem mi się wydaje, że zachowuje się jak dziecko, ale często też sama widzę w nim zalety... Nie dostrzegam wad i mimo iż mnie to wszystko denerwuje, wiem, że go nie kocham, wiem, że to nie jest możliwe i wiem, że nie powinnam... To mimo to z drugiej strony CZUJĘ, że go kocham, czuję, że to możliwe.

Z czasem nawet poczułam, że jestem w centrum jego rodziny, że jego rodzice mnie lubią, bardzo. Wyobrażam sobie, jak z nimi rozmawiam, wyobrażam sobie, jak ja i *on* jesteśmy razem i tak już do końca. Czasem wpadam w desperację i przychodzą myśli w stylu "musimy mieć dziecko, by być razem". Czuję się jak jakaś psychopatka, wpadam z jednej skrajności w drugą i nie wiem już, co mam zrobić. Czasem słowa do mnie nie docierają, a czasem docierają, ale ja i tak jakoś to sobie tłumaczę, nie wiem, jak to się dzieje, nie umiem się wziąć w garść, to jest dla mnie jednocześnie śmieszne i żałosne, a z drugiej strony potrafię być szczęśliwa dzięki samej rozmowie z nim.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Problemy z samym sobą

Witam serdecznie. Od kilku lat zamykam się coraz bardziej w sobie, nie potrafię się otworzyć i porozmawiać. Jestem Damian i mam 24 lata. W okresie dorastania zaczęły się moje problemy. Jestem orientacji homoseksualnej. Gdy zacząłem się o tym przekonywać,...

Witam serdecznie. Od kilku lat zamykam się coraz bardziej w sobie, nie potrafię się otworzyć i porozmawiać. Jestem Damian i mam 24 lata. W okresie dorastania zaczęły się moje problemy. Jestem orientacji homoseksualnej. Gdy zacząłem się o tym przekonywać, było to dla mnie nienormalne, szukałem jakiegoś wyjścia i popadłem w narkomanię. Miałem wtedy wysoką samoocenę i życie się jakoś toczyło. Rodzice nigdy nie potrafili ze mną porozmawiać, brak jakiegokolwiek zainteresowania, co mnie gnębi, co mi dolega. Zawsze słyszałem słowa krytyki, tak nie możesz robić, powinieneś robić to tak, ty w życiu sobie nie poradzisz i wiele innych, które z każdym dniem zamykały mnie coraz bardziej.

Lata uciekały i ja też w końcu zmądrzałem. Przestałem brać narkotyki, miałem partnera, zaczynałem być szczęśliwy. Przyszła więc i pora powiedzieć o tym rodzicom, że ich syn nie ma dziewczyny, tylko chłopaka i wtedy usłyszałem rzeczy, o których wstyd mi mówić. Jednym z takich słów było ,,to jest jakaś choroba odzwierzęca i musisz się leczyć". Każdy wie, że homoseksualizm nie jest chorobą, a słowa matki i ojca w kierunku własnego dziecka bolą. Po tym zdarzeniu zacząłem się zamykać jeszcze bardziej. Rodzicom z czasem przeszło i zaakceptowali mnie takim, jakim jestem, ale moja blokada przed rozmową z innymi ludźmi się zatrzasnęła.

Mam partnera, którego kocham i on też bardzo mnie kocha, tylko on oddałby za mnie życie i jest szczery, a ja nie potrafię z nim porozmawiać o moich problemach. Szukam w różnych innych miejscach pomocy, ale nie u niego. Później on ma do mnie pretensje, że nie chcę z nim rozmawiać, a ja po prostu nie umiem się odblokować, zbaczając z drogi, tracę go coraz bardziej, krzywdząc na wiele sposobów. Proszę o pomoc.

Nie radzę sobie z moim życiem

Mam 21 lat, w tym roku zaczęłam studia na kierunku, który średnio mnie interesuje, ale wiem, że muszę je skończyć. Nie potrafię sobie z tym poradzić, mam wrażenie, że nic nie umiem, że wszyscy są mądrzejsi ode mnie. Boję się...

Mam 21 lat, w tym roku zaczęłam studia na kierunku, który średnio mnie interesuje, ale wiem, że muszę je skończyć. Nie potrafię sobie z tym poradzić, mam wrażenie, że nic nie umiem, że wszyscy są mądrzejsi ode mnie. Boję się odezwać, bo czuję, że będę za wszystko krytykowana. Najgorsze jest to, że nie potrafię się zmobilizować do nauki, potrafię siedzieć całymi dniami w domu, słuchać muzyki i włóczyć się z kąta w kąt. Mieszkam z rodzicami i nie potrafię nawet nic zrobić w domu, posprzątać czy ugotować obiadu. Czas przecieka mi przez palce, chcę to zmienić, ale nie potrafię. Ciągle odkładam wszystko na później, a jak przychodzi co do czego to wpadam w panikę i jest jeszcze gorzej.

W kontaktach z ludźmi też jest źle. Mam niewielu znajomych, ciągle siedzę cicho, bo nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Nawet jak mam własne zdanie, to się nie wypowiadam, bo boję się krytyki. Chciałam to zmienić i w rozmowie z moją przyjaciółką odważyłam się wyrazić swoje (odmienne od niej) zdanie, co doprowadziło do kłótni i czuję, że straciłam jedyną bliską mi osobę. Ogólnie boję się wychodzić do ludzi, nawiązywać kontakty. Chciałabym być inną osobą, otwartą i zadowoloną z życia, czy da mi się jakoś pomóc?

Co robić, gdy mężczyzna pogrąża się w beznadziejnym stanie i nie chce udać się do lekarza?

Witam. Od czterech lat jestem w związku z mężczyzną, który - moim zdaniem - jest ofiarą tej straszliwej choroby, a ja nie wiem, co mam robić. Próbowaliśmy już wielu sposobów, żeby wyrwać go ze szponów beznadziei i przeraźliwej pustki w...

Witam. Od czterech lat jestem w związku z mężczyzną, który - moim zdaniem - jest ofiarą tej straszliwej choroby, a ja nie wiem, co mam robić. Próbowaliśmy już wielu sposobów, żeby wyrwać go ze szponów beznadziei i przeraźliwej pustki w sercu. Bo właśnie dlatego dziś On mnie nie kocha. To znaczy nic nie czuje. Do nikogo. Tylko pustkę. Podjęliśmy decyzję o rozstaniu. Miłość się skończyła, ale przyjaźń pozostała. Uwielbiamy spędzać czas razem... Kurczę, to takie trudne... Mi ciężko o tym mówić, a co dopiero Danielowi... Był u psychologa, ale mu nie pomógł. Daniel ma bardzo silny i trudny charakter...

Czasem mówi mi takie rzeczy, że jestem przerażona. Mówi o braku jakichkolwiek uczuć, o ciągłym poczuciu winy... O tym, że tak bardzo chciałby mnie znowu pokochać... O nienawiści do rodziców, którzy, powiedzmy szczerze, dali mu popalić - najłagodniej mówiąc. A to taki dobry facet... Najgorsze, że nie wiem jak mu pomóc... Nie chce iść do psychiatry... Przepraszam za taką chaotyczną wypowiedź, ale kompletnie nie wiem, jakie informacje powinnam przekazać, żeby usłyszeć, co ja mam dalej robić? Przecież nie mogę go zostawić samego. To mój przyjaciel... I mężczyzna, który naprawdę dużo dla mnie znaczy... Proszę, pomóżcie! Nie wiem, co mam robić. Muszę mu pomóc!

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Jan Karol Cichecki
Lek. Jan Karol Cichecki

Co zrobić, by się nie czerwienić?

Hey ! Mam na imię Karolina i mam 14 lat. Moim głównym problemem jest strasznie czerwieniąca się buźka. Wystarczy tylko, że siedzę w klasie, w której jest ciepło, a już moja twarz przypomina czerwone pole bitwy. Nie mam co prawda...

Hey ! Mam na imię Karolina i mam 14 lat. Moim głównym problemem jest strasznie czerwieniąca się buźka. Wystarczy tylko, że siedzę w klasie, w której jest ciepło, a już moja twarz przypomina czerwone pole bitwy. Nie mam co prawda problemów typu trądzik czy syfy, ale sam fakt, że idąc przez korytarz, czerwienię się jakby na wystąpieniu publicznym, jest dla mnie koszmarem. Wiem, że dobrze mieć tak dobrze ukrownie naczynia twarzy, czy jakoś tak, ale to strasznie krępujące. O wystąpieniach publicznych, wysiłku czy dyskotekach już nawet nie wspomnę, bo wtedy to już kompletnie przypominam buraka. Proszę, poradźcie coś.

Wybuchy złości powodowane nerwicą?

Zawsze miałam problem z emocjami. Wybuchałam w złości i ciągnęłam kłótnie na siłę, używając argumentów, których później żałowałam. Chwilami udawało mi się nad tym panować, ale np. przed maturą nie dawałam rady - zostawił mnie wtedy chłopak, tłumacząc, że dość...

Zawsze miałam problem z emocjami. Wybuchałam w złości i ciągnęłam kłótnie na siłę, używając argumentów, których później żałowałam. Chwilami udawało mi się nad tym panować, ale np. przed maturą nie dawałam rady - zostawił mnie wtedy chłopak, tłumacząc, że dość ma mojego czepiania się, itd. Później, przed długi czas umiałam nad tym jednak panować.

Ostatnie pół roku mieszkałam z chłopakiem (tym samym, gdyż zeszliśmy się i byliśmy wtedy ponad 4 lata razem).Pracowałam, studiowałam zaocznie i niestety, prawie codziennie dochodziło do kłótni. Znosił to w spokoju, ale mówił co mu przeszkadza i czy ja muszę sprawiać tyle bólu. Było mi źle, próbowałam coś zmienić, ale bez skutku. Mówiłam sobie nawet jak powinnam postępować, ale straciłam pracę, miałam dużo egzaminów, pisałam pracę dyplomową i zaczęły się moje problemy ze zdrowiem. Bolało serce, głowa, czułam duszność. Dostałam leki i trochę przechodziło (również moje wybuchy złości i histerie). Niestety, on nie wytrzymał. Powiedział, że nie potrafi znieść mojego charakteru i że chyba jesteśmy niedobrani (po prawie 5 latach).

Wróciłam do mamy... i wybuchłam w ten sam sposób, jak na niego przez ostatnie pół roku. Złamało się coś we mnie, gdy mama przyznała, że mój wybuch był zupełnie bez sensu. Po 5 minutach kłótni nie wiedziałam nawet o co się kłóciłam. A powiedziałam dużo przykrych rzeczy. Gdy przyjrzałam się temu, widzę, że coś ze mną nie tak. Stresuje mnie każda sytuacja (nawet to, że rano muszę jechać coś załatwić) i płaczę, gdy nie jest po mojej myśli. Wciąż mówię ludziom, że nie rozumieją mnie, nie wiedzą jak ja się czuję. Dodatkowo mam takie objawy jak uporczywe drapanie się, przygryzanie policzków, bezsenność, bóle głowy, żołądka itd. Czytałam, że to może być nerwica. W przyszły piątek mam wizytę u psychiatry, ale już teraz wmawiam sobie chorobę i wolałabym wiedzieć, jak może brzmieć wstępna diagnoza.

Z góry dziękuję za pomoc.

Co zrobić, żeby znów być sobą i pokochać życie takie, jakie jest?

Jestem dziewczyną, mam 22 lata i teoretycznie całe życie przed sobą... ale w praktyce to tylko wegetacja i czekanie na śmierć... Kiedyś byłam duszą towarzystwa, wszyscy mnie lubili, nie miałam problemów z nawiązywaniem i utrzymaniem znajomości. Mimo że się...

Jestem dziewczyną, mam 22 lata i teoretycznie całe życie przed sobą... ale w praktyce to tylko wegetacja i czekanie na śmierć... Kiedyś byłam duszą towarzystwa, wszyscy mnie lubili, nie miałam problemów z nawiązywaniem i utrzymaniem znajomości. Mimo że się o to nie prosiłam, byłam rozchwytywana przez znajomych, żyłam beztrosko. Mogłam się wygłupić ze znajomymi i z siostrami, ale to wszystko się skończyło…

Dwa lata temu moje siostry się ożeniły - wszystkie praktycznie w jednym czasie, wyprowadziły się, niedługo potem zostawił mnie chłopak i tylko dzięki przyjacielowi już wtedy nie zrobiłam się taka ponura i inna... bardzo się do siebie zbliżyliśmy, przy nim wszystko mi przechodziło i byłam szczęśliwa, zakochałam się, mimo że pił i nie chciał ze mną być i niektórzy dziwili się, że ja w ogóle się z nim zadaję... od pewnego czasu on zrobił się zupełnie obojętny na mnie i na cały świat i jest zadowolony z życia... a ja wręcz odwrotnie... zrobiłam się ponura, obrażona na cały świat.

Bardzo chciałabym mieć kogoś bliskiego, ale wszystkich zrażam do siebie. Zero chęci do wychodzenia z domu, do spotkań ze znajomymi, bo czuję się tam zupełnie obco, jakby to nie byli ludzie, których znam tyle lat, jestem bo jestem, a jakby mnie nie było, to nawet nikt by nie zauważył, dlatego miewam myśli samobójcze, ale jeszcze do końca nie oszalałam, żeby to zrobić. Uważam, że życie nie ma sensu - nic go nie ma, nikt mnie nie rozumie, a jak mówię, że nie mogę sobie z sobą poradzić, to słyszę, że przesadzam itp. Wszystko mnie denerwuje, nawet bez powodu, często płaczę, szukam pretekstu, żeby nigdzie nie wychodzić, a potem ryczę, bo muszę siedzieć w domu i odwrotnie. Jak gdzieś pójdę, to żałuję tego i tego, że się urodziłam.

Dodam jeszcze, że w domu, poza tym, że wszystkich denerwuję swoim zachowaniem i wkurzaniem się o wszystko, to byłoby ok. Nigdy niczego mi nie broniono, dostosowują się do mnie... Mam potwornie nudną pracę, całe dnie siedzę praktycznie sama bez żadnych szans na rozwój czy zmianę, bo mój tata ma padaczkę pooperacyjną i "moje miejsce jest w domu”. Po pracy obiad (ostatnio to mój drugi i ostatni posiłek na dzień, a ważę 44 kg przy 167 cm - NIE jestem anorektyczką!), film i spać na 12 h, bo na nic innego nie mam ochoty. Podsumując: nie mam przyjaciół, znajomych, a jedyna bliska osoba, dla której byłabym w stanie wziąć się za siebie, właśnie przechodzi chyba najlepszy czas w swoim życiu i nawet nie mogę z nią pogadać w cztery oczy, bo nie ma czasu dla mnie…

Jak nakłonić do terapii osobę niepanującą nad emocjami i osobę z prawdopodobną depresją?

Dzień dobry! Mam na imię Asia, mam 21 lat i jestem studentką. Problem, z którym się borykam, nie jest wyłącznie mój. Dotyczy mojej rodziny. Nie możemy poradzić sobie wszyscy z zachowaniem ojca. Zawsze miał trudny charakter, ale od przynajmniej roku...

Dzień dobry! Mam na imię Asia, mam 21 lat i jestem studentką. Problem, z którym się borykam, nie jest wyłącznie mój. Dotyczy mojej rodziny. Nie możemy poradzić sobie wszyscy z zachowaniem ojca. Zawsze miał trudny charakter, ale od przynajmniej roku staje się wręcz nieznośny. Kipi złością, zawiścią, jakąś nasilającą się agresją. Coraz gorzej wszyscy się czujemy (mam o rok młodszą siostrę, brata w maturalnej klasie i mamę). Prawie nie umiemy znaleźć z nim wspólnego języka.

Główny problem z tatą polega na tym, że nie potrafi prowadzić dyskusji. Bardzo rzadko wysłucha cudzych argumentów i spróbuje je przemyśleć, najczęściej nie chce w ogóle słuchać, ucieka i ponad wszystko podnosi, że to on ma rację, a jak ktoś nie chce tej racji zaakceptować, obraża się i przestaje się odzywać. Niekiedy trwa to bardzo długo i z reguły kończy się, gdy tata łaskawie wybaczy. Takim zachowaniem wprowadza w domu niemal dyktat. Albo tak jak ja chcę, albo nie będę się odzywał.

Kolejnym problemem jest jego zamykanie się na świat. Odczuwa coraz mniejszą potrzebę kontaktu ze znajomymi i rodziną. To już czasem urasta do farsy. Ostatnio odwiedziła go siostra, a on demonstracyjnie nie przyszedł do domu, choć wiedział, że przyjechała i czeka na niego. Powtarza jedynie w domu, że rodzina go wykorzystuje, a momentami, że on ich wręcz nienawidzi. Najgorsze jest to, że mama go prosi, usiłuje wytłumaczyć i powiedzieć, że jest jej wstyd przed rodziną, że go nie rozumie i żeby porozmawiali. Niestety w kółko powtarza jedynie te swoje frazy i w złości dodaje, że czemu mama widzi w nim tylko wady i to co najgorsze.

Tata generalnie posądza nas w domu o to, że wszyscy się przeciw niemu sprzysięgliśmy, że go obgadujemy i że mama nas nastawia przeciw niemu. Z jego zachowania wyraźnie widać ogromną potrzebę akceptacji. Z drugiej strony nie chce w najmniejszym stopniu się zmienić, choć wielokrotnie podejmowaliśmy z nim ten temat. Uważa, że wszyscy się mylimy, a tylko on jeden ma rację. W nasileniu tych zachowań widzę też znaczącą naszą winę. Obawiam się, że wybraliśmy złą taktykę, niby w żartach wyśmiewając jego wady. Podejrzewam, że te często powtarzające się żarty doprowadziły do tego, że tata ma o nas coraz gorsze zdanie. Myślę, że powaliliśmy jego poczucie wartości, a on tą separacją i agresją broni się przed poczuciem odrzucenia.

Na zachowaniu ojca najbardziej cierpi mama. Tata w tym jednym ma rację, rozmawiamy o nim z nią, ponieważ trzeba o tym mówić. Ona jest z nami szczera, usiłuje znaleźć sposób, aby było lepiej, ale ostatnio coraz gorzej funkcjonuje. Źle śpi, mało je, stara się uśmiechać itp., ale widzę, że się załamuje. Moim zdaniem potrzeba tu terapii dla nich obojga, a może nas wszystkich. Problem polega na tym, że tata jak zwykle stwierdzi, że go nie rozumiemy i będzie wściekły, a mamie też będzie trudno się przełamać przed tego rodzaju pomocą. Jak można ich do tego przekonać? Na początek choć mamę, żeby nie ranić jej uczuć? Bardzo proszę o pomoc.

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Marta Mauer-Włodarczak
Lek. Marta Mauer-Włodarczak

Wybuchy złości - jak sobie poradzić, do kogo się udać?

Mam 27 lat. Mam męża i 2 dzieci (3 lata i 1 rok). Odkąd pamiętam, miałam problemy z wyrażaniem emocji. Reagowałam zbyt gwałtownie na rzeczy, które mnie denerwowały i reagowałam agresją oraz krzykiem. Od kilku miesięcy wszystko się nasiliło....

Mam 27 lat. Mam męża i 2 dzieci (3 lata i 1 rok). Odkąd pamiętam, miałam problemy z wyrażaniem emocji. Reagowałam zbyt gwałtownie na rzeczy, które mnie denerwowały i reagowałam agresją oraz krzykiem. Od kilku miesięcy wszystko się nasiliło. Wiele rzeczy, czasem drobnostek, wyprowadza mnie z równowagi. Szybko się denerwuję - pod wpływem błahych rzeczy. W jednej chwili wzbiera we mnie złość i nie potrafię nad sobą zapanować. Wtedy trzęsę się w środku i mam ochotę krzyczeć - tylko po to, by cały ten stres z siebie wyrzucić. Na zewnątrz nie jestem szczególnie smutna - z pozoru wszystko jest ok -  taki wizerunek mam dla osób trzecich.

W domu wszystko jednak wygląda inaczej. Podnoszę głos na rodzinę - krzyczę na dzieci, jestem niemiła dla męża. Każda drobnostka jest powodem do tego, by zrobić mu jakąś uwagę - a zaczynając na drobnostkach, drążę i drążę - napędzając się - i w końcu wybucham. W środku czuję się smutna- niewiele rzeczy mnie szczerze cieszy. Wszystko jest raczej obojętne - takie codzienne. Nie czuję ekscytacji, euforii - wielkiego cierpienia też nie - tylko wciąż taką zwyczajną obojętność. W chwilach złości, czuję potrzebę płaczu albo odizolowania. Ciągle myślę o tym, że nie spełniam się zawodowo, że tracę czas, bo nie mam pracy swoich marzeń, bo za mało umiem i że nie jest tak, jakbym chciała, żeby było.

Uważam, że nie jestem dobrą mamą - nie potrafię bawić się z dziećmi, męczą mnie - jednocześnie bardzo je kocham - tylko nie umiem z nimi być. Bardzo kocham swojego męża, jednak nie potrafię się z nim porozumieć. Czuję, jakby miarą mojej miłości do niego była ilość awantur i krzyku. Rzadko mam ochotę na jakiekolwiek zbliżenia. A wtedy też czuję tylko smutek. Z pozoru - nawet dla mnie wszystko jest ok - tylko we mnie w środku jest coś, czego nie potrafię nazwać, a co nie pozwala mi się uporać z emocjami i atakami złości, co sprawia, że nic mnie nie cieszy. Proszę o wskazówkę. jak mam z tym walczyć. Rozważam udanie się do specjalisty, jednak nie wiem, jak zacząć (z jednej strony boję się, że może to nie żadna depresja tylko mój "trudny charakter", z drugiej wstydzę się swojego postępowania...). Nie wiem też, do kogo się udać, jak zacząć...

Czy uczucia we mnie umarły?

Chciałam zapytać, czy jest to normalne, czy to są jakieś zaburzenia, gdyż jak już kiedyś wspomniałam, zakochałam się, a raczej można to już nazwać obsesją. Miłość ta zakończyła się dla mnie chyba zbyt drastycznie, bo z dnia na dzień, ale...

Chciałam zapytać, czy jest to normalne, czy to są jakieś zaburzenia, gdyż jak już kiedyś wspomniałam, zakochałam się, a raczej można to już nazwać obsesją. Miłość ta zakończyła się dla mnie chyba zbyt drastycznie, bo z dnia na dzień, ale martwi mnie rzecz następująca, gdyż nie odczuwam nic. Nie czuję, że mogę kogoś kochać. Troszkę mnie to martwi, bo chyba to raczej nie jest normalne nie czuć potrzeby bycia kochaną i nie kochać kogoś. Czy to już umarło, czy te zaburzenia kiedyś powrócą, czy będę potrafiła kochać?

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Jan Karol Cichecki
Lek. Jan Karol Cichecki

Nie jestem w stanie sobie pomóc

Mam 30 lat i... wciąż bojkotuję swoje życie. Zaczęło się od wyjścia z domu w wieku lat 18, złe towarzystwo, praca w agencji towarzyskiej - tam poznałam męża. Mamy dziecko, zostawiłam je. Potem, za każdym razem, gdy znajdowałam pracę,...

Mam 30 lat i... wciąż bojkotuję swoje życie. Zaczęło się od wyjścia z domu w wieku lat 18, złe towarzystwo, praca w agencji towarzyskiej - tam poznałam męża. Mamy dziecko, zostawiłam je. Potem, za każdym razem, gdy znajdowałam pracę, robiłam coś, co ją przekreślało. Poszłam na studia, ale nigdy się nie obroniłam, zostałam skreślona z listy na piątym roku, nigdy do studiów nie wróciłam, choć miałam doskonałe wyniki. To samo było w szkole średniej, kiedy w trzeciej klasie przestałam chodzić do szkoły, pomógł mi dyrektor, który spotkał mnie na ulicy, pytając, co ja, na Boga, wyprawiam. Zrobiłam dwa lata (trzecią i czwartą klasę) w pół roku, zdałam maturę, ale to wszystko na nic, bo ciągle wiązałam się z jakimiś kretynami.

Znajdowałam pracę bardzo dobrze płatną, w agencjach reklamowych lub artystycznych, zarabiałam duże pieniądze, miałam same sukcesy i bach, rzucałam pracę, pogrążając się w jakimś marazmie. Potem poznawałam kolejnych facetów, toksyczne związki, rozkochiwałam ich w sobie, potem zostawiałam. Potem znów pracowałam w agencji towarzyskiej, zaszłam w ciążę i poroniłam sama w domu. Mogłam wtedy umrzeć, wykrwawić się na śmierć, żadna normalna kobieta by czegoś takiego nie zrobiła.

Szukałam pomocy u psychiatry. Opowiedziałam mu tylko część... w pół słowa mi przerwał i powiedział, że jak chcę wymusić leki, to źle trafiłam..., więcej do niego nie poszłam, chyba tego nie udźwignął. Mój syn jest nastolatkiem, nie mam z nim żadnych problemów (chyba nie wrodził się we mnie). Jestem obecnie z kimś, o kim tysiące kobiet mogłyby tylko marzyć i znów sabotuję ten związek w sposób tak absurdalny, że nawet nie umiem tego opisać. I oczywiście rzuciłam ostatnią pracę - jak zwykle, mimo że była to również praca, o jakiej teraz można tylko marzyć. Mam takie dni, kiedy siadam na podłodze i myślę, czemu sobie to robisz, o co chodzi, dlaczego? Nie umiem znaleźć odpowiedzi.

Moje życie to chaos, i gdyby nie jakiś wrodzony fart i to, że wiecznie spadam na cztery łapy, nie wiem jakbym skończyła. W ogóle dziwne jest to, że wpadając w takie miejsca, w takie towarzystwa, zawsze znikam bez szwanku, wracając do normalnego życia. Nie mogę jednak zrozumieć, czemu wciąż to robię. Nie pójdę już do żadnego psychologa, bo jak przypomnę sobie minę tego psychiatry, jakby nigdy nie słyszał historii o tym, że dziewczyna z agencji wyszła za mąż za swojego klienta, i ten tekst o lekach... nie wiem, co by było, jakbym mu opowiedziała o tym, jak wyciągałam z siebie pępowinę, wyrywając ją sobie, a wszędzie była krew, a ja nawet do nikogo nie zadzwoniłam. Poszłam na drugi dzień do pracy. Przez rok byłam tak "wycięta" po tym wszystkim, że potrafiłam, jadąc do pracy, zapomnieć skręcić i pojechać 20 km dalej. Albo zatrzymać się na poboczu i po godzinie zorientować się, że... minęła godzina.

To wszystko chaotyczne urywki, nie byłabym w stanie chyba opisać tu wszystkiego, co robię, bo to wszystko jest tak absurdalne, że jakby ktoś mi to opowiedział... ja bym nie uwierzyła. Problem polega na tym, że sprawa dotyczy mnie. Facet, z którym jestem, nie ma pojęcia o tym, co się ze mną dzieje i kim jestem, syn widzi tylko to, co ma widzieć. Z rodziną nie mam kontaktu lub sporadyczny. Gdybym komukolwiek opowiedziała o tym, co wyprawiałam i wyprawiam, myślę, że uznałby mnie za skrajnie patologicznie porąbaną. Najgorsze jest to, że zawsze udaje mi się spaść na cztery łapy. Nigdy nie ponoszę konsekwencji swoich działań, bo zawsze mi się udaje. Nie skończyłam studiów, a mimo to znalazłam pracę jako manager i zarabiałam kupę kasy, nie tak jak osoby mozolnie pnące się po szczeblach kariery. Byłam k****, a mam wspaniałego mężczyznę i syna.

Wiem, że potrzebuję pomocy, ale nie wiem, jak się do tego zabrać, boję się, że jak pojdę do specjalisty po raz kolejny, to już nie odważę się powiedzieć prawdy, będę kluczyć i kłamać. Zrobiłam w życiu tyle złych rzeczy, że nikomu innemu nie uszłoby to na sucho, a ja założę się, że znów wyjdę z tego bez szwanku... tyle, że za którymś razem zatrzymam się nie na poboczu, a na urwisku i już tam zostanę.

odpowiada 1 ekspert:
Lek. Jan Karol Cichecki
Lek. Jan Karol Cichecki

Reakcja na trudną sytuację

Mam 22 lata. Czuję się źle, jest mi ciężko określić swoje objawy, ale spróbuję. Od ponad miesiąca miewam bardzo zmienne nastroje - w sumie może dlatego, że kocham życie, cieszę się nim i zawsze potrafiłam obudzić w sobie beztroskie dziecko,...

Mam 22 lata. Czuję się źle, jest mi ciężko określić swoje objawy, ale spróbuję. Od ponad miesiąca miewam bardzo zmienne nastroje - w sumie może dlatego, że kocham życie, cieszę się nim i zawsze potrafiłam obudzić w sobie beztroskie dziecko, ale wielu ludzi robi wszystko, byle tylko tę moją beztroskość zburzyć. Może wydawać się to normalne, bo tak to właśnie jest na świecie... ale mi chodzi konkretnie o to, że najbliższa mi osoba (mój brat), posługując się bez mojej wiedzy moimi dokumentami, półtora roku temu wzięła około 8 kredytów...

Od początku na policji mówili mi, że różne rzeczy wskazują na niego, ale przez ten rok nie chciałam w to wierzyć i tłumaczyłam sobie na różne sposoby, że na pewno ktoś go wrabia (przez co też sama szukałam winnego), ale miesiąc temu dostałam wezwanie do sądu na sprawę, gdzie właśnie on jest oskarżony. Mogłabym o tym pisać i pisać, bo wiąże się z tym wiele rzeczy, które wpływają na moje objawy, ale raczej nie ma sensu się tu nad tym rozwodzić.

Wracając do mojego samopoczucia... bardzo szybko się denerwuję, wystarczy, że osoba obok mnie zbyt głośno rozmawia przez telefon, albo choćby pisząc na komputerze, wydaje mi się, że osoba bardzo głośno stuka w klawiaturę, lub też stukot damskich pantofli za oknem... Drażnią mnie spotkania ze znajomymi i to, że mnie zagadują, jednak zależnie od tego, czy własnie jest mi dobrze, czy źle, bo mimo że mnie drażnią, to za chwilę sama ich zaczepiam i wdaję się w mało sensowną rozmowę o mniej lub bardziej wartościowych rzeczach. Zamykam się w sobie. Cały czas czuję się zmęczona.

Jestem studentką, ale od półtora tygodnia nie byłam na zajęciach, bo po prostu mi się nie chce. Potrafię wytłumaczyć sobie w pięć sekund, np. że jest za wcześnie, żeby wstawać, albo pouczę się w swoim pokoju, a kończy się na tym, że albo cały dzień oglądam filmy, albo śpię. Ostatnio nawet zaczęłam myśleć o rzuceniu studiów, bo jest za ciężko, bo jest źle rozłożony plan, bo na uczelni panuje straszny bałagan, a najważniejsze to to, że najpierw muszę zakończyć sprawy z kredytami, bo pochłaniają dużo czasu i nerwów, i przez to nie mogę skoncentrować się na nauce. Ogólnie na niczym nie mogę się skoncentrować. Stałam sie bardziej agresywna, opryskliwa, chamska... bardzo dużo przeklinam albo po prostu olewam ludzi.

Z drugiej strony boję się, że jestem złą osobą i że osoby, które są mi bliskie zaczną się ode mnie odsuwać. Czuję też ciągłą pustkę w głowie, w sumie dziwne jest to uczucie, bo niby nie myślę o niczym konkretnym, jednak w tym samym momencie czuję niesamowicie nieprzyjemny ucisk między płucami a żołądkiem... to jakby totalna odwrotność tych tzw. motylków w brzuchu. Więc niby przepełnienie przykrymi emocjami, ale jednak brak konkretnych myśli.

Martwię się też stanem moich rodziców... mimo iż denerwują mnie swoim przeświadczeniem, że to oni mają najgorzej w tej sprawie, bo to oni będą musieli spłacać te długi, jednak to, co mówią, jest totalną bzdurą... owszem, martwią się, ale ich problem kończy i zaczyna się na zmartwieniu. Często myślę o samobójstwie. Ale mam jeszcze osobę, dla której jest sens żyć.

odpowiada 1 ekspert:
 Agnieszka Jamroży
Agnieszka Jamroży

Syndrom wiecznej dziewczynki?

Witam! Mam na imię Alicja i mam 18 lat. Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku. Mój 'problem' polega na ciągłym fantazjowaniu, bujaniu w obłokach itp. Wiadomo, że w życiu każdej dziewczynki przychodzi...

Witam! Mam na imię Alicja i mam 18 lat. Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku. Mój 'problem' polega na ciągłym fantazjowaniu, bujaniu w obłokach itp. Wiadomo, że w życiu każdej dziewczynki przychodzi taki moment, kiedy chciałaby być piosenkarką, aktorką, modelką itd., ale ja mam już 18 lat i te marzenia ciągle mnie nie opuszczają. Nieustannie myślę, że będę aktorką, piosenkarką etc., ale ja nie mam za grosz i talentu, i osobowości. Jestem nieśmiałą, zamkniętą w sobie, lękliwą, zakompleksioną dziewczyną i brak mi asertywności. Jak taka osoba miałaby zaistnieć w show-biznesie?! Ciągle myślę, jak to odbieram nagrodę dla najlepszej aktorki, dla najlepszej piosenkarki, jak daję koncert, kiedy występuję na czerwonym dywanie lub mam romans z jakąś gwiazdą.

Mimo że doskonale zdaję sobie sprawę z mojego braku talentu i mocnego charakteru, to te myśli na krok mnie nie opuszczają. Na lekcjach, zamiast słuchać co nauczyciel mówi, ja sobie podśpiewuję i wypisuję w zeszycie teksty piosenek i nazw zespołów. Zaczynam myśleć, że to już nie jest normalne. Często nachodzą mnie myśli, że żadna normalna praca (np. informatyka, prawnika) mnie nie usatysfakcjonuje, że nie chcę prowadzić zwykłego życia, zwykłego, szarego człowieka. Ale jeśli już będę takim 'zwyczajnym' człowiekiem, to będę z tego powodu nieszczęśliwa i będę musiała się zabić.

Dla osoby w moim wieku to jeszcze normalne? W końcu jestem już dorosła, muszę poważnie myśleć o życiu, a wychodzę z założenia, że "Po co mam zdać do następnej klasy? Avril Lavigne rzuciła szkołę w wieku 16 lat i co? Jest wielką gwiazdą!". Dosłownie wszystko mam gdzieś, bo w głowie mam tylko myśli o międzynarodowej karierze. Zdaję sobie sprawę, że to brzmi bardzo idiotycznie, ale naprawdę się zastanawiam, czy to normalne. Mam nadzieję, że ten list nie zostanie zignorowany. Pozdrawiam.

Wybuchy złości - co to może być?

Mam na imię Adam, mam 18 lat. Mieszkam z dziadkiem, babcią, tatą, mamą, wujem, bratem i siostrą. Mój ojciec pije odkąd pamiętam, często kłóci się ze swoimi rodzicami i moją mamą, a jeszcze częściej moja mama kłóci się z moimi...

Mam na imię Adam, mam 18 lat. Mieszkam z dziadkiem, babcią, tatą, mamą, wujem, bratem i siostrą. Mój ojciec pije odkąd pamiętam, często kłóci się ze swoimi rodzicami i moją mamą, a jeszcze częściej moja mama kłóci się z moimi dziadkami, czyli rodzicami mojego ojca. Zawsze wstydziłem się za niego, nieraz kiedy stałem z rówieśnikami na przystanku autobusowym, czekając na autobus szkolny, on akurat szedł obok pijany... I wtedy myślałem, że lepiej byłoby się zapaść pod ziemię... W szkole prawie w ogóle mi nie szło, wciąż miałem złe stopnie, wciąż byłem zagrożony, moja mama nieraz płakała po wywiadówce i ja też.

Nigdy nie miałem bliższych kolegów, być może dlatego, że nie potrafiłem uszanować przyjaźni... Często drwiłem z kolegów... A w oczach innych stawałem się przez to d******... Z biegiem czasu zauważyłem, że oddalam się od innych, stałem się odludkiem mniej więcej do wieku 15 czy 14 lat, nic nie umiałem zrobić... Mamy gospodarstwo rolne i kiedy ojciec był trzeźwy, zawsze wołał mnie do pomocy, jednak mi nic nie wychodziło i wciąż na mnie krzyczał, było też kilka niepowodzeń sercowych...

Kiedyś, gdy rodzice wyzywali mnie po wywiadówce, coś we mnie wstąpiło, łzy napłynęły mi do oczu i uderzeł we mnie potężny gniew. Nawrzeszczałem na moich rodziców, a potem zamknąłem się w pokoju... Na początku tych wakacji, gdy obudziłem się rano, usłyszałem rozmowę moich starych, którzy mówili o mnie... Rozmawiali o mojej nieporadności, gapowatości i lenistwie. W pierwszej chwili nie przejąłem się tym, ale za kilkanaście sekund znów poczułem to... Takie uczucie, że teraz mogę robić, co chcę, a następnie szał agresji...

Zbiegłem na dół do kuchni, wziąłem taboret, łzy napłynęły mi do oczu, wbiegłem do pokoju obok, gdzie siedzieli rodzice, uniosłem taboret nad głową matki i wrzeszczałem wtedy do niej tak: "Zamknij tą starą papę albo cię k**** zabiję!". Matka uciekła na zewnątrz z ojcem, ja wpadłem do kuchni, drąc się, że wszystkich pozabijam siekierą, przewróciłem stół i zbiegli się dziadkowie, którzy patrzyli się na mnie i pytali, co mi jest, a ja się darłem. Wtedy ojciec i matka wrócili, wszyscy stali kilka metrów ode mnie, a ja wyłem na nich, że ich pozabijam, że ich porąbię siekierą, że ich nienawidzę i że mają wyp********. Byłem jakby w takim amoku, nie kontrolowałem swych uczuć, słów i czynów, czułem ulgę po tym wszystkim, nie czułem żalu, choć byłem roztrzęsiony i przeprosiłem wszystkich. Kilka razy zdarzyło się też, że gdy ojciec mnie skrzyczał, to biegłem na niego z siekierą, ale jakoś w ostatniej chwili zdołałem się powstrzymać...

To było już dłuższy czas temu, teraz na razie jest ok... Ojciec już na mnie nie krzyczy, moje stosunki z nim minimalnie się polepszyły, chociaż i tak jak np. siedzę z nim w samochodzie, to nie rozmawiamy ze sobą, tak jakbyśmy byli obcy sobie. Z matką zawsze miałem dobre stosunki, choć kilka razy, jak wpadłem w ten szał, to uniosłem na nią rękę :( strasznie mi głupio teraz, że tak robiłem, ale ten szał, kiedy ta złość we mnie wybucha, jest nie do powstrzymania... Myślę, że wszystkie złości zbierają się we mnie przez jakiś czas, a potem jest taki wybuch szału, agresji... Jeśli ktoś wie, co mi może być, to piszcie, proszę.

Przygnębienie, niekontrolowane ataki gniewu i agresji

Witam. Jestem 20-letnią studentką, od lat borykam się z problemami osobistymi, które teraz uniemożliwiają mi normalne funkcjonowanie. W moim domu zawsze było dużo konfliktów: między rodzicami, między nimi a babką. Ta, mająca zaburzenia psychiczne (nie wiadomo jakie, gdyż jej nie...

Witam. Jestem 20-letnią studentką, od lat borykam się z problemami osobistymi, które teraz uniemożliwiają mi normalne funkcjonowanie. W moim domu zawsze było dużo konfliktów: między rodzicami, między nimi a babką. Ta, mająca zaburzenia psychiczne (nie wiadomo jakie, gdyż jej nie zdiagnozowano), wszczynała nieustannie awantury, dochodziło często między nią a rodzicami do przepychanek. Przez okres, kiedy jeszcze żyła żywiłam do niej niechęć, ponieważ odnosiła sie do naszej rodziny z brakiem szacunku (wyzywała, oskarżała o kradzieże).

Po jej śmierci również nigdy nie byliśmy szczęśliwi, ponieważ mój ojciec jest osobą konfliktową, która nie umie dotrzymać danego słowa, a mama, która była długo bezrobotna, wykonuje pracę, która jest dla niej rozczarowaniem i powodem do zmartwień: toteż między mamą a ojcem oraz między ojcem a mną i siostrą często dochodzi do konfliktów. Rodzą sie one głównie na gruncie materialnym: od 20 lat mieszkamy w domu nieogrzewanym, niemającym normalnej kuchni i łazienki, od paru lat nie ma wody bieżącej. Szczególnie w zimie jest to sytuacja trudna (szczególnie dla mojej mamy i dla mnie, ponieważ mam problemy zdrowotne). Ojciec na nasze zarzuty o opieszałość i lekceważenie nas reaguje złością i poniżaniem.

Ze mną zawsze było coś nie w porządku. Od wczesnego dzieciństwa miałam problemy z apetytem i mimo różnych zabiegów matki również teraz, kiedy jestem zdenerwowana lub zestresowana, nie jem regularnie, mam również parę schorzeń układu pokarmowego. Często słyszałam od krewnych i znajomych aluzje do anoreksji, które bardzo mnie denerwowały. Zawsze byłam zamknięta w sobie i zakompleksiona, nie potrafiłam znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami. Uważano mnie zawsze za kujona, który tak naprawdę nie jest zbyt inteligentny. Co chyba nie mija się z prawdą, gdyż wiadomości, które zapamiętuję na egzamin lub klasówkę, dosyć szybko zapominam.

Nigdy nie miałam i nie mam prawdziwego przyjaciela. Irytuje mnie fakt, że zawsze to ja jako pierwsza wysyłam do kogoś wiadomości lub dzwonię. Moją słabość dostrzegła grupa uczniów w podstawówce, przez co byłam wyzywana i wyśmiewana, następnie cały okres gimnazjum "zatruł" mi jeden z nich, co spotęgowało moje zamknięcie w sobie. Często, gdy ktoś szepcze albo śmieje się wydaje mi się, że mnie obgaduje i wyśmiewa. W szkole moje schorzenia i potęgujący je stres spowodowały, że cierpiałam na częste mdłości, duszności, stany lękowe. Wyniki mojej matury były kiepskie, w ogóle wybór przedmiotów był trudny, bo wydawało mi się (i wydaje nadal), że z żadnego nie jestem wystarczająco dobra. Obecnie obawiam się, że po moim kierunku trudno będzie mi znaleźć pracę, mimo że mam kilka dróg do wyboru.

Często mam chwile, kiedy jest mi bardzo smutno, płaczę, ponieważ jestem do niczego: nic nie umiem, nie zainteresowałam sobą nikogo. Wydaje mi się, że lepiej byłoby dla mnie i dla mojej rodziny, gdybym nie żyła (chociaż nie umiałabym podjąć decyzji o samobójstwie). Za każdym razem, gdy czegoś nie wiem lub nie umiem zrobić, robi mi się ogromnie wstyd. Jest to tym gorsze, że moja młodsza siostra jest uzdolniona z przedmiotów ścisłych, ładniejsza, ma wielu znajomych; a ja byłam często do niej porównywana. Jestem przekonana, że postrzega się mnie jako mało inteligentną, a ja często się z tym zgadzam. Są chwile, kiedy nic mi się nie chce i nie mam na nic siły, mimo że realizacja zamierzonych celów daje mi dużo satysfakcji.

Głównym motywem napisania tego listu jest ostatnie wydarzenie: otóż w przypływie gniewu kilkakrotnie uderzyłam i podrapałam moją siostrę. Wcześniej zdarzyło mi się to w tym roku parokrotnie. Ponadto, kiedy się denerwuję, rzucam różnymi przedmiotami i używam wulgaryzmów, mimo że na co dzień nie bluźnię. Po wszystkich tych wydarzeniach mam ogromne wyrzuty sumienia, czuję się bardzo bezużyteczna. Nie umiem sobie dać rady z emocjami: smutek, przygnębienie, złość i poczucie braku wartości. Wstydzę sie siebie i nie lubię wchodzić w bliskie kontakty z ludźmi, boję się tego, że nigdy nie będę normalna: nie usamodzielnię się i nie będę potrafiła założyć szczęśliwej rodziny, tym bardziej, że mama i siostra powtarzają mi, że jestem podobna do babki i pewnie mam chorobę psychiczną (a z taką nie potrafiłabym żyć...). Dziękuję.

odpowiada 1 ekspert:
Dr n. med. Anna Zofia Antosik
Dr n. med. Anna Zofia Antosik

Co robić, by być szczęśliwym?

Mam pytanie: jak mam uwierzyć w siebie, jak się uśmiechać, jak się nie dołować, jak być pewnym siebie, tego co robię, jak być szczęśliwym?
odpowiada 1 ekspert:
Dr n. med. Anna Zofia Antosik
Dr n. med. Anna Zofia Antosik
Patronaty